Freak Nation (60)

60.

Moje oczy są wciąż zamknięte. Dryfuję gdzieś między snem a świadomością, otulona ciepłymi ramionami Aleca. Czuję jego usta na moim karku i uśmiecham się sennie. 494 zdecydowanie nie zamierza pozwolić mi spać.

Mój wewnętrzny zegarek mówi mi, że jest już dość późno jak na jego standardy. Zanurzam palce w jego włosach, przyciągając go mocniej. Gorąco jego ciała wyprawia dziwaczne rzeczy z moim żołądkiem… i tym, co jest nieco poniżej.

„Dzień dobry…” Alec śmieje się miękko, przewracając mnie na plecy i dobudzając gruntownie pocałunkiem „Pora wstawać.”

„Kto jak kto… kto musi, ten wstaje. Ja nie muszę!” mamroczę zadowolona. Wtulam się w poduszkę Aleca. Wciąż ma jego zapach i ciepło. Marny substytut, ale pozwoli mi znowu zasnąć, kiedy Alec wyjdzie. Psiakrew, zdecydowanie potrzebuję snu. Z kilku powodów. Po pierwsze, naprawdę niewiele spałam tej nocy, zwłaszcza, że Alec wyspał się w świąteczne dni i sen był ostatnim z jego priorytetów. Po drugie, jestem wykończona. Nawet wytrzymałość X5 kiedyś się kończy. A po trzecie… na dworze panuje grudniowe zimno i nie mam ochoty wyściubiać nosa z łóżka. Nawet dla śniadania.

„Ależ musisz!” Alec wydyma wargi i patrzy na mnie w najlepszym wydaniu jego słodkiego i niewinnego spojrzenia „Idziesz ze mną do Jam Pony!”

„Hm?” patrzę podejrzliwie. Coś się święci.

~ * ~ * ~ * ~

Mogę nie mieć treningu Manticore przez ostatnie 11 lat, ale pierwsze sześć lat spędzonych na wakacjach w Psy Ops zrobiło swoje. Nie mogę zaprzeczyć temu, kim jestem. Ominęło mnie 11 morderczego treningu, ale wciąż jestem X5: genetycznie zaprojektowaną bronią. Żołnierzem.

Czasami zapominam o tym, kiedy czuję się jak ktoś więcej niż produkt Manticore. W ramionach Aleca. Śmiejąc się z Biggsem. Patrząc na jego szczęście z Cece.

Tym bardziej ogarnia mnie złość na mordercę… na kogoś, kto usiłuje mnie znów zredukować do 594.

Nie zrozumcie mnie źle, jestem dumna będąc ‚freak’. Ale numery.. to tylko numery, nadane przez ludzi.

Czy muszę wspominać, co sądzę o rodzaju ludzkim?

Niemniej żadna porcja mojej nienawiści i niechęci wobec dominującego gatunku na tej planecie, nie ma porównania do tego, co widzę w jego oczach. W oczach mordercy.

Stoimy pod Jam Pony z Aleciem i Biggsem. Faceci rozprawiają o czymś, ja skanowałam tłum dookoła – tak na wszelki wypadek. I zobaczyłam coś, co nie powinno mieć miejsca. Kilka ulic dalej widzę Cody’ego.

Ale nie czuję żadnego identyfikatora.

Zimny dreszcz wędruje wzdłuż mojego kręgosłupa. Mam odpowiedź na wszystkie moje wątpliwości, element spajający wszystkie pozostałe w tej łamigłówce.

Alec delikatnie strzepuje palcami we wnętrzu mojej dłoni. Wie, że coś jest nie tak. I czuję niepokój Biggsa.

Bez problemu wślizguję się pod ramię 494 i wskazuję na wejście do Jam Pony.

„Myślę, że mamy obrońcę na karku.” mówię w półtonach słyszalnych praktycznie tylko dla poprawionych genetycznie „To istota potrafiąca przybrać każdą postać.”

„Kto?”

„Cody, ale jego identyfikator…” zastanawiam się przez ułamek sekundy „…z dwie mile stąd.”

Kiedy jednak wchodzimy do środka, zdarza się coś, co bardziej wytrąca mnie z równowagi. Czy raczej ktoś.

Max.

Michael.

Isabel.

Tess.

Alex, siedzący ze zmęczeniem na ławce.

Czwórka okupująca ladę i Normala, śliniącego się na widok… hm, okrągłości Isabel. To aż zadziwiające, że facet potrafi wydobyć z siebie jakieś słowo. Bo wydobywa. I to, co mówi, wcale mi się nie podoba. Oni szukają mnie.

„A dzień zaczął się tak pięknie…” mamroczę z niechęcią. Na ustach Aleca kwitnie niewinny uśmieszek. Pochyla się, wsadzając nos w moją szyję i muskając lekko moje ucho. Drżę.

Biggs oczyszcza gardło dość energicznie.

Idź znaleźć Cece!

Taaa. Nic tu po mnie.

„Lepiej?” głos Aleca jest pełen zainteresowania, kiwam głową. Nie sądzę, bym teraz wydała z siebie coś więcej niż mruczenie. On budzi we mnie te strony, które wcześniej były zakopane bardzo głęboko. Jak na przykład chęć zaciągnięcia go do kąta, albo co najmniej za szafki, zdarcia z niego całego ubrania, zanurzenia się w jego ciepłym zapachu i smaku…

Maleństwo!

Co? pytam się znudzona.

Twoje 48 h było w październiku?

Aha.

Więc oszczędź mi takich rozmyślań! Warczy. Uśmiecham się. Biggs chyba nie rozumie, że przy Alecu czuję się jakbym była rozpalona przez 24/7. To chyba jego zmysłowa natura. Wystarczy, że popatrzy na mnie, albo dotknie w jakiś szczególny sposób.

Albo to moja pamięć ruchowa dodzwania się do mnie. Pamięta podniecenie i przyjemność związaną z dotykiem Aleca… Z lekka wyolbrzymiony syndrom Pawłowa, czy jak go tam zwą.

Alec ciągnie mnie bezszelestnie za szafki, mrugając porozumiewawczo do Normala. Wpływ, jaki złoty chłopiec ma na niego powiększył się drastycznie od naszego poznania. Facet chyba mnie lubi. Aleca uwielbia. Dodaj dwa do dwóch i zrobi dla nas wszystko.

Niestety, Królewska Czwórka tak łatwo nie da się spławić. Nie wiem, co tu robią. Nie chcę wiedzieć.

Alec opiera czoło o zimny metal szafki, oddychając głęboko. Bicie jego serca zwalnia, by w końcu wrócić do normalnego rytmu. Mocne ręce wciąż trzymają mnie miedzy nim a szafką. Nie, żebym zamierzała się ruszyć. On po prostu lubi czuć mnie przy sobie, upewnić się, że jestem tutaj, że jestem prawdziwa, że nic mi nie jest… Uznałabym to nawet za słodkie, gdyby nie całe pokłady nerwowości, niepewności, jakie się za tym kryją.

Sketchy wyskakuje nagle zza szafki.

„Hej, Alec. Są tu jacyś goście i szukają was.”

„Dzięki, Sketchy, ale już wiemy.” jęczę z rezygnacją. Odpycham się od szafek i pociągam Aleca ze mną do widoku. Właściwie to zaraz po tym, jak poprawiam bluzę.

„Liz!” entuzjastyczny głos Tess wbija się niczym sztylety w moją głowę. Chryste, ludzie czy hybrydy, powinni nauczyć się kontrolować emocje.

Alec przypadkowo wsadza dłoń do tylnych kieszeni moich dżinsów. Faceci. Potrafią być bardzo zaborczy, własnościowi. A już zwłaszcza poprawieni genetycznie. Nie ruszaj tego, co nie twoje jest chyba drugą dewizą, jaką uczyli się męscy X5, kiedy zaczęła się gorączka hormonów.

Poważnie, sposób, w jaki męscy X5 traktują swoje stałe partnerki, nasuwa mi pytanie, czy przypadkiem trochę zwierzęcego DNA nie namieszało w naszych prywatnych życiach bardziej niż to jest widoczne.

Są zwierzęta, które łączą się w pary na całe życie. Czy tak jest z X5?

Jasne, są trwałe małżeństwa… ale to zagadnienie na inną opowieść.

„Cześć.” mówię obojętnie, zamierzając ich minąć. Max łapie mnie brutalnie za rękę.

Jego ostatni błąd w stosunku do mnie.

Pierwszy i ostatni jaki popełni w obecności Aleca. Wyrywam się w ułamku sekundy. Ale Alec… wygląda na wkurzonego. Bardzo. W dwóch ruchach staje przed Maxem… i O Chryste… radziłabym Maxowi zwiewać, gdzie pieprz rośnie, jeśli nie chce skończyć jak impotent.

„Odświeżyć ci pamięć?” pyta się zimno. Max cofa się trochę „Ona nie chce mieć nic wspólnego z tobą, bękarcie. Zjeżdżaj stąd.”

Kątem oka widzę, że już przyciągamy niepotrzebną uwagę. Słyszę też kroki „Cody’ego” przed budynkiem. Diabelnie. Czegokolwiek chce Max, przyniósł ze sobą pełne wsparcie.

Jak miło z jego strony! Biggs krzywi się we wstręcie Wynoście się stad.

Ok.

Podchodzę do Aleca z tyłu i obejmuję ramionami. Odpręża się natychmiast.

„Zostaw go.” mówię cicho, ale nie na tyle, by stojący wokół nas nie usłyszeli. Przez twarz Maxa przebiega wyraz triumfu.

„Nie jest wart naszej uwagi.” Kontynuuję spokojnie. Kiwa głową i uwalnia się z mojego uścisku. Podchodzi do lady i bierze paczkę od Normala. Ciszę w pomieszczeniu możnaby kroić nożem. Dźwięki miejskiego życia są jakby oddalone, nierealistyczne. Alec ujmuje mnie za rękę i zmierzamy do tylnego wyjścia.

Może dlatego umyka mi klik zapadki. Normalnie nie potrafiłabym tego zignorować. Nie lubię pistoletów w pobliżu. Nie tylko dlatego, ze zostałam zastrzelona.

„On także!” głos Maxa rozbija ciszę w tym samym momencie jak ostrzeżenie Biggsa moją głowę od wewnątrz. Odwracam się machinalnie.

Evans stoi z pistoletem wymierzonym prosto w serce Aleca.

Dawna Liz zamarłaby z przerażenia.

Maleństwo po prostu zdusza przypływ gwałtownych emocji. Wzorowy żołnierz nie pozwala im zaciemnić umysłu i reakcji. Wyjmuję Maxa w spokojnym, ludzkim tempie, ale mimo to on nie może nawet mrugnąć. Zaskoczenie? Oszołomienie? Nie mam ochoty sprawdzać.

Wrzucam pistolet do kosza i odwracam się na pięcie. Co za kretyn. dymię się Nic dziwnego, że facet potrzebował ochrony. Z takim nastawieniem do życia!

Jesteś bardzo milutka dla niego, Maleństwo!

Znasz to przysłowie: od miłości do nienawiści?

Ale w następnym ułamku sekundy trajektoria losu znowu kompletnie się odmienia. Zastanawiam się, co wącha ten ktoś, kto steruje tą karuzelą. Błysk niebieskiego światła za oknem łapie uwagę wszystkich X5 obecnych w tym pomieszczeniu, razem ze zwielokrotnionym z kilku gardeł rozkazem: Stój!

Czy moje życie musi przypominać kiepski melodramat? To naprawdę już za wiele.

Wyjmujemy ich.

Rozkaz.

Nie wiem, kto uderzył pierwszy. Nigdy się nie dowiem, podejrzewam.

Nie mogę złapać oddechu. Czuję, że moje serce… Chryste, nie czuję.

Jasne światło łapie mój wzrok. Patrzę w odrętwiałym szoku, jak srebrna dłoń, przytknięta do mojej piersi robi swoją pracę.

Biggs wrzeszczy coś w terrorze.

Unoszę spojrzenie i patrzę w kompletnie czarne oczy zdrajcy. Są zimne, nieruchome, tak kontrastujące do pięknej, świetlistej skóry.

Oczy Nasedo.

Sekundy tłuczą się w mojej głowie, jak czas mija, światło nie znika, ale powiększa się. Ciepło w mojej piersi przenika do całego mojego ciała, które nagle odrywa się i przychodzi znów do życia. Właściwie to żyje osobnym życiem. Własnym życiem. Nie słucha mnie. Mój umysł jest wyłączony, nie panuję nad nim.

Moje ciało robi to, czego uczono je przez pierwsze sześć lat. Krew huczy w moich żyłach, energia, która miała mnie spalić od wewnątrz, rozkłada się na ciepło w całym moim ciele, podwyższając temperaturę.

Słyszę ciszę, słyszę, jak inni wpatrują się w szoku i zdumieniu. Ale nie patrzę.

Moje ciało neutralizuje izotop. Im więcej energii on wtacza we mnie, tym szybciej. Z każdym ułamkiem chwili, moje ciało robi to coraz szybciej, coraz sprawniej. Doskonała odporność połączona z pamięcią ruchową, zawartą w każdej komórce mojego ciała, w końcu czynią swoją powinność. Coraz szybciej, coraz lepiej… aż wreszcie czucie wraca do mnie.

Czarne oczy poszerzają się w kompletnym szoku.

„Czym ty jesteś?” szemrze w zaskoczeniu.

Satysfakcja wpisuje się do mojej świadomości, kiedy mój słuch notuje strach w jego głosie. Satysfakcja, która rozbija moje psychiczne odrętwienie.

Łapię jego lśniącą dłoń i odrzucam przez całe pomieszczenie. Cisza jest niemal namacalna.

„X5 594.” mówię zimno „Przecież wiesz. Zabijałeś tych ludzi i tatuowałeś im mój kod kreskowy, żeby mnie oskarżali.”

Powoli odmierzam kroki do niego. Kątem oka rejestruję, jak Biggs podnosi się z podłogi.

„Wiesz co? Powinniście jednak wziąć pod uwagę, co sądzą mieszkańcy tej planety o waszym bezcennym ładunku, zanim tutaj przylecieliście.” mój głos jest jeszcze zimniejszy. Przed oczami skaczą mi sceny z Manticore, pamięć żyje własnym życiem, podobnie jak moje ciało, jak mój głos. Wszystko, co mnie spotkało tam, wszystko co wiem, przebiega przez mój umysł. A Manticore to nic dobrego. To cierpienie i ból, a wszystko po to, by istoty takie jak Nasedo nam nie zagrażały. „Nie jesteśmy przechowalnią dla waszych liderów, by potem mogli wrócić na wasz ukochany Antar i znów wszystko schrzanić.”

Pochylam się nad niemym Nasedo.

„Myślisz, że kim jesteś, by chodzić po tym świecie, który użyczył wam schronienia i mordować jego mieszkańców jakby byli nic nie wartymi mrówkami? Wojsko mogło się dogadać z wami, ale to nie znaczy, że podoba się mi to.” dodaję po chwili ze znaczącym, zimnym grymasem „Właściwie… to bardzo mi się to nie podoba. Masz dwa wyjścia. Pierwsze, ujawniacie publicznie waszą tożsamość do całego świata i zgadzacie się na wszelkie warunki, jakie postawimy. Drugie… ja zajmuję twoje miejsce obrońcy i wysyłam hybrydy z powrotem do domu. Nieprzygotowane.”

„Nie możesz. Nie masz czym… a nawet gdybyś miała czym ich odesłać, nie masz pilotów. Potrzeba dwóch.” rechocze.

Pozwalam mu dokładnie na trzy sekundy. Śmiech zamarza w jego gardle.

„Hm, Alex, jak myślisz, czy stronnictwo Kavara będzie przychylne Ziemii, jeśli wydamy mu Królewską Czwórkę?” podnoszę pytająco wzrok na chłopca, który wygląda jak syn Toma Hanksa. Cóż, przynajmniej on potrafił wybrać sobie podstawową formę, która ujdzie w tłumie.

Słyszę, jak Isabel wciąga gwałtownie powietrze, ale nie mam czasu łapać jej szoku. Za kilka minut do Jam Pony ściągną dziesiątki policjantów, zwabione nagonką na mutantów. Ciekawe, kto im powiedział. Zapewne Max. Tylko jak się dowiedział? DeLuca?

Ale, czy to ważne?

Alex łapie mój wzrok.

„Pośrednio, bo Amy udało się jednak dopaść Nancy. Znaleźli to w jej notatkach. Było tam wszystko – począwszy od tego, po co potrzebna była odporność razem z pamięcią ruchową, ile razy im się nie powiodło, zanim cię stworzyli, i jak się cieszyli, że to tak długo trwało, ponieważ w końcu jak z nieba spadło im DNA Elizabeth Carino… ba, nawet to, jak ustawiono strzelaninę w Crashdown. Max się wkurzył.” uśmiecha się ironicznie, wyjmując z plecaka puszkę farby w sprayu „Wyłazi z niego Zan.”

Patrzę z powrotem na Nasedo. Alex podchodzi do ściany i coś tam maluje.

„Więc?” pytam się zimno. Niepotrzebnie. Znam odpowiedź.

„Co do cholery?” wściekły wrzask Max G. napełnia Jam Pony. Unoszę brew i idę za jej spojrzeniem na napis, malowany przez Alexa. Kiedy płaszcz śmierci pokryje powierzchnię ziemi, ci, których moc jest ukryta, ochronią bezbronnych.

Wzdycham. Moja pamięć znów wrzeszczy w mojej głowie, układając wszystkie układanki łamigłówki. Surinah nie potrzebowała wiedzieć, dlaczego 452 nie ma genów bez wartościowej informacji. Podobnie jak kilkoro innych. Ale tylko ona ma runy, ponieważ tylko ją poddano próbie węża.

„594?” Biggs pyta się w naglącym tonie. Wzdycham ponownie.

„To nie tylko 452. Każdy w naszej serii ma odporność do tego cholerstwa, każdy z nas przeżyje cokolwiek planują Familiars. Niektórzy z nas, u których osiągnięto maksymalną odporność, ich ludzkie DNA poprawiono jeszcze bardziej. Pierwotnie Sandeman zamierzał stworzyć armię do walki z Familiars czy Antarianami. Potem stwierdził, że równie dobrze może ulepszyć rasę ludzką. Dlatego naturalnie poczęty synek Tingi… był, jaki był. Nie był trasngenicznym, nie miał w sobie zwierzęcego DNA, ale mimo to był wyjątkowy.”

„Dlaczego?” Max szemrze w szoku.

Wzruszam ramionami.

„Dwa największe zagrożenia ludzkości: Familiars, fizycznie poprawieni, ale za to mający nierówno pod sufitem mordercy oraz Antarianie, fizycznie znacznie słabsi od nas, ale umysłowo przewyższający nas o tysiąclecia ewolucji. Seria X5 jako pierwsze pokolenie poprawionych genetycznie… cóż, by odsunąć te zagrożenia na bok, przynajmniej do czasu, aż wyrośnie nowe pokolenie, potrzebowano doskonałych żołnierzy. Dlatego dalsze serie Manticore powstały dla innych celów, nigdy nie osiągnięto u nich takiej wojskowej przydatności. Szósta, dla przykładu, jest przecież wolniejsza od nas, chociaż powinna być doskonalsza. Nie mają rui, nie cierpią na epilepsje… mają znacznie mniej zwierzęcego DNA, wykorzystano u nich jedynie rozwiązania widoczne w genach innych zwierząt, np. u rekina. Są genetycznym uzupełnieniem dla naszego przyszłego potomstwa.”

„Czyli możemy być z ludźmi? Mieć normalne dzieci?” Max odzywa się w swojej nadziei. Kiwam głową, chociaż mój żołądek zawiązuje się w supły. Staram się nie patrzeć na Aleca. Wiem, o czym myśli.

„Niedobrze mi…” Cece leci do łazienki. Nie dziwię się jej. Mnie śniło się to w koszmarach… mój mózg nie chciał tego zaakceptować. To było obrzydliwe, ale miało sens. Jako Familiars Sandeman wierzył głęboko w sens poprawiania ludzkiej hodowli, ale miał jeszcze na tyle moralności, by nie zgadzać się na eksterminację nie-Familiars.

„No dobrze, chłopcy!” klaszczę radośnie w stronę znokautowanych policjantów „Rozbierać się!”

„Co?” kapitan niemal pryska śliną. Gdyby to nie było tak ironiczne, śmiałabym się z komizmu sytuacji.

„Chyba nie sądzisz, że wyjdziemy stąd w naszych ubraniach? Część z nas przebierze się za was, pod pozorem transportu więźniów, wyjdziemy stąd nieuszkodzeni.”

„Więc…” przechylam moje spojrzenie na Nasedo, który wygląda, jakby miał zaraz wybuchnąć „Twoja decyzja?”

~ * ~ * ~ * ~

Wszystko, o czym marzę od chwili przekroczenia ponownie granic Terminal City, to gorący, bardzo gorący prysznic. Zostawiam cichaczem ekipę w centrali, na wpół świętującą spokojne i bezkrwawe wyjście z Jam Pony i na wpół zezłoszczoną za utratę dających przepustki sektorowe pracy. Wiem, że to wina Maxa, wiem, że kiedy w końcu ochłoną i zaczną analizować, będę pierwszą osobą, na którą spadnie odpowiedzialność.

Drżę w przewidywaniu. To nie będzie dobra chwila.

Z wszystkich dobrych rzeczy w moim życiu, Max musiał rozwalić niemal wszystkie. Teraz udało mu się zepsuć nawet moje nowo nawiązane stosunki z innymi transgenicznymi. Wiem, że wielu zazdrości mi pobytu poza Manticore, nawet jeśli wiązało się to z nadprogramowymi wizytami w Psy Ops. Ciężko było przejść przez to, a teraz… teraz jednym głupim posunięciem zniszczył to.

I Surinah… nie żyje.

Cichy szloch zostawia moje gardło, łzy mieszają się z gorącą wodą spływającą wzdłuż moich policzków. Surinah nie żyje. Nie żyje…

Wstrząsy nie są silne, ale nie na tyle, by stanowiły jakieś niebezpieczeństwo.

Zwijam się w kącie kabiny, pozwalając, by gorąca woda ociepliła ciało. Drobne krople niemal parzą, uwrażliwiając skórę. Ale nie dbam o to.

Surinah nie żyje.

Zabiłam Nasedo z zimną krwią. Zabiłam obrońcę, uchodzącego za nie-do-zabicia. Przynajmniej póki drugi cię nie nauczy, co trzeba uszkodzić w ciele, by nastąpiła nieodwracalna przez kamienie śmierć.

I w końcu to powiedziałam.

I wyraz twarzy Aleca, kiedy w szybkim ruchu skręcałam Nasedo kark.

Obrzydzenie zbiera się w moim gardle.

Wygrałeś, Sandeman. Robię dokładnie to, co kazałeś mi zrobić przed swoim odejściem. Zadowolony? Moja pięść trzaska w ścianę, rozbijając kafelki. Cieniutka strużka krwi spływa po moich kłykciach.

Wszystko, w co starałam się wierzyć ‚na wolności’ przepadło. Rzeczywiście łatwo sterować moim umysłem, jestem tylko narzędziem. Dawne uwarunkowanie w Psy Ops działa jak należy, a jakże… Chryste, nawet nie rozpoznałam paczenia umysłu i od razu przyjęłam, że Cece zdradza mojego brata. Jestem… nie-człowiekiem, jestem po prostu trucizną. Nawet moja krew to mówi, tylko ja nie chciałam tego słuchać.

„Wiesz, nie możesz ignorować innych wiecznie.”

Podnoszę niechętne spojrzenie na Aleca. Jak zwykle, nie wyczułam go. Ale też mam podniesione wszystkie bariery. Odgrodziłam się od wszystkiego. Od Biggsa też.

„Czego chcesz?” zmuszam moje usta do słabego uśmiechu. Alec marszczy brwi. Najwyraźniej nie takiej reakcji oczekiwał. Ale cokolwiek miał na umyśle, cokolwiek chciał osiągnąć… to już mnie nie obchodzi. Nie chcę, żeby mnie obchodziło. Nie chcę czuć.

I cokolwiek miał na umyśle, najwyraźniej zmienił zdanie. Opiera się o drzwiczki kabiny niemal przypadkowo, na ustach wciąż ma ten niewinny uśmieszek, kpiący z brutalności i okrucieństwa świata. Zielone oczy pozostają jednak lodowato zimne, szacujące moje nagie, zwinięte w kłębek ciało.

Drżę. Jego spojrzenie pali o wiele bardziej niż igiełki gorącej wody. Może dlatego jego głos, nieoczekiwanie miękki i czuły, tak mnie zaskakuje i nie zdołam ukryć mojej reakcji na jego słowa.

„Będziesz musiała stawić im czoło.” szepcze „Mają wiele pytań.”

Zamyka wodę i klęka koło mnie, nie dotykając jednak. Dobrze widzi, co jego głos robi z moim ciałem. Diabelna pamięć ruchowa, to tylko przekleństwo, nie błogosławieństwo. Moje ciało pamięta ton… i reaguje stosownie do tamtych wspomnień. Zamykam oczy w upokorzeniu.

Podnosi mnie ostrożnie na nogi. Owija wielkim ręcznikiem. Ręce zwlekają chwilę na moich ramionach. Stoję tam, przed sekundą naga, a teraz owinięta pod koniuszki palca, kompletnie wystawiona do niego, życząc sobie w duchu, by tego ręcznika w ogóle nie było. Wszystkie zmysły wrzeszczą w alarmie, łapiąc każdy szmer otoczenia, każdy ulotny zapach, każdą zmianę ochładzającego się szybko powietrza. Nadwrażliwa skóra chwyta nawet te maleńkie zanikające obłoczki pary, otarcie miękkiego ręcznika będącego przy tym aż nadto.

Gorąco jego oddechu na karku jest niemal torturą.

„Alec, co robisz?” pytam się nerwowo. Wsadza nos w moją szyję, oddychając głęboko. Czuję, że także drży.

„Upewniam się…”

Nawet nie mam odwagi zapytać, czego. Alec wsuwa swoją ciepłą dłoń pod ręcznik i kładzie na moim sercu. Uśmiecha się, najwyraźniej łapiąc drobną chwilową nieregularność w jego rytmie.

„…czy Maleństwo wciąż tam tkwi.”

„I…?” nerwowo zwilżam wargi. Nagle zaschło mi w ustach. Jak on to robi? Redukując mnie do niezdolnej do myślenia papki? Jak może być jednocześnie zimny, czuły, bezwzględny i troskliwy?

Nagle ręcznik powoli zsuwa się z moich ramion. Przełykam.

„Alec?” mój głos jest chyba nawet bardziej niepewny niż się czuję. Ciepły oddech łaskocze moją wrażliwą skórę, zanim jego usta rozpoczynają swoją magię.

„Wiesz, są rzeczy, których nie możesz skontrolować…” śmieje się nagle, najwyraźniej zadowolony z mojej niewygody i niepewności „Nikt nie może…”

„Dlaczego?” jęczę, wyginając się przeciw jego dotknięciu. Ciepła ręka zatacza małe kółka na moich brzuchu, sprawiając, że wszystko zaciska się w oczekiwaniu na więcej, znacznie więcej. Alecowi jednak się nie spieszy. Palce suną powoli po rozgrzanej skórze, usta drażnią płatek ucha. Drżę całkowicie świadomie i wychylam się do niego. On tylko śmieje się.

„Nie tak szybko…”

Nie pozwala mi odwrócić się, przybliżyć ani przyśpieszyć. Warczę we frustracji, hormony wściekają się w mojej krwi. Przeklęty bękart!

„Powinnam była słuchać Max, kiedy mówiła, że lubisz bawić się kobietami.” mój ton jest nonszalancki, ale z przypadkowego drgnięcia jego mięśni czuję, że uderzyłam w słaby punkt. Chryste, pragnienie zranienia go, odepchnięcia, jest niemal tak silne, jak przerzucenia go przez ramię i zaniesienia do mojej dawnej sypialni zrobienia wszelkich niegodziwych rzeczy, jakie tylko przyjdą do mojej głowy.

„Tak?” powinnam wiedzieć, że nie igra się z ogniem. Psiakrew, nawet dzieciom wpaja się, by nie bawiły się zapałkami. W następnych sekundach Alec powie pewnie coś tak druzgocącego, że już nie wstanę… w więcej lub mniej dosłownym znaczeniu. „Oprzyj się o ścianę.”

„Co?”

Obracam się i gapię na niego w zdumieniu. Alec uśmiecha się zdziczale, oczy są niemal czarne od pragnienia, oddech rwie się. Przyciska mnie jednym ruchem o ścianę i pochyla się nad moją szyją. Łapię w przelocie jego niebezpieczne spojrzenie. Wszelkie podniecenie wyparowuje w ułamku sekundy. Przełykam w strachu. To nie jest Alec, którego znam. To 494, czysty 494.

„Robię to, co lubię.” mówi w niskich tonach, a ja zastanawiam się, czy po raz pierwszy nie przesadziłam. Grubo przesadziłam. Nie mogę się ruszyć, trzyma mnie mocno. Alec węszy przy mojej szyi, przypadkowo muskając ustami tu i ówdzie. Jego pocałunki palą moją skórę. Trzęsę się, kiedy jego prawa ręka wędruje po moich brzuchu, sunąc coraz wyżej. Łzy spływają po moich policzkach.

Nagle jego ręka zatrzymuje się… a ja rozumiem gdzie. Na moim sercu. Otwieram wstrząśnięta oczy i patrzę w jego. Jest poważny, nie ma tam najdrobniejszej aluzji zimnej obojętności ani podniecenia. Wszystko prócz jego uwagi na moją reakcję zniknęło.

Koniuszkiem kciuka ociera moje mokre policzki. W końcu rozbija nasze wpatrywanie się do oczu i przyciąga mnie mocno do siebie, kładąc moją głowę pod swój podbródek.

„Jak mogłaś w ogóle pomyśleć, że mógłbym cię zranić?” jego głos jest rozklekotany, najwyraźniej sam walczy ze łzami. Dłonie suną miękko, pocieszająco po moich plecach. Powoli odprężam się, pozwalając, by znaczenie słów przesiąknęło do mojego umysłu.

Przeszłabym to wszystko dziesięć razy, byleby tylko móc spotkać jego ponownie. Wniósł do mojego życia nadzieję. Nadzieję, że potrafię czuć.

Uśmiecham się nagle szeroko. Drżącymi palcami zaczynam rozpinać zamek jego bluzy.

„Co robisz?” pyta się nerwowo, kiedy docieram w końcu do jego ciepłej skóry.

„Robię to, co lubisz…” mamroczę po chwili.

„Czekają na nas…” jęczy cicho, ale jego ręce już nie pozostają na moich plecach. Wiem, że wygrałam. „A do diabła…”

Podnosi mnie w jednym gładkim ruchu i wynosi z łazienki. Opada na łóżko, ściągając mnie. Śmieję się, patrząc jak szybko pozbywa się resztek ubrania. W końcu klęka, pochylając się nade mną z bardzo niegodziwym uśmiechem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *