Freak Nation (6)

6.

Siedzę w łazience przez godzinę. Nie robię się na bóstwo – chociaż mam ochotę. O  nie, nie dlatego siedzę w wannie przez godzinę, by „zgubić” poprzedni zapach.

Zakradłam się do łazienki rodziców i zwinęłam trochę kosmetyków mamy. Właściwie to pożyczyłam wszystko, co u mnie w jakikolwiek sposób przypominało mi o Maxie. W efekcie wzięłam długą kąpiel. W mokre ciało wmasowałam oliwkę dla niemowląt, nie mając szczególnego wyboru. Większość moich kosmetyków pachnie truskawkami lub wanilią, a balsam mama trzyma w sypialni. Wolę nie myśleć, dlaczego… Więc nawet jeśli zakradnę się tam teraz, istnieje duże prawdopodobieństwo, że buteleczka nie leży w zwyczajowym miejscu… Dzięki niebiosom.

Tak więc maluję się także kosmetykami mamy. Mają zupełnie inną kolorystykę, ale to nie szkodzi. Waham się dopiero, kiedy mam wybrać szminkę. W maminym zestawie nie uświadczam tego niewinnego różu, którego zazwyczaj używam. Znajduję jednak miękką kredkę o koralowej barwie. Ujdzie w tłumie.

Teraz czas na włosy. Max uwielbia, kiedy noszę je rozpuszczone, więc dzisiaj nie będą. Po prostu upinam je w kok. Nie jest to wymyślna fryzura jak to cudo z randki w ciemno, ale to tym lepiej. Nie przywykłam do strojenia się. Nie chcę zrobić się na bóstwo. Chcę wyglądać jak anty-bóstwo! Max postawił mnie wysoko na piedestale. Nie, że nie chciałam być tam dalej, uwielbiana niczym bogini… ale sam Max błagał mnie, by na tym piedestale stanęła Tess zamiast mnie.

Lubię myśleć, że moja zmiana wyglądu to kolejny sposób na to, by Max przestał mnie kochać. Ale nie oszukujmy się. To już się stało, prawda? Przełykam bolesną bryłę w gardle. Kogo ja chcę oszukać? Mój lekko odmienny wygląd to moja maska. Nie chcę, nie mogę pozwolić na to, by inni widzieli mój ból. Nawet tata. Załamał się wczoraj… lecz wczoraj to wczoraj. Teraz moi rodzice mają własne kłopoty. Jeśli moja zewnętrzna zmiana ma sprawić, że przestanę martwić się o mnie, jakoś dam radę.

Odnoszę kosmetyki do łazienki. Kiedy wracam do pokoju, zaskakuje mnie widok Marii. Jest nieumalowana, nieuczesana. Ba, nawet wygląda, jakby wstała pięć minut temu! Kiedy tylko przekraczam próg pokoju, jej zaspane oczy dostrzegają mnie. Zrywa się z łóżka i już jestem w jej objęciach.

„Oh, Liz… tak mi przykro…” szepcze. W jej spojrzeniu błyszczą łzy smutku. „Jeśli mogę coś zrobić, po prostu powiedz, ok.?”

Patrzę na nią. O co chodzi? Czy Maria wie coś o moich rodzicach?

„Maria…” zaczynam, ale nawet zaspany huragan jest do powstrzymania.

„Boże… zabiję tego sukinsyna. Ja on śmiał? Jak mógł? Ja wiem, że był królem w poprzednim życiu, ale nie jest w tym i na pewno nie jest moim królem. A ja uważałam go za przyjaciela! Koiłam ból złamanego serca, pocieszałam, że w końcu wrócicie do siebie! Powinnam była raczej zdzielić go czymś ciężkim po łbie i wysłać w kosmos razem z tą jego blond kochanicą…!”

„Maria!” potrząsam nią w zdumieniu „O czym ty mówisz?”

„Jak to o czym?” niemal krzyczy. Krzywię się. Nie z powodu mojej głowy – ból odszedł wczorajszego wieczora razem ze zniewalającym Aleciem. Krzywię się z powodu rodziców. Nie chcę, by się już obudzili. Nie jestem jeszcze gotowa na konfrontację z nimi. Wiem, że czegokolwiek dowiem się dzisiaj, będzie równie nieprzyjemne, co mój wczorajszy ból głowy. Będzie takie, skoro zamieniło moją mamę w roztrzęsiony cień dawnej Nancy Parker.

„Ten kretyn chodzi po mieście jak chory szczeniak i ośmiela się…” sapie ze złości „…ośmiela się twierdzić, że przyprawiłaś  mu rogi. I to z kim? Z Kyle’m!”

Kurczę się w sobie. A więc to był Max. Ostatnia osoba, po której bym się spodziewała. Ale jeszcze kilka dni temu nie myślałam, że Max poprosi, bym zrezygnowała z niego. Więc dlaczego to boli tak wciąż?

„Liz…” głos Marii jest teraz zadziwiająco cichy. Podnoszę na nią wzrok. Domyślam się, co widzi w moich oczach. Poczucie winy. Więc mówię prosto z mostu, nie dbając o to, że nigdy nie miałam zamiaru wyjawiać całej prawdy.

„Wczorajszej nocy ustawiłam sytuację tak, by Max myślał, że właśnie kochałam się z Kyle’m.”

Maria gapi się na mnie przez chwilę. Po raz pierwszy w życiu widzę ją niemą. Co gorsza, nie mam najmniejszego pojęcia, co w tej chwili tłucze się po jej głowie. Nie wiem, czy wrzaśnie zaraz na mnie czy odwróci się na pięcie i ucieknie. Siadam więc na łóżku, chcąc złagodzić choć trochę to, co nadejdzie.

Ale wówczas Maria zaskakuje mnie ponownie. Siada koło mnie na łóżku i przytula mocno. Kołyszemy się przez chwilę, a gorące łzy kąpią na moja piżamę. Ale to nie są moje łzy. Są Marii.

~ * ~* ~ * ~

Mija dłuższa chwila, aż Maria uspokaja się. W jakimś sensie to pocieszające, że któraś z nas może płakać. Ja nie potrafię. Na myśl o tym, co zrobiłam, wszystko we mnie znowu zamienia się w lód. A zimne kryształki ranią mocno.

„Ale nie rozumiem, dlaczego. Przecież Madame Vivien powiedziała…” Maria jąka się, skręcając palce nerwowo. Nie wiem na pewno, ale czuję, że tu chodzi nie o mnie i Maxa. Maria jest wspaniałą przyjaciółką i właśnie dała tego pokaz, ale to ona zwykle ocierała moje łzy, nie ja jej.

„Może właśnie dlatego.” mówię. Jakoś znajduję w sobie spokój, by myśleć racjonalnie. Zimno we mnie pomaga w tym wybitnie. Pomaga trzymać uczucia zapieczętowane w sercu. Już powiedziałam więcej, niż zamierzałam. Położyłam na szali losy świata. Oby nas ten błąd nie kosztował więcej niż możemy zapłacić.

„Nie rozumiem.” głos Marii pełen jest obaw.

„Ja sprawiam, że Max czuje się człowiekiem. ” kontynuuję, wypowiadając na głos coś, co tkwiło we mnie niczym zadra „Człowiekiem! Nie rozumiesz tego? Tak długo, jak Max chce mnie, kocha mnie, tak długo będzie chciał być taki jak ja. Ale nie jest. {{Żne z nich nie jest. Mają pracę w przyszłości do zrobienia. A ja stałam temu na drodze.”

„Więc znowu chodzi o przeznaczenie?!” Maria jęczy.

„Pal licho przeznaczenie!” mówię ostro, ponieważ wiem już, co gryzie Marię: obawia się, że Michael i Isabel będą razem. „Zresztą, jak mogłoby się to udać? Zbyt długo Isabel i Michael byli dla siebie rodzeństwem, jedyną rodziną, to byłoby po prostu chore. Ale Maria, oni zostali tu przysłani w określonym celu! Nauczyć się korzystać ze swojej potęgi tak, by móc pokonać wroga. Cała planeta na to czeka.”

Wstaję i przemierzam pokój we frustracji. Tak, ujęłam cały sens tego bagna i czas teraz na sedno.

„A Max, lider w którego wierzą i na którego czekają już ponad pół wieku, pół wieku wojny, śpiewa serenady pod oknem dziewczyny, która sprawia, że czuje się jak człowiek. To jest po prostu chore.”

Milknę. Mój głos był cichy, ale z pewnością dotarł do uszu Marii.

Patrzę na nią. Ona na mnie.

„Miłość nie jest chora, Liz.”

W jej tonie jest coś, co każe mi zwolnić tempo kroków, zatrzymać potok słów bezładnie wylewających się z moich ust… i zastanowić się, co do diabła ja plotę. Czułość i zarazem współczucie w głosie Marii nie polepsza mojego nastroju.

„Liz, gubisz to. Wiem, że sytuacja cię przerasta…” próbuje perswadować. Przez sekundę jestem jej wdzięczna, ale tylko przez sekundę. Potem czuję rezygnację i pozwalam, by dotarło to do moich oczu.

„Czasem miłość nie wystarcza, Maria. To przykre, ale to prawda.” siadam obok niej.

„Czasem jednak jest jedynym lekiem.” uśmiecha się miękko.

„Plus dużo, dużo cierpliwości.” dodaję bez namysłu. Spoglądamy na siebie i śmiejemy się. Wiem, że chociaż Maria nie rozumie mojej decyzji, akceptuje ją na swój pokręcony sposób.

„Więc wciąż jesteś…?” pyta się po chwili.

Wznoszę moje oczy do sufitu. Niebiosa, pomóżcie!

„Dobrze wiesz, że Valenti jest ostatnią osobą, którą zaprosiłabym do łóżka…”

Dostaję poduszką w odpowiedzi. Urządzamy sobie regularną bitwę.

~ * ~* ~ * ~

Maria jest najpierw zdumiona, kiedy wręczam jej pełną torbę moich eks – kosmetyków.

„Masz. Nie chcę tego!”

Blond głowa zagląda ciekawie do środka.

„Liz, wiem, że wyglądam jak siedem nieszczęść, ale mogłaś znaleźć subtelniejszą drogę, by mi to powiedzieć.”

„Weź to. Naprawdę. To pachnie, smakuje… jak na bazie truskawek lub wanilii.”

„Jak prawie wszystko, co trzymasz w łazience!” komentuje.

„Dokładnie. Max zawsze mówił, że pachnę truskawkami i wanilią, więc…” patrzę na nią błagalnym wzrokiem. Wiadomość dostarczona.

„Ok.” wzdycha i przez chwilę nic nie mówi. Przez chwilę, bo zaraz na jej twarzy ukazuje się szeroki uśmiech. Och nie. Co znowu przyszło jej do głowy?

Biegnie do łazienki. Nie ma jej kilka minut. Nie mogę powstrzymać żołądka od związania się w supeł. Pomysły Marii są na co dzień równie szalone co ja wczorajszego wieczoru, pozwalając robić masaż Alecowi. Jedyna różnica to fakt, że masaż zakończył się zupełnie dobrze i niewinnie. Z Marią… pomysły Marii wykluczają to w definicji.

„Czy rozumiesz, co to oznacza, Liz?” Maria wychodzi wreszcie z łazienki. Na jej twarzy jest wciąż ten sam szeroki uśmiech, który mnie przeraża. Dodaj do tego fakt, że w jej oku jest szelmowski błysk, a makijaż najwyraźniej zrobiła najszybciej w swoim siedemnastoletnim życiu… O niebiosa, w co ja się wpakowałam?

„Nie bardzo.” mój głos jest słaby i niepewny.

„Zakupy!” Maria śmieje się radośnie. Łapie mnie za ręce i tańczy radośnie po pokoju, a ja wraz z nią, chociaż nie widzę ku temu powodu. „Skoro pozbyłaś się połowy łazienki, musimy kupić nowe. Pomyśl tylko o tych wszystkich sklepach, które odwiedzimy…”

Maria jest niemożliwa.

„…ale najpierw musimy wycyganić kartę kredytową od twojego taty.”

Jęczę. Och nie. Rozmowa z rodzicami? Wykluczone.

„Eee… to może okazać się trudne.” pocieram nos. Ha, na zajęciach z mowy ciała mówili, że to oznacza kłamstwo.

„Daj spokój, owinęłaś sobie tatę wokół małego paluszka.”

Potrząsam głową poważnie.

„Nie, Maria. Dzieje się coś dziwnego. Przez pół wczorajszego dnia rodzice awanturowali się, a wcześniej mama płakała… Ktoś przyjechał do niej, z jej przeszłości. Nie wiem, co się dzieje, ale mam złe przeczucia.”

Gapi się na mnie, jakbym w sekundzie straciła wszystkie włosy, a na nosie wyrosła mi paskudna narośl.

„Twoi rodzice – awanturowali się?” pyta się z takim niedowierzaniem, że mogę tylko skinąć głową. „Od kiedy świnie zaczęły latać?!?” wykrzykuje.

„Kochanie, czy to Maria?” dobiega mnie głos mamy. A niech to. Nie zdawałam sobie sprawy, że już tak późno. Chociaż w soboty otwieramy Crashdown „dopiero” o siódmej, mama wstaje jak zawsze o piątej dwadzieścia.

Maria ratuje sytuację… tymczasowo.

„Któżby inny potrzebował ukojenia złamanego o tak nieprzyzwoitej porze?” jęczy dramatycznie. Moja mama patrzy na mnie pytająco. I badawczo. A niech to! Co za pechowy poranek.

„Liz?!” pyta się podejrzliwie, by zaraz uderzyć w surowy rodzicielski ton „Czy widzę moją szminkę na twoich ustach?”

Rumienię się i patrzę na przyjaciółkę błagalnie. Na szczęście niezawodnie…

„Dokładnie, pani Parker!” klaszcze entuzjastycznie w dłonie „Dawna Liz nigdy nie pomalowała się czymś prócz błyszczyku bądź delikatnego różu… ale nowa Liz jest odważna. I potrzebuje na to środków!” dodaje z namaszczeniem ostatnie zdanie. Jęczę w duchu. Ona jest po prostu niemożliwa. Nie przepuści żadnej okazji do zakupów.

„Nowa Liz?” coś w twarzy mamy niepokoi mnie. Wygląda, jakby się czegoś obawiała. I słusznie! – mam ochotę krzyczeć. Nie zostawiaj mnie na pastwę huraganu!

„Liz zerwała z Maxem.”

Znowu rumienię się. Nie cierpię mojej karnacji.

„Myślałam, że rozstaliście się w maju.” mama patrzy na mnie i wiem doskonale, że oczekuje wyjaśnień. I znów ubiega mnie Maria.

„Tak. Ale tym razem z całą pewnością nie będzie już więcej śpiewał serenad pod jej balkonem.”

„I co to ma wspólnego z zakupami?” mama jest praktycznie rozbawiona słynnym tokiem myślenia pań z rodziny DeLuca.

„Liz nie chce wyglądać jak dziewczyna w typie Maxa. To…” podnosi torbę „…są wszystko rzeczy, które przypominały ciągle o tym, co lubi Max. Czas zadbać o to, co lubi Liz.”

„Niezły pomysł, tylko nie przed szóstą rano w sobotę.” mama uśmiecha się, ale wiem, że ten uśmiech ma tyle wspólnego ze szczerością co Aborygeni z Wikingami „I przed śniadaniem. Na zakupy trzeba mieć siły.”

Tak, zwłaszcza na zakupy z Marią.

„Centrum otwierają zwykle o dziesiątej. Do tego czasu powinnam przejrzeć zawartość torby…” Maria śmieje się i idzie w stronę okna na balkon „… i podręczyć Miśka. Zadzwonię później, to się umówimy. Pa!”

I już jej nie ma. Mamy także. Dziwne.

„Liz…” słyszę głos taty. Zaraz też on sam, czy też jego głowa wychyla się wraz z ramieniem zza drzwi. ” Ubierz się, kochanie., będziemy mieli gościa na śniadaniu.”

Waha się przez chwilę.

„Ładna fryzura. Podoba mi się.”

Po prostu nie mogę się nie uśmiechnąć.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *