Freak Nation (59)

59.

Tej samej nocy, Alec i Biggs wracają. Są cisi, zamknięci w sobie… zmęczeni. Nie pytam, co robili, ani gdzie byli. Czasem naprawdę lepiej nie wiedzieć…

Surinah śpi, kiedy wyprowadzamy maszyny z garażu. Nie zostawiam jej żadnej notki, żadnego listu, nic. Według mnie nie zasłużyła. Mogła opuścić kult Familiars fizycznie, ale psychicznie jest tak samo wykoślawiona, jakby wciąż należała do nich. Czym skorupka przesiąknie za młodu… Hm, to jest głęboka myśl.

I nie mogę się nie zastanawiać, czy zbieżność imion jest przypadkowa, czy nie. Max z przyszłości wspominał o „przyjaciółce”… jakoś trudno mi wyobrazić sobie ją jako mojego przyjaciela. Ale trudne czasy zazwyczaj wymagają drastycznych środków. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Jedno z niewielu wspomnień z Manticore, które dopiero co odzyskałam i które rani moją głowę… Lydecker nauczył nas naprawdę dobrze. Psiakrew. Dziwnie jest czuć nienawiść do człowieka, którego jeszcze kilka dni temu zupełnie nie pamiętałam.

Roswell ma małe lotnisko i tam się kierujemy po pierwsze. Logan czeka na nas przy niezbyt dużym, prywatnym samolocie. Witam się z nim serdecznie. W końcu człowiek, który mówi to, co naprawdę myśli.

„Hej. Jak się czujesz?” patrzy na mnie z troską. Wzruszam ramionami.

„Na tyle dobrze, jak mogłabym w tej sytuacji. Jestem trochę zmęczona. Co jest grane? Czemu przyleciałeś?”

„Po niego!” Biggs podchodzi i otwiera bagażnik zaparkowanego niedaleko samochodu. Mrużę oczy w niedowierzaniu, kiedy wyciąga związanego i zakneblowanego Jeffa. Jest przytomny i rzuca nam wściekłe spojrzenie.

„Jeszcze nam podziękujesz…” Biggs szemrze cicho. Rozwiązuje większość węzłów, ale po chwili przywiązuje go do jednego z siedzeń pasażerskich. Mocno. Potem wtacza do niedużej ładowni swoją maszynę i mocuje ją do zaczepów. Po kilku minutach robi to samo z moją. Kiedy cała praca jest zrobiona, ściska mnie mocno.

„Do zobaczenia w domu. Alec, nie spuszczaj jej z oczu…” i wsiada do samolotu. Logan siada w fotelu pilota, zamyka drzwi. Po chwili silniki pracują.

„Masz coś przeciwko małej podróży przez kilka stanów?” Alec obejmuje mnie ramieniem. Ja wciąż nie mogę się otrząsnąć. Biggs porwał tatę. I mój nowy motor. Czy to znaczy, że znowu spędzę dwa dni, przytulona do pleców Aleca?

~ * ~ * ~ * ~

„Wpis pierwszy

Zastanawiam się, co los rzuci jeszcze na mojej drodze. Mam na myśli coś w stylu: kolejny wróg, dziwaczny rodzic, bawiący się w Stwórcę czy kolejna przyjaciółka, która potrafiła fiksować z powodu uczucia przez kilka lat… Dlaczego nad tym się zastanawiam? Dlaczego po raz pierwszy od dawna znów zapisuję czyste strony… Hm, chyba by dokonać przeglądu ostatnich miesięcy, które wywróciły wszystko do góry nogami. Nie tylko moje życie – życie wszystkich mieszkańców Ziemi, włączając w to kosmitów.

Chociaż ostatnie miesiące mojego życia do zwyczajnych czy łatwych nie należały, nie żałuję ani jednej sekundy tego czasu. Ten czas sprawił, że dorosłam. Znalazłam moje miejsce na tym świecie. I być może miłość. Nie wiem tego jeszcze. Dlaczego? To bardzo proste, prostsze niż się komukolwiek wydawało. Prawdziwe uczucie istnieje tylko wówczas, kiedy jest obustronne. Zrozumienie tej prostej prawdy zabrało mi wiele czasu. Ale teraz, kiedy jestem tego świadoma, nie zamierzam tracić ani sekundy więcej…

Życie nauczyło mnie, że potrafi przynieść niejedną niespodziankę. Czasem – naprawdę czasem – do moich myśli skrada się zradzieckie: Co by było, gdybym po odejściu Maxa z przyszłości nie wybrała się na wieczorny spacer? W następnej sekundzie zazwyczaj odrzucam takie rozważania. Powodują zbyt dużo bólu, zbyt dużo goryczy. Część mojego życia byłaby wówczas co najmniej fałszywa. Co ja mówię! Całe życie.

Poza tym… czy też przede wszystkim, nie chcę, by pomyślał, iż czegokolwiek żałuję… Przeszłabym to wszystko dziesięć razy, byleby tylko móc spotkać jego ponownie. Wniósł do mojego życia nadzieję. Nadzieję, że potrafię czuć. Nadzieję, że sami kształtujemy swoją przyszłość. Chociaż wciąż boję się tego, co przyniesie przyszłość, co przyniesie rok 2014, nie obawiam się jej. Jest w niej także nadzieja. Dzięki niemu.”

Maleństwo?

Głos mojego brata jest spleciony niepewnością.

Ziewam, zamykając niezbyt gruby zeszyt i odkładając go na podłogę. Alec śpi obok, jego ramię jest własnościowo udrapowane przez mój brzuch. Nie mogę zbytnio się ruszyć, a już z całą pewnością opuścić sama łóżka. Nie, żebym miała jakikolwiek zamiar.

Co się stało?

Na kanale czwartym mówią znowu o morderstwie popełnionym przez 594…

Wzdycham. Dwa dni. Właściwie to dwa i pół. Tyle spokoju mieliśmy. Kiedy jednak skrzyżowaliśmy granice Seattle, wszelki spokój i pogoda zniknęły z naszych żyć.

Po mieście grasuje morderca, bardzo brutalny morderca. Ofiary… mają na karkach wytatuowany mój kod, mój numer kreskowy. Ich zęby zostały wyrwane z chirurgiczną precyzją, prawa ręka połamana… a przyczyna śmierci – rozerwanie na strzępy.

Czy muszę wspominać, jakie cienie to kładzie w oczach Aleca?

Wiem, że się obwinia, zadręcza, usiłując jednocześnie ochronić mnie i znaleźć brakujące ogniwo łamigłówki. Oczywiście to pierwsze wychodzi mu znacznie lepiej. Przez ostatnie tygodnie… teraz widzę, co robił i jak skutecznie. Zawsze jestem w czyimś towarzystwie, na widoku, albo pod obserwacją… tylko, aby inni poprawieni genetycznie nie nabrali podejrzeń wobec mnie. Nie ze wszystkimi się to udaje. Wiem, że niektórzy patrzą na mnie krzywo. Więcej osób patrzy krzywo na Aleca. I z moim poprawionym słuchem nie trzeba było więcej niż godziny po przyjeździe do TC, by podsłuchać rozmowy innych.

Dzisiaj zaczęłam rozumieć Aleca nieco lepiej… czy też hierarchię panującą w Terminal City. Biggs jest dobry, świetny. Ale jeśli chodzi o wojskowe sprawy i doświadczenie jako dowódca i znajomość zewnętrznego świata, Alec bije go na mile. Ale Alec nigdy nie zostanie liderem. Zima 1989 odcisnęła piętno na każdym, kto pozostał wtedy w Manticore. A Alec jest bliźniakiem jednego ze „zdrajców”, który w dodatku stracił rozum. Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić, ile czasu spędził w Psy-Ops, jaki dystans ustanowiło to między nim a resztą X5. I powoli zaczynam rozumieć, dlaczego Cece tak się wściekała na mnie. Ona, Biggs, Cody, Mole… ilu tak naprawdę przyjaciół ma Alec? Owszem, większość jest przyjazna, szanuje jego umiejętności, ale chyba nigdy tak naprawdę nie zyska ich zaufania. Ostatnie morderstwa sprawiły tylko, że stało się to bardziej klarowne.

Cały dzień walczyłam z przeogromną ochotą walnięcia w zęby jakiegoś transgenicznego, objęcia Aleca i wyniesienia się z Terminal City na zawsze. Ale to przecież Boże Narodzenie… poza tym sądzę, że Alec potrzebuje teraz wszelkiej lojalności i poparcia, jakie można mu dać. Musiałam schować naprawdę głupi uśmiech, kiedy zobaczyłam minę Cece, kiedy ja i Alec szliśmy sobie jedną z ulic TC, trzymając się za ręce. Właściwie to szliśmy do jej mieszkania, zanieść prezenty… Potem tylko mocno mnie uścisnęła gdzieś w jakimś baaardzo ciemnym kącie.

Zadziwiające, jak niektóre trudne problemy rozwiązują się. Rozwiązania bywają czasem tak proste, że aż niezrozumiałe.

Oczywiście, nie każdy problem jest rozwiązany. Wciąż mam sporo na umyśle. Ale dzisiaj, kiedy tak patrzę na Aleca śpiącego spokojnie obok mnie i analizuję rozprzestrzeniające się po TC plotki, zaczynam dostrzegać jeszcze jedną możliwość…

Co, jeśli sprawa Ashy, Cece-613 i tych morderstw to jest jeden problem, nie kilka?

Przynajmniej sprawa 613 i morderstw kojarzy się razem. W obu przypadkach nie pamiętam podpisów. W ogóle. Im bardziej koncentruję się na fragmentach czasu, na miejscach, gdzie powinny być te osoby… nie znajduję niczego. Nie wyczuwam żadnego X5 ani innego transgenicznego w czasie ani na terenie, gdzie popełniano morderstwa.

Tak samo jak nie wyczułam Cece i 613, kiedy wpadli, całując się, do mieszkania.

I im bardziej myślę o tym momencie, tym bardziej mam ochotę kopnąć się w łeb. Jak w ogóle mogłam przez chwilę wierzyć, że Cece i 613 coś łączy? Na litość boską, Biggs od razu by przecież zauważył różnicę, nie mówiąc już nawet o tak prozaicznej rzeczy, jak zapach. Poprawione zmysły bywają przekleństwem, lecz w tym przypadku – błogosławieństwem. Wiem, bo dla mnie samej to jest korzyścią. Węch trzyma mój strach, moje niepewności, z dala ode mnie. Tak jak bałam się piekielnie, że Alec nie poprzestanie na jednej dziewczynie – czyli mnie – tak od czasu, kiedy jesteśmy razem, to powoli zmienia się. Malutka nadzieja, że on rezygnuje z całego swojego poprzedniego stylu życia dla mnie, zaczyna znowu szaleć. I tylko Asha, w całej swej głupocie, nie wpadła na pomysł, który naprawdę by mnie zdenerwował. Każdy z nas ma swój naturalny zapach, jedyny sposób poruszania się, wysławiania się, słuchania… Kiedy z kimś przystajesz, upodabniasz się do niego. Nie tylko mową, myśleniem… ale przebywając w towarzystwie innych, wchłaniasz ich zapach. Szczególnie zwyczajnych ludzi.

I wierzcie mi, byłabym o wiele gorsza dla Ashy niż Alec, gdybym wyczuła jej własny zapach na nim.

I w całym tym moim pokręconym myśleniu przyszła mi do głowy jedna ważna rzecz.

Właściwie to uderzyło mnie podobieństwo… przez wkurzenie mnie, przez próbę niepewności, przez uczynienie mnie zazdrosną, Asha próbowała dostać się do Aleca. Co, jeśli ktoś wyciągał wszystkie niepewności, strachy, podejrzenia w stosunku do Aleca, by dorwać się do mnie? I ten kod kreskowy. Chryste, to jest jak krzyk prosto w twarz, że tutaj chodzi o mnie!

Niewesołe rozmyślania, jak na Boże Narodzenie. Ale przecież chowając głowę w piasek nie sprawię, że problemy znikną, rozwiążą się same.

I zadziwiające jest to, że wcale nie tęsknię za czasami, kiedy moim jedynym problemem było odrzucenie przez Maxa z przyszłości. W jakimś sensie, im więcej problemów przede mną, tym lepiej sobie z nimi radzę. Nawet z tymi osobistymi.

A propos osobistych problemów… Na horyzoncie pojawia się nowy, kolejny. Nie mam zielonego pojęcia, co zrobić z Jeffem.

Na poważnie, jak do diabła tata ma pasować do mojego życia w Seattle? Nie mam pojęcia. Na razie Biggs zainstalował go w naszym/moim mieszkaniu w mieście. On nie jest w stanie wytrzymać tych wszystkich biotoksyn, trucizn i innych cudowności naszej bazy. Z konieczności i nie z wyboru, musi mieszkać poza. Trochę mnie to niepokoi. Tata nie ma pojęcia, nie ma zielonego pojęcia o życiu w tym mieście, kompletnie różnym od życia w Roswell. W dodatku sprawa mutantów, nagonki w telewizji, wszechobecne wojsko (tak, tak, skutek morderstw…), policjanci sektorowi, obrotoloty, brak zajęcia, chociaż tymczasowego – to wszystko nie nastraja go optymistycznie. Ale co jak co, pozostawienie go z Surinah w Roswell, na widoku Familiars tylko pogorszyłoby sprawę.

Nie mam też zielonego pojęcia, jak u licha, tata zareaguje na mój związek z Aleciem. Jasne, wie, że jesteśmy razem. Nie ma tylko pojęcia o skali intymności. Hm, ale patetycznie to zabrzmiało. No dobrze, nie uśmiecha mi się podzielanie mieszkania z tatą 24 godziny na dobę, kiedy jedyne, o czym marzę, to budzić się w ramionach Aleca i mieć trochę prywatności dla nas. Szczególnie teraz, kiedy jego oczy wyglądają na tak zmęczone i inni oprócz mnie, Biggsa i Cece udają, że tego nie widzą.

Chryste, mam ochotę w coś walnąć, mocno. To jest sposób, by wyładować całą tą frustracją, krążącą w moich żyłach. Kiedy jednak przez moje żyły przetacza się złość, w tym samym czasie większość mnie nie ma najmniejszej ochoty oglądać wiadomości i wieści o kolejnych morderstwach. Chcę tylko pozostać w łóżku, patrzeć na spokojny sen Aleca, czuć jego silną, ciepłą dłoń na moich brzuchu… albo może coś jeszcze napisać w zeszycie, który dostałam dzisiaj od niego. Jakimś cudem Alec dowiedział się, że pisałam dziennik… jakim cudem wiedział, że brakuje mi tego, brakuje mi czegoś, gdzie mogłabym uporządkować myśli, tego nie zgadnę. Może jednak on zna mnie lepiej niż ja sama.

Uśmiecham się do tej myśli. Może.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *