Freak Nation (58)

58.

„Rozmawiaj ze mną… proszę… Elizabeth, otwórz oczy. Wiem, że nie śpisz.”

I co z tego? Ja nie chcę rozmawiać. I nazywam się Maleństwo, X5 – 594. Zostaw mnie w spokoju. Nie wiesz, że tylko tego chcę? Spokoju. Spokoju od tych wszystkich chorych pomysłów Manticore. Od cholernych kosmitów, przeznaczenia i całej tej reszty, od której robi mi się niedobrze. Muszę to przetrawić, a ty mi tego nie ułatwiasz. Chcę tylko, żebyś mnie zostawiła samą.

„Elizabeth…” czuję dłonie, podnoszące mnie z kanapy. Są troskliwe, ale tak inne od opiekuńczych, mocnych ramion Aleca.

Alec. Biggs. Co najmniej oni uszanowali moją wolę. Czasem każdy potrzebuje sam poradzić sobie ze swoją przeszłością.

„W cholerę, posłuchasz mnie, czy będziesz chciała czy nie!”

Och, och, wygląda na to, że pani genetyk się wkurzyła. Świetnie. Już się boję. Nic mi nie zrobisz… już nic nie może mnie dotknąć. Nie od ciebie. Wystarczająco dużo trucizny wpuściłaś do mojej krwi przez lata.

„Musisz wziąć tryptophan. Więc lepiej otwórz buzię, albo zrobię to siłą.”

Nie otwieram. Czuję, jak dłonie chwytają mój podbródek. Jest silna. Bardzo silna. Ale i tak się wyrywam.

„Chcesz umrzeć?”

Nie.

„To świetnie. Ale najpierw masz coś do zrobienia na tym świecie. Nie wcześniej.”

Nie zamierzam umierać i nie zamierzam cię słuchać. Zostaw mnie w spokoju.

Czuję, jak znowu próbuje.

Jeden szybki ruch… do szybkości niepotrzebne są oczy. Właśnie to odkryłam. Nie muszę widzieć, co robię. Ważne, że czuję, co robię.

Nancy upada na podłogę, klnąc wściekle. Ja wracam na kanapę… oswobodzona z jej uścisku. Chcąca, by zostawiono mnie w spokoju.

„Masz.” rzuca w moją stronę słoiczkiem wypełnionym do połowy lekiem. Słyszę, jak powietrze stawia opór opakowaniu, masa tabletkowa stuka cicho od wewnątrz o szkło. Łapię, nie otwierając oczu. „Progeria to śmiertelna choroba, jeśli nie jest leczona. A wy sami nie potraficie tego wyleczyć. Zmądrzej, Elizabeth. I to zanim wróci twój ojciec i znowu zastanie wojnę między nami. On tego nie lubi.”

To twoja wina, Surinah. Gdyby nie twoje chore pomysły, nigdy by nie doszło do tej sytuacji.

„Maleństwo!”

„Co?” Nancy podnosi się w końcu z podłogi, najwyraźniej zainteresowana, że wreszcie się odezwałam. Chyba ją trochę uszkodziłam. Ma swoje lata, chociaż zdecydowanie nie wygląda.

„Na imię mam Maleństwo!” mówię zimno. Nie cierpię jej. Nie cierpię kosmitów. Po cholerę przyjeżdżali na Ziemię?! Nie mogli wynaleźć sobie innej planety na przechowanie swoich kochanych przywódców przez półwiecze?

Ale nie, są jeszcze Familiars. I tak by nas stworzyli. Familiars też nie cierpię. Też im się zachciało czegoś dużego i czegoś złego. Co do cholery jest z mieszkańcami tego świata? Nie wystarcza im spokojne życie, pewność, że następnego dnia obudzą się żywi i we własnym łóżku? Ciągle muszą chcieć coraz więcej… więcej… aż popadają w paranoję. Nigdy im nie dogodzisz.

Ech, my chyba naprawdę jesteśmy poprawieni genetycznie. Na wyższym poziomie ewolucji. Różnimy się znacznie od ludzi. Ludzie to jedyne zwierzęta na tej piekielnej planecie, które zabijają dla przyjemności, a nie po to, by przetrwać. No i kosmici też tak robią. Nasedo jest klasycznym przypadkiem psychopatycznego mordercy, który sfiksował w skutek ponad półwiecza na obcej ziemi. Więc chyba różnimy się także od „istot wyższych”, prawda? I z całą pewnością jesteśmy od nich ładniejsi. Szara skóra? Brr. Nie dla mnie. Naprawdę nie ma czego zazdrościć. A ich sylwetka? Jakaś takaś mała i wykoślawiona. Nie ma czym się zachwycać. Ba, nawet nie ma na czym oka zawiesić! Co to ma być? Kiedy do większości czynności wkładasz tylko wysiłek umysłowy – w tym przypadku ich „moce nie z tego świata” – efekt jest taki, że wyglądasz jak sflaczały, nieforemny worek. Jak Nasedo. Nie, nie zostanę naukowcem.

Nie wiem, jak kiedyś mogłam zazdrościć Tess. Co na litość boską w niej niby jest, by zazdrościć? Blond włosy? Nie cierpię blondynek. Alec też już za nimi nie przepada od czasu Ashy. Niebieskie oczy? Takie blade, kompletnie bez wyrazu. I patrzą tak pusto, kiedy paczy czyjś umysł. Wysoka inteligencja? Dziękuję, ja już stałam w kolejce po rozum, kiedy ona poszła w odstawkę, przez jakieś 36 lat mając mózg na poziomie małego dziecka. Poza tym wątpię, by to kompletne beztalencie muzyczne potrafiło odtworzyć jakąkolwiek raz usłyszaną melodię albo mapę terenu po pierwszym spojrzeniu. No, ewentualnie mapę centrum handlowego… ale to zapewne po wielokrotnych wizytach. Nie no, dochodzę do wniosku, że Tess kompletnie marnuje swoje ludzkie dziedzictwo. Dostała niezły mózg – mózg człowieka, ale zupełnie go nie używa. Ona po prostu zatrzymała się w rozwoju. Moce mocami, bywają bardzo poręczne, ale powinna już dawno zmądrzeć, bo będzie przypominała taki sam sflaczały worek jak Nasedo. Ma dobrą pamięć, potrzebną przy paczeniu umysłu, ale poza tym jej nie wykorzystuje. Mogłaby tyle zrobić… nauczyć się na przykład mówić w obcym języku. Jej hiszpański jest na poziomie podstawówki! A przecież taka umiejętność przydałaby się w unikaniu FBI.

Nie, lepiej zmienię kierunek myślenia, bo dojdę do wniosku, że Tess jest po prostu mało inteligentna… czy wręcz głupia.

Czego to ja jeszcze jej zazdrościłam? Ach tak, stwierdziłam, że jest śliczna i ponętna. No dobrze, wygląda jak lalka. Podziwiać z daleka. Gorzej niż Isabel. I Tess… no cóż, ja odeszłam z Roswell, a Max jakoś nie zwraca się w jej stronę.

Chociaż może nie, to nie jej wina, że Antarianie wysłali takich idiotów z nimi i dano jej niewłaściwe DNA. Na to nic nie może poradzić, tak samo jak ja – ktoś nas wyprodukował i musimy przyjąć to z dobrodziejstwem inwentarza. Biedna Tess. Pewnie się obwinia i zastanawia, co robi nie tak… Jak ja, kiedy oglądałam się za Aleciem. Nie ma nawet pojęcia, że przegrywała już w 1947 roku, kiedy mnie jeszcze nawet nie było w planach!

Kolejna na liście jest ogromna moc… No dobrze, ja też mam moc. Może nie skręcające umysł zdolności. Nie potrzebuję tyle spać, nie mam cieni pod oczami – ciekawe, ile korektora zużywa na co dzień? – i mogę bez obaw wypić piwo czy zjeść batonika z adwokatem. Haha, nie, Tess jest zdecydowanie godna współczucia. Antarianie to idioci. Jak mogli stworzyć hybrydy, które nawet nie mogą czerpać radości z życia? Przecież to idiotyzm. Każdy ma prawo się wyszaleć i nie potrzebuje przy tym ograniczeń. Tylko musi dorosnąć, by zrozumieć, że nie wszystko co dozwolone, jest dobre – złote słowa mojego braciszka, pod którymi podpisuję się rękami i nogami. Na nich – hybrydy – nałożono z góry prohibicję… Dzięki, o Sandemanie, za przyśpieszony metabolizm.

A właśnie. Kolejna wspaniała cecha X5. X5, X6, X7 i innych. Chyba mam naprawdę za co dziękować szalonym ludziom z Manticore za ich pomysły. Wiem, że metabolizm służy różnym celom i raczej nie utrzymanie smukłej sylwetki mieli na myśli, projektując nas, ale to po prostu jeden z wielu dodatkowych plusów. A może mieli? Naprawdę, nie widziałam żadnego brzydkiego członka X-serii. Każdy z nas jest uosobieniem jakichś kanonów urody, nawet ja. Chyba nie mam aż tylu genów pani Carino, skoro z każdym dniem upodabniam się do Biggsa.

Królewskie pochodzenie… Cóż, nie zazdroszczę tego Tess. A dlaczego? Proste. Bajecznie proste. Mój kochany braciszek jest w końcu szefem piątej serii, a mnie traktują… jak ich księżniczkę. Taką maskotkę Terminal City, dzieciaczka, którego można rozpieszczać i przed którym jednocześnie schyla się głowę z szacunkiem z powodu ‚pochodzenia’ – siostrze szefa się nie podskakuje. Poznałam, co to znaczy być na świeczniku. Odpowiedzialności zbytnio nie poznałam i nawet nie chcę znać znaczenia tego słowa. Wystarczy mi, że mam na głowie mój własny los. Nie potrzeba mi innego.

Maleństwo?

Och, mój ukochany braciszek. Mam dzisiaj wisielczy humorek.

Siemanko. Co jest grane?

P R Z E S T A Ń T R U Ć !!!

Hej, nie mogę się poużalać nad kosmitami?

Czy ja słyszę jęk rezygnacji? Nie, wpada raczej w surowy ton starszego brata.

Póki nie zapominasz o lekach. Swędzi cię piekielnie skóra na rękach.

Co?

Podciągam rękawy. Rzeczywiście. Spore płaty mojej skóry znów przypominają suszoną śliwkę. Nawet nie zauważyłam, pochłonięta tym małym podsumowaniem. Chyba lepiej ze mną niż mi się wydawało.

Szukam słoiczka tryptophanu, który zostawiła Nancy, ale po krótkim namyśle, odstawiam go na stolik. Kto to wie, co tam dodała.

Widziałeś gdzie zostawiłam leki od Sama?

W plecaku.

A plecak?

Został w kawiarni.

No super. Wygląda na to, że jednak znów pokażę się ludziom na oczy.

Już zamknęli. Jest po dziesiątej.

Diabelnie. Muszę w sobie wyrobić poczucie czasu.

Wyczucie czasu… przyjdzie z czasem.

Tłumię śmiech, schodząc po schodkach na zaplecze kawiarni. Moja głowa zaczyna boleć piekielnie, jakbym to przeżywała kaca – kolejny milutki objaw progerii. Ale to może od myślenia. Nie wiem, co to za kretyn wymyślił powiedzenie, że myślenie nie boli.

Otwieram drzwi i niemal wpadam na Tess. Refleks X5 czasem się przydaje, ale nie można przecież dawać powodów do podejrzeń. Więc pozwalam wylać na siebie odrobinę coli z dzbanka, który akurat niesie.

Co ja plotę? Tylko chcę sprawdzić, czy Nasedo wpoił jej zasady dobrego wychowania. Ciekawe, jaką będzie królową.

„Liz…” mruży swoje wyblakłe oczka. Patrzy przyjaźnie, ale zdradza ją mowa ciała. Przydałby się jej dobry trening opanowania. Nie powiem, cieszy się złośliwie. Prawdopodobnie zauważyła dzisiejsze cielęce oczka Maxa.

„Cześć, Tess.” uśmiecham się szeroko, otwierając jej drzwi „Pomóc ci?”

„Słucham?” mruga zaskoczona. Wskazuję na moją bluzkę, dzbanek coli i tacę, którą niesie w drugiej ręce.

„Idziesz w ślady Agnes…”

Wszyscy wiedzą, że Agnes nie daje sobie rady. Tess potrząsa głową, ale jej przyjazny uśmiech znika z oczu. Wtedy nagle zauważa moje ręce i otwiera usta ze zdumienia.

„Co ci się stało?!” jąka się w szoku.

„Nic.” wzruszam ramionami. Wielka sprawa. Tylko progeria. Łapię mój plecak i szukam leków. Whola. Trzy czwarte słoiczka. Starczy na kilka dni, zanim wrócę do domu. Ale może na wszelki wypadek, jakichś kolejnych nieprzewidywalnych wypadków, warto byłoby wpaść do apteki?

„Ty… jesteś… chora?” głos Tess jest niepewny.

Odwracam się nieznacznie. Stoi w drzwiach, nie mogąc odkleić spojrzenia od moich ramion.

„To się nazywa syndromem progerii.”

„Czym?”

Psiakrew, czy ludzie są naprawdę tak niewykształceni czy to tylko hybrydy?

„Mówiąc w skrócie…” poprawiam rękawy bluzy. Śmieszne, swędzące uczucie ogarnia moje ręce. Biggs miał rację. To swędzi i nagrzewa się. „Kiedy choroba uderza bardzo gwałtownie, w pełnej sile, ciało się starzeje bardzo szybko.”

„Nie brzmi przyjemnie.”

„To nie boli, jestem tylko słaba. No i progeria jest śmiertelna. Nie leczona prowadzi do śmierci.”

Oczy Tess rozszerzają się gwałtownie w strachu. Przysiada na kanapie, jakby niepewna, czy nogi ją poniosą.

„Jaja sobie robisz, prawda?”

„Yyy… nie.” potrząsam głową. Dlaczego tak trudno innym uwierzyć w to? Przecież nie wyglądam tak dobrze i zdrowo!

„Ale wynaleziono na to lekarstwo?”

„Owszem.” połykam tryptophan i popijam koktajlem mlecznym; przychodzi mi na myśl, jak Nancy zdobywała leki, ale to tylko przypuszczenie… może miałam szczęście… a może nie. Kiedy to przychodzi do progerii, historii podawania mi blokerów, tracę logikę. „Spłonęło jakiś rok temu razem z jedynym ośrodkiem na świecie, gdzie to potrafili wyleczyć. Zapasy leków, formuły, dane dotyczące dotychczasowych przypadków… Wszystko poszło z dymem.”

„Dlaczego nie poprosisz o pomoc Maxa?”

Patrzę na tę blond-inteligencję i potrząsam głową.

„Nie chcę nic od niego.”

„Och, przestań! Jesteś śmiertelnie chora!” Tess trzęsie głową w niezrozumieniu i uporze. Wygląda na to, że to ona jest w szoku. „Max nie jest Bogiem, ale zrobiłby dla ciebie wszystko. Wiem o tym. Często rozmawiamy o tobie. Wystarczy tylko szepnąć mu słówko.”

„Nie.” mówię krótko „Nie sądzę, by to podobało się Alecowi.”

„Jak dobry sex z nim musi być, skoro stawiasz to nad swoje życie?” Tess warczy wkurzona. Mrużę oczy, powstrzymując żądzę mordu. O jeden krok za daleko.

„Progeria jest wyłącznie genetyczna.” siadam w loży naprzeciwko „To zawsze tkwiło we mnie, czekając tylko na osłabienie mojego organizmu, by się ujawnić.”

„I co z tego? Max może wyleczyć naprawdę wiele.”

„To z tego, że Max nie może mnie wyleczyć. To było we mnie, kiedy mnie postrzelono. Wiesz, jak mnie uzdrawiał? Nawiązał połączenie, związek, czy jak wy to nazywacie, po czym naprawił to, co było nie tak – w tym wypadku ranę postrzałową. Gdyby mógł wyleczyć progerię, wyleczyłby ją tamtego dnia. Nawet bym się nie dowiedziała, że jestem w grupie potencjalnego ryzyka.”

Tess zatyka na chwilę. Chyba nadszarpnęłam pozycję Maxa na jej prywatnej liście półbogów.

„Jesteś pewna?” pyta się po chwili „Może jednak warto spróbować?”

Potrząsam głową. Zdecydowanie, musiała być uparta jak osioł w poprzednim życiu.

„Nie zaryzykuję poważnego ataku choroby czy odstawienia leku, Tess. Nie po to, by Max mógł się przekonać, jak bezsilny jest, kiedy to przychodzi do mnie. Od momentu, kiedy choroba atakuje, mija zaledwie kilka dni i następuje śmierć. I przez większość tego okresu nawet nie jest się przytomnym. Wierz mi, wywinęłam się już parę razy.”

„Boże święty… to nawet gorsze niż rak. Ale może to ja porozmawiam z Maxem, nie będziesz musiała…”

„Nie. Zbyt dużo mam do stracenia.” protestuję zdecydowanie. Nie chcę, by Max buszował w moich wspomnieniach. Nie wstydzę się ich. One są po prostu zbyt intymne, zbyt szczęśliwe. Te wszystkie chwile, spędzone w Seattle, z Biggsem, z Aleciem, z Cece i innymi poprawionymi genetycznie… Mogę chorować, mogą na mnie polować, ale ja mam tak wiele w życiu, tak wiele dobrego mnie spotkało, że mi na tym nie zależy zbytnio. Tylko chcę żyć i być wolna, by móc cieszyć się tym, co mam.

„Nie martw się. Co ma zawisnąć, to nie utonie. A ja zamierzam żyć.” uśmiecham się uspokajająco do Tess „Jestem jedną z niewielu szczęściarzy, której organizm sam zwalcza łagodniejsze nawroty choroby. Tylko muszę uważać, by brać leki i dbać o siebie, a dożyję później starości…”

O ile Familiars albo Kivar w 2014 nas nie wymordują…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *