Freak Nation (57)

57.

„Co?” Biggs niemal dusi się w szoku.

„Surinah Sandeman, młodsza, bliźniacza siostra człowieka, który stworzył większość poprawionych genetycznie.” mówię powoli. Dociera o wiele szybciej. „Chociaż także miałaś w tym swój udział, nieprawdaż?”

„Projektowałam wygląd serii X.” przyznaje z niechęcią „I pomagałam przy X5 452. Ona jest tym.

Mój braciszek pochyla się groźnie nad Surinah.

Tym?!?”

Brzmi znajomo. Tak samo CJ mówił o Max.

„Nie byłam wtajemniczona, zaufana, jak inni. Byłam trzecim dzieckiem i tylko fakt, że jesteśmy bliźniętami, uratował mnie od śmierci, ale też i nie otrzymałam prawa poddania się próbie węża. Naszą matkę oczywiście zabito… tak jak i żonę mojego brata. Kochał ją bardzo, potem tę miłość przelał na ich synów. Więc kiedy przekonał się, że CJ nie przeżyje próby węża, nie było trudno namówić go do odejścia. Ale to on dysponuje wiedzą o Familiars i ich planach. Wiem tylko, że ma stać się coś naprawdę dużego i złego i że stworzyliśmy 452, by temu zapobiec. Zresztą, jak każdego z was. Taka mała prywatna armia przeciwko Familiars i Skórom.”

Skórom? Czy ja się przesłyszałam? Ile do diabła jeszcze nie wiem o tym, co się dzieje wokół mnie?

Manticore zostało założone w celu stworzenia doskonałych żołnierzy poprzez manipulacje zarówno ludzkim, jak i zwierzęcym DNA. Na początku było wiele sprzeciwów wobec tego. Potem jednak, około 1953 roku stało się coś, co odstawiło skrupuły do kąta. Nie wiemy, co takiego. Pewnie jakieś zagrożenie wymagające specjalnych środków.

Psiakrew, Max miała rację. Rzeczywiście, ‚jakieś’ zagrożenie, wymagające specjalnych środków… Czy nie wtedy właśnie wrogowie Maxa przylecieli za nim na Ziemię?

„Jedźmy już.” wstaje z ziemi „Nie chcę, by dobrali się do Jeffa.”

„Maleństwo, oddaj Nancy kluczyki.” Alec nagle rzuca „Pojedziesz ze mną.”

Wzruszam ramionami. Jeśli tak chce…

Odprowadzamy maszyny wystarczająco daleko, by dźwięk silników nie zaalarmował nikogo. Chociaż wątpię, by we wnętrzach bazy było to słyszalne, to jednak ostrożność nie zawadzi.

Mój najnowszy nabytek ląduje niezauważony w garażu pod Crashdown, razem z kierowcą – Nancy. Tymczasem ja, Alec i Biggs parkujemy przez kawiarnią. W środku panuje akurat wieczorny szczyt najazdu głodnych niezdrowej żywności mieszkańców ziemskiej stolicy kosmitów. Odgarniam kosmyk włosów z twarzy.

„Co jest?” Biggs patrzy na mnie pytająco. Ktoś obok mnie przechodzi. Alec bierze mnie za rękę i trzyma mocno.

„Potrzebuję lasera.” mówię po prostu, nerwowo poprawiając włosy na karku. Szczęście, że mój golf jest dosyć wysoki. Alec ściąga mój plecak i mruczy, że będzie dobrze. Chciałabym w to wierzyć. Bardzo.

Przez szyby widzę, jak w środku krąży tłum nastolatków i innych mieszkańców miasta. W zwykłej loży siedzi Max z Isabel, najwyraźniej jedzą kolację. Alex paple coś trzy po trzy do swojej jasnowłosej księżniczki, która najwyraźniej wypadła na ten wieczór z roli królowej lodu. Nagle pochyla się… i całuje prosto w usta. A Is bynajmniej nie protestuje!

„Wygląda na to, że niektóre rzeczy się nie zmieniają.” 593 śmieje się, podążając za moim pierwszym spojrzeniem, podczas gdy ja już dostrzegam Kyle’a. Siedzi przy ladzie, sam, nie odzywając się do nikogo, ignorowany przez pozostałą część gangu.

Alec popycha mnie delikatnie do przodu.

„No chodź. Oni nie gryzą.” szepcze mi do ucha. Uśmiecham się niepewnie. Biggs otwiera drzwi Crashdown i idzie przodem, zasłaniając mnie od ciekawskich spojrzeń.

Czy już wspominałam, że 593 to mój ulubiony X5?

No, zaraz przed 494. Ściskam mocniej jego dłoń. Najchętniej zwiałabym na drugi koniec kraju. Wrócić do Roswell, w dodatku kompletnie na to nieprzygotowaną…

„Liz!” mój tata wyłania się z zaplecza i przemierza salę w ledwie kilku krokach. W następnych sekundach z niechęcią, ale jednak, muszę puścić dłoń Aleca, ponieważ tata kręci mnie wokoło. „Jednak znaleźliście się. Nie było większych kłopotów?”

„Skądże!” Biggs od razu podchwytuje wątek; myśli naprawdę szybko „Ale nigdy więcej osobnych samolotów. Co najwyżej wcześniej zwalimy się na głowę.”

Tata ostrożnie stawia mnie na podłodze. Natychmiast przesuwam się w stronę Aleca, który obejmuje mnie.

„Witaj, synu!” Jeff łapie Biggsa w niedźwiedzim uścisku. A Biggs? Wygląda, jakby czymś się dusił albo usiłował powstrzymać rozbawienie.

I oczywiście przychodzi też kolej na przywitanie 494.

„Zranisz ją, a będziesz błagał, by to White polował na ciebie.” szemrze cichutko w stronę mojego chłopaka. Ale oczywiście nie dość cicho dla X5. Psiakrew, człowiek nie jest w stanie powiedzieć czegoś tak cicho, bym tego nie usłyszała, stojąc obok.

„Tata!” jęczę zrezygnowana. Kątem oka widzę, jak Nancy wchodzi na salę. Już zdążyła się przebrać i przyczesać. Szybka jest. Przyzwyczajona najwyraźniej do szybkiej reakcji… ale o kim ja to mówię? Musiała nauczyć się żyć z myślą, że w każdej chwili Familiars mogą ją dopaść.

Nigdy nie wiadomo, kto jest od nich… stwierdzam ze smutkiem. Tak samo powiedziała przed laty, opuszczając cichy budynek na granicy Wyoming. Tam, gdzie mnie musiała przywozić każdego lata… aż wreszcie wszystko spłonęło tak doszczętnie na skutek ogromnej bomby. Wielu ludzi zginęło, żebym mogła żyć na zewnątrz.

I ilu jeszcze potem zlikwidowała, aby upewnić się, że Manticore postawiło na mnie krzyżyk? Jakim cudem dokopała się do ich bazy danych?

A może oni sami tego dokonali, by usunąć wewnętrzne ślady, by Antarianie nie wpadli na mój trop?

Tyle pytań, i znów zbyt mało odpowiedzi. Nie lubię tego.

Surinah obejmuje mnie krótko, polecając się położyć. No tak, progeria, przypominam sobie niejasno.

W następnej sekundzie jednak ciasno obejmują mnie męskie ramiona. I to nie są ramiona Aleca.

„Psiakrew, Parker, czemu nic nie powiedziałaś, że wypuścili cię z tego wariatkowa zwanego szpitalem?”

Mrugam zaskoczona. Kyle.

„Dobrze, już dobrze. Dosyć tych czułości!” Alec gdera „Wyszła wczoraj. A teraz bądź tak miły i postaw moją dziewczynę na podłodze, zanim skopię ci tyłek. Masz dwie sekundy.” dodaje znacznie ciszej.

„Jesteś strasznie łaskawy!” Kyle chichocze, ale posłusznie stawia mnie na podłodze. Potrząsam głową. Faceci. Pilnują swojej własności jak piranie.

„Mój pokój gotowy?” pytam się Nancy.

„Oczywiście!” odpowiada z satysfakcją „Nawet pościeliłam.”

„Super. Marzę o kilku godzinach normalnego snu.” odwracam się i idę w stronę zaplecza, po drodze uderzając lekko w głowę Alexa. On i Isabel jeszcze nie oderwali się od siebie, jak zaczęli, tak nie mogą skończyć. Hm, czemu mam dziwne uczucie deja-vu?

„Cześć, Max!” mówię pogodnie, nie zatrzymując się jednak ani nie poświęcając mu spojrzenia dłuższego niż ułamek sekundy. On patrzy na mnie… nie wiem, czego oczekiwałam. Wciąż ma to spojrzenie, wpatrzone we mnie. Tylko, że tym razem nie wywołuje ono we mnie żadnych uczuć. Nawet odrzucenia. Po prostu jest. Jak element otaczającego mnie świata. Kiedy stałam się taka obojętna na kogoś, kto kiedyś rządził całym moim sercem?

Zaraz jak tylko drzwi zaplecza zamykają się za nami, Alec natychmiast zamyka moje usta pocałunkiem i podnosi mnie na ręce. Wygląda na to, że jednak pomarzę sobie o tym śnie… później.

~ * ~ * ~ * ~

Nie mogę powiedzieć, że mam powody do narzekań… ale do diabła, dlaczego mój tata jest tak opiekuńczy? Jeff wrócił znowu do swojej ulubionej roli troskliwego tatusia i czuje się w niej jak ryba w wodzie. Zupełnie zapomniał, że sama potrafię troszczyć się o siebie.

I nawet Biggs w szczytowym okresie swoich nadopiekuńczych wybryków, był aniołkiem w porównaniu do niego. Tata nie pozwala mi nawet przynieść sobie napoju. Skacze wokół mnie jak kwoka. Niedługo zabroni mi nawet chodzić i będzie mnie nosił z miejsca na miejsce.

Biggs tylko szczerzy zęby, kiedy to widzi. Wiem, że ma niezły ubaw. Bardzo mu się to podoba, pewnie sądzi, że po tym, jak traktuje mnie Jeff, trochę spuścimy z tonu z Aleciem i Cece i przestaniemy go ‚wychowywać’ na mniej nadopiekuńczego. Nie ma mowy! Jest jak pirania, która poczuła krew, kiedy to przychodzi do opieki nade mną. Taka ‚męska wersja’ Isabel. Psiakrew, powinnam była wyczuć pismo nosem po tamtej rozmowie w kuchni przed wyjazdem. Ale które z nas wówczas wiedziało, że stoi naprzeciwko swojego wymarzonego rodzeństwa?

Na moje szczęście interesy wzywają Jeffa… jeden z dostawców coś tam pomieszał. Przy świątecznej gorączce to często się zdarza i musiał zainterweniować. Z głębokim westchnieniem ulgi patrzyłam na oddalające się światła jego samochodu… no i mogłam najzwyczajniej w świecie usiąść obok Aleca, nie narażając się na głęboką dezaprobatę taty. Widziałam te spojrzenia, którymi go taksował… jak przyglądał się chociażby temu, jak Alec na mnie patrzy. Tylko facet pojmie relacje damsko-męskie po spojrzeniu, jakim mężczyzna obrzuca kobietę… Więc myślę, że tata chyba wie na jakim poziomie zażyłości jesteśmy. I chyba trzyma w kieszeni dubeltówkę. Może nawet dwie. A jak nawet nie ma, to pewnie wstąpi po drodze do sklepu i zamówi kieszonkową wersję.

Surinah kręci głową, siadając naprzeciwko. Rzuca krótkie spojrzenie w stronę pozostałych stolików. Agnes i Tess uwijają się jak w ukropie, ale ona bynajmniej nie ma ochoty im pomóc. Max i Isabel wciąż siedzą w loży, rozmawiając zawzięcie o czymś. Chyba się kłócą. Nie chcę podsłuchiwać, więc ignoruję po prostu dźwięki, jakie do mnie docierają.

„Zawsze miał fioła na twoim punkcie, ale ostatnio…” wzdycha dramatycznie „Chyba obawia się, żebyś nie zapomniała, że to on jest twoim ojcem.”

Parskam. Jakby było w ogóle to możliwe!

„Dobrze, ale wolałabym, żeby Alec przeżył wizytę w Roswell.”

„Aaach, kochanie… jakie to słodkie, że się tak o mnie martwisz…” Alec pochyla się i sączy mi do ucha głosem pełnym miodu.

„Mówię poważnie.” jęczę „Biggs przy nim to święty. Zapomniałeś już, do czego jest zdolny?!”

Mój braciszek krzywi się tylko. Dobrze wie, że ta historia będzie wracać jeszcze przez całe lata.

„W życiu!”

„Pomnóż to razy tysiąc i wyjdzie ci ktoś w przybliżeniu podobny do Jeffa.”

„Liz ma rację. Uważaj na niego.” Surinah uśmiecha się lekko, ironicznie i dodaje znacznie ciszej „Na kilka dni musicie zapomnieć o wspólnej sypialni.”

„Nie zostaniemy tak długo.” Biggs zaprzecza stanowczo „Nie zostawię Cece samej w mieście, gdzie grasuje stuknięty morderca. Tym bardziej na święta.”

„Pewne, że to ktoś od?”

„Nie do końca… podejrzewamy jednak, że komuś w końcu odbiło na wolności.” Ale zaprzecza ruchem głowy „Psy Ops, albo po prostu zwykłe nieprzystosowanie… Dla większości to szok żyć na zewnątrz, kiedy wcześniej nie mogli decydować nawet o tym, kiedy mogą spać.”

Surinah zastanawia się chwilę.

„Wiecie, jak wygląda? Płeć? Jakieś inne szczegóły wizualne?”

„Najprawdopodobniej kobieta, brunetka.” Alec mówi wreszcie „Czemu pytasz?”

„Zapominasz, kto był odpowiedzialny za twój wygląd.” śmieje się cicho, najwyraźniej rozbawiona „Pamiętam każdy koktajl. W końcu nie było was tak dużo, ledwie setka… i było sporo bliźniaków lub też osób, które nimi nie były, ale miały wyglądać tak samo.”

„Co masz na myśli?”

„Dla przykładu Liz i Biggs.” Nancy zaczyna rysować coś na serwetce „Bliźnięta, klasyczne, jednojajowe. Mieli wyglądać tak samo, potem zmieniliśmy zdanie. Ich DNA zawiera prawie to samo. Są jednak w serii takie pary, które tylko wyglądają identycznie. Dotyczy to tej samej płci, przeważnie kobiet. Fragment DNA odpowiedzialny za wygląd jest taki sam, ale cała reszta kodu – inna. Max dla przykładu, bo ją znacie. Jeśli jeszcze nie zabito tej drugiej, to po świecie chodzi dziewczyna wyglądająca identycznie jak ona. Takich „zestawów” jest siedem. Siedem zestawów bliźniąt jednojajowych i siedem zestawów dwujajowych. Niestety, spora część bliźniąt… nie udało im się przetrwać. Ale podejrzewam, że w młodszych wersjach nie robili już tylu eksperymentów i tylko progeria, treningi i misje mogły przerzedzić szeregi.”

Mam głupie uczucie, że Nancy chce coś wcisnąć między wierszami. I wtedy pamiętam, co powiedziała wcześniej. Taka mała prywatna armia przeciwko Familiars i Skórom. Czyżby to było to?

„Więc czemu kłopotaliście się ze mną? Jestem jedyną z bliźniąt, której zmieniono gruntownie wygląd.”

„Nie gruntownie, wciąż jesteście podobni. Wystarczy spojrzeć na was, by wiedzieć, że jesteście rodzeństwem. Może nie każdy to widzi, ale każdy lekarz to dostrzeże.” potrząsa zdecydowanie głową „Nie byliśmy w stanie zmienić tak wiele, jakbyśmy chcieli. Z powodu twojej odporności, oczywiście. Nie byłoby dobrze, gdyby zaczął zwalczać komórki twojego organizmu.”

Więc dlaczego chcieli zmienić bardziej? Po co, skoro i tak Manticore wiedziało, że się urodzę? I przez sześć lat miałam wciąż z nim styczność. Nie musieli w ogóle zmieniać mojego kodu, było nawet ryzyko uszkodzenia mojego cudownego układu odpornościowego…

Nagle łapię to, co Nancy rysuje na serwetce.

Podnoszę z niedowierzaniem wzrok na nią. Kiwa głową w potwierdzeniu.

„Żartujesz sobie?” mamroczę, gniotąc w dłoni serwetkę i wrzucając ją do popielniczki. Obraz tego, co tam było i tak wyrył się w mojej głowie. Pięć małych punkcików, ułożonych w charakterystyczną konstelację… Co ma moje DNA do kosmitów?

„Nie.”

„Każdy żołnierz świruje kiedyś… zwłaszcza po półwieczu samotności na obcym terenie, bez zbytnich perspektyw na powrót do domu, na powodzenie misji… To, czego agenci się dowiedzieli od dwójki po schwytaniu, brzmiało jak bajka. Ale nagle mamy na głowie ogromną bandę stukniętych zielonych ludzików i bajka staje się przerażającą rzeczywistością. Dwie opcje, po której stronie stanąć: albo stuknięci, albo ci od bajek. Wybrano tych, co od początku mówili prosto z mostu prawdę… absurdalną, ale jednak. Niestety, dwójka zwiała. Kokony także zwinęli. Więc trzeba było sprawić, dopilnować, by czwórka, która miała się urodzić, była zarówno bezpieczna, jak i wystarczająco przywiązana do ludzi, by w przyszłości nam nie zagrozić.” Nancy wyciąga małą fotografię i popycha ją przez stolik w moim kierunku. Biggs i ja pochylamy się nad nią. Alec nic nie rozumie, ale trzyma mnie za rękę. Pod stołem, delikatnie gładząc zaciśnięte palce.

„To chore…” jęczę w przerażeniu, odsuwając czarno-białą ślubną podobiznę dwojga młodych ludzi.

„Oni mieli swoich ludzkich dawców… więc wyszukaliśmy wszystkich z pewną wadą genetyczną, która była im potrzebna… to kilka tysięcy ludzi w całej ludzkiej populacji. W końcu znaleźliśmy tych, których próby DNA zgadzały się z tymi pobranymi z kokonów. Na nasze szczęście, oni potrzebowali, by relacje między nową Avą i nowym Zanem były identyczne jak tam… Było tylko jedno jedyne małżeństwo pomiędzy ludźmi, którzy mieli tę wadę. Ba, nawet sami o tym nie wiedzieli.” Nancy rzuca spojrzenie na Tess… „Ona była jego drugą żoną. Ci kretyni nie mieli pojęcia, że to związek całkowicie z rozsądku. Kiedy przychodzi do uczuć, oceny relacji międzyludzkich, żołnierze potrafią być naprawdę ślepi.”

„Więc dlatego… kiedy tylko mnie zobaczył…” kurczę się w sobie, przypominając błyski, które otrzymałam od Maxa. Moment, w którym mnie pokochał… Wyszedł z autobusu i dostrzegł małą dziewczynkę grającą z koleżankami w łapki… Niedobrze mi.

Nancy kiwa głową ze współczuciem.

„Zan… czy też teraz Max… był na to skazany. Jego ludzki dawca był naprawdę szczęśliwy ze swoją pierwszą żoną. Wręcz klasyczna miłość od pierwszego wejrzenia… charaktery, usposobienie… pasowali do siebie, byli naprawdę dobrani. Na nieszczęście, ona zginęła podczas wojny. Była pielęgniarką w bazie, mieszkali na Hawajach. Nie wyobrażasz sobie, ile wysiłku i pieniędzy i czasu zajęło nam znalezienie maleńkiego fragmenciku jej DNA. Przetrząsnęliśmy wyspy wzdłuż i wszerz… i się nam nie udało na czas.”

„Dlatego właśnie rozmroziliście mnie później?”

„Tak. W 1981 odnaleziono stary magazyn wojskowy, coś w rodzaju tajnego bunkra. Wśród kosztowności był medalion z puklem włosów. Łapaliśmy się wszystkiego, naprawdę. Nadzieja odżyła. Sprawdziliśmy profil genetyczny i wyszła nam kobieta wyglądająca kropka w kropkę jak Elizabeth Carino. Stąd twoje pierwsze imię. Drugie jest po nosicielce Biggsa, Amy.”

„Dlaczego bliźnięta? Nie mieliście już wystarczająco wiele X5 w zapasie?”

„Skądże. Mogliśmy stworzyć ciebie od zera, chociaż czas nas gonił. O nie. Po prostu nie mogliśmy sobie pozwolić, byś w pewnym momencie przeszła zupełnie na stronę ufoludków. Miałaś być tą, która zapewni nam przychylność jednej ze stron… po tym, jak na początku wojskowi schrzanili wszystko, więząc dwójkę obrońców, która przeżyła wypadek. Nie mogliśmy sobie pozwolić na to, żebyś zapomniała o swoim pochodzeniu. Z Ziemi. Więc w tajemnicy zaprojektowaliśmy z bratem coś, co ty i Biggs z pewnością już odczuwacie. I zapewniam, z każdym rokiem będzie coraz silniejsze i mocniejsze. W założeniu miało pokonać odległość jak stąd na Antar. Niestety, to właśnie nie spodobało się tym na górze i często lądowałaś w Psy Ops jako dziecko. Podzielałaś uczucia 593, a żołnierze nie mają uczuć… Zdecydowano, że zerwą waszą więź. I tak… ty i ja opuściłyśmy szeregi M.”

Wstaję na trzęsących się kolanach, opierając się o stół. Ściśnięty żołądek podchodzi mi do gardła. To jest zbyt dużo. Z B Y T D U Ż o.

„Oddychaj…” słyszę zdenerwowany głos Biggsa na równi z moich własnym, świszczącym oddechem. Potrząsam głową. Moje dłonie zaczynają się trząść i w sekundach całe ciało ogarniają gwałtowne drgawki.  

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *