Freak Nation (56)

56.

Biały puch, spadający z nieba, ułatwił mi nieoczekiwanie sytuację. Lot o drugiej opóźnił się o ponad godzinę, ale i tak nie dorwałam Biggsa. Za to z powodu innego opóźnienia samolotów w następnym rejsie do Nowego Meksyku znalazło się kilka wolnych miejsc.

Psiakrew, nie lubię latać.

Wylądowałam bezpiecznie, przeszłam przez terminal tuż pod nosem rozprawiających o czymś z ożywieniem agentów NSA. Mieli z sobą kamerę termowizyjną, taką samą, jak te, które zwinęliśmy swego czasu z policyjnego magazynu. Żaden z kretynów nie patrzył na ekran, najwyraźniej znudziło im się.

Nic dziwnego, że potrzebowali stworzyć Manticore i nas, skoro na co dzień bezpieczeństwa tego kraju pilnują tacy idioci.

A może to wyjątek? Kto to wie. Nie bardzo brałam udział w akcjach Manticore. Tylko w jednej, solowej misji.

Ale o niej nie chcę myśleć. Przypomina mi Psy Ops i dlaczego w ogóle Nancy tak starannie zatarła za nami ślady. Wciąż mnie zastanawia, kto jej u diabła pomógł, ale nikt nie przychodzi mi do głowy. Nie znam zbyt dobrze dowództwa Manticore, większość teraz wącha kwiatki od korzonków na skutek działalności White’a. A przed laty była także inna kadra. Mało kto przeżywa w Manticore do emerytury. A już najmniej X5.

Na płycie lotniska uderzyło w moje płuca gorące, suche powietrze Nowego Meksyku. Żadnego deszczu, żadnej wilgoci w powietrzu, nie musisz się martwić o ciepłą wodę, a agenci NSA to kretyni. Wprost raj na ziemi.

Dorywam się do telefonu publicznego przed jakąś staruszką, która wrzeszczy oburzona. Mam ją w nosie. Szczególnie, że w samolocie zauważyłam mało przyjemny szczególik na moim karku. Zaledwie leciutki ślad, ledwie jedna kreseczka, ale powinnam jednak odwiedzić gabinet kosmetyczny jak najszybciej. Teraz moje oznaczenie wyłoni się w ciągu niespełna tygodnia. Zamalowałam makijażem, jak tylko mogłam, poprawiłam fryzurę… ale i tak wiem, że będą kłopoty. Szczęście, że w tym stanie nie zaglądają ludziom w kark.

Tata odbiera pod drugim sygnale. W tle słyszę głosy kawiarni. Psiakrew, to numer Nancy. Powinna mieć ze sobą komórkę! Co ona sobie myśli?

„Hej, tato. Gdzie Nancy?”

„Wybyła właśnie do Amy. Plotka niesie, że zaręczyła się z szeryfem Valentim…”

Mam ochotę wrzasnąć z radości. Jakim cudem?

„Świetnie. Czemu nie wzięła swojego telefonu?” jęczę.

„Wzięła, mój. Ten właśnie się ładuje. A propos… Biggs tu był i też jej szukał.”

Cholera… tylko nie to. Spóźniłam się.

„Chyba mu nie powiedziałeś?”

„Nie, nie było mnie. Był za to Kyle, ale chyba nie wiedział, gdzie jest.”

„Słuchaj. Kiedy przyjdzie Biggs albo jakikolwiek inny… znajomy, udawaj idiotę. I ostrzec Nancy, jeśli się pojawi. Powiedz, że Biggsowi nie spodobało się powiązanie jej i czerwonego lasera.”

„Co się dzieje?”

„Nie mam czasu na wyjaśnienia. Zbierz gotówkę, ile możesz. Musimy wyekspedytować ją stamtąd. Niedługo przyjadę.” odkładam słuchawkę. Wybieram numer komórki ojca. Nancy nie odbiera. Raz. Drugi. Trzeci. Cholera, nie mogę przecież włączyć mojej. W TC namierzą mnie, że jestem w Nowym Meksyku. Nadajniki są wszędzie.

„Odbierz…” mamroczę, błagając ja w myślach…. Whola. Jest.

„Słucham?” słyszę jej rozbawiony głos, a w tle dwa inne, niewątpliwie należące do Amy DeLuca i Diane Evans. No świetnie. Ale przynajmniej pogłos… są chyba na zakupach.

„Wiej.” mówię prosto z mostu „593 jest w Roswell, by cię zabić.”

„Co?” pyta się w szoku. Jęczę w duchu. Po tylu latach odzwyczaiła się od słuchania rozkazów czy co?

„Skumał mój koszmar o czerwonym laserze. Ja nie zdążę, żeby cię stamtąd wyjąć.”

Tylko nieco szybszy oddech pokazuje, że pojęła. Chyba jednak nie zardzewiała.

„Dokąd?” pyta się jakby to było o terminie podwieczorka, ale słyszę przez słuchawkę ciche kliknięcie zamka jej torebki i kroki. Szybka jest.

„Eagle Rock Military Base. I wyłącz komórkę. Mogą namierzyć cię z nadajnika w TC. Te morderstwa wprawiają ich w paranoję.” mówię cicho, doskonale świadoma, że w najlepszym razie Biggsa tam raczej nie przywieje, a w najgorszym nie będzie się spodziewał mnie tam. Wie, jak nie cierpię tego miejsca. „Przywiozę gotówkę. Na razie.”

Ustępuję miejsca wciąż złorzeczącej staruszce. Rozglądam się po terminalu w poszukiwaniu wyjścia na podziemny parking. Czas zdobyć transport, najlepiej bardzo szybki transport.

~ * ~ * ~ * ~

Kiedy w sierpniu opuszczałam Roswell, nie spodziewałam się wrócić szybko, a po cichu – nie spodziewałam się wrócić nigdy. Tym bardziej zaskakuje mnie nerwowy skurcz żołądka, kiedy widzę znajomą tablicę reklamową z zielonym ufoludkiem.

Czy Seattle za pół wieku stanie się turystyczną atrakcją?

Niemiła myśl… Głupi ludzie. Tak, głupi. Mało który kretyn zostawia zapasowe kluczyki, i to do Ninja 650 u parkingowego. Nie wiem, może to nowa moda anty-złodziejowska, ale skutkuje beznadziejnie. Facet zajęty był wpisywaniem czegoś do papierów, kiedy górna połowa mojego ciała wychyliła się nagle zza kontuaru i rąbnęła go w głowę. Facet nawet nie wiedział, co, gdzie i kiedy się stało. Kamera bezpieczeństwa także nic nie zarejestrowała.

Szafka pancerna na klucze zajęła mi pół minuty. Poprawiony słuch jest doskonały do otwierania sejfów. Przykładasz ucho do drzwiczek i bez trudu usłyszysz klik odpowiedniej zapadki. To jest tak łatwe, jak bułka z masłem.

Wzięłam motor Kawasaki, ponieważ znam ten typ. Max ma przecież taki sam. Cody też. Maszyna trochę kosztuje, ale za to jeździ się świetnie, można poszaleć i dotrzeć szybko na miejsce. Na przykład do Roswell.

Zatrzymuję się w sporej odległości od bazy, skanując obszar. Nie mam tak dobrego wzroku jak inni, ale kilku sztuczek się nauczyłam. Teren czysty. Ani śladu Nancy… czy też agentów FBI. Powstrzymuję nerwy. Wspomnienia Maxa błyskają przez chwilę w moim umyśle, kiedy chowam motor i przemykam przez większy kawałek.

Zatrzymuję się w cieniu wysokiego drzewa, kiedy słyszę cichy klik. Zapadka. Psiakrew. Chowam się błyskawicznie w koronie. Pode mną słyszę energiczne, wkurzone kroki.

„Jak to do diabła znowu zniknęła? Miałaś jej pilnować!” Alec warczy do telefonu. No świetnie. Super. Ten też tutaj. Mam walczyć przeciwko dwójce z najlepszych X5 w historii Manticore, mających za sobą lata ciężkich treningów i doświadczenie i zdeterminowanych, by zabić moją nosicielkę. Po prostu wspaniale. Przecież ich nie zabiję.

„Tak, tak, wiem. Żeby się nie wydarzył? Słuchaj, to mnie nie obchodzi. Miej oczy otwarte. Jakby co, usuń wszelkie ślady. Nie, guzik mnie to obchodzi… Biggs ma się nie dowiedzieć. Jeśli on coś wywącha, będzie po Maleństwie.”

Co mnie do diabła ominęło? O czym Alec mówi? I skąd się wzięli tutaj? Podsłuchali coś?

Czekam, aż się oddali. Idzie w kierunku zabudowań, zamyślony, z opuszczonymi ramionami. Mam ochotę potargać go za włosy, by się uśmiechnął…

Biggsa nie ma w pobliżu, a ja nie zamierzam opuszczać barier, by mnie wyczuł. Jest w tym coraz lepszy. Nie wiem właściwie, jak wiele potrafi pod tym względem. Ale widziałam go w walce. Na samą myśl o konfrontacji z nim robi mi się zimno.

Po jakimś kwadransie widzę zbliżający się z dużą prędkością samochód, należący niewątpliwie do Amy DeLuca. Jetta, czerwona. Świetnie. Postronnych cywili mi tutaj tylko brak.

Nagle dostrzegam coś bardzo dziwnego. Jakieś dwieście metrów ode mnie, zza tylnych zabudowań wychyla się ruda głowa. Nieznacznie, bardzo nieznacznie właściwie. Gdybym akurat tam nie spojrzała w powiększeniu, nie dostrzegłabym jej. Zeskakuję z drzewa i przemykam się na tyły zabudowań bazy. Minutę później dotykam lekko ramienia Nancy. Odwraca się gwałtownie, ale bezgłośnie. Kiwa głową w uldze.

Wskazuję na samochód Amy, ale Nancy potrząsa głową. Nie wie?

„Familiars.” mówi praktycznie bezgłośnie.

„O w…” tłumię przekleństwo. Amy DeLuca? Ona?

Więc Maria też musi… Już dawno przekroczyła graniczny wiek, kiedy to dzieci poddaje się próbie węża. O w mordę jeża.

I rzeczywiście. Z samochodu wysiadają dwie kobiety… Maria jest nawet ubrana w uniform Crashdown, Amy chyba zdążyła się przebrać w wygodniejsze dżinsy i bluzę. Nawet jak na grudzień w Nowym Meksyku, jest naprawdę ciepło.

A jeśli panie DeLuca są z Familiars… zaraz natkną się na Biggsa i Aleca.

Nancy chce się wycofać, ale powstrzymuję ją. Dłońmi pokazuję numery X5. Patrzy w stronę zabudowań i kiwa głową.

„Masz broń?” pyta się znów w tym niemal bezgłośnym tonie. Odchylam nieznacznie kurtkę. Uśmiecha się i robi to samo. Wiwat szkolenie.

Pociąga mnie do czegoś w rodzaju kanału, prowadzącego do zabudowań. Teraz już wiem, jak wyszła stamtąd niezauważona przez mojego brata. I psiakrew, biega naprawdę szybko. Geny Familiars, przypuszczam.

Łapię Biggs za fraki niemal w ostatniej chwili. Nancy bierze Aleca. Są zaskoczeni, łagodnie mówiąc. I to zaskoczenie działa na naszą korzyść. Siedzą wystarczająco bez ruchu i bez słowa, by ich polepszone zmysły zarejestrowały to, co mój o wiele lepszy niż ich słuch.

Słyszę, jak Biggs klnie w duchu.

Niech zgadnę… Zadzwoniłeś do DeLuci i spytałeś, gdzie jest Nancy? drwię sobie bezlitośnie z mojego braciszka. Marszczy groźnie brwi. Ona jest z Familiars.

T e r a z spogląda bardzo groźnie.

Od kiedy to wiesz?

Od pięciu minut.

W porządku, więc wykorzystała nasze poszukiwania, by nas tu zwabić. Ale ona chyba nie jest poważna. One dwie na nas dwóch?

Najwyraźniej Familiars cenią się bardzo wysoko…

Amy i Maria przechodzą dwa metry ponad nami. Wisimy przy suficie, przyklejeni do ściany. Hej, popatrzcie do góry.

… podczas gdy brakuje im piątej klepki. Biggs kończy moją myśl. DeLuca idą dalej, a my zeskakujemy za ich plecami i na paluszkach wiejemy do tunelu. Nancy prowadzi, ponieważ ona jest najwolniejsza. Plus, wolę mieć ją przed sobą. A nuż Biggsowi wpadnie do głowy genialna myśl, by ją porzucić na łaskę Familairs…

„Uff…” Nancy wydaje z siebie głębokie westchnienie ulgi, siadając na trawie „Dlaczego do diabła zarówno ty, jak i DeLuca wybrałyście to samo miejsce?”

Spoglądam na Biggsa. Wzrusza ramionami.

„Wyjdźmy stad, zanim zorientują się, że tam już byliśmy.” mówię pojednawczo. Nancy przechyla głowę.

„Crashdown.” mówi bez wahania „Jeśli to ich spontaniczna akcja, Jeff jest bezpieczny. Jeśli nie… lepiej się pospieszmy.”

„Czym przyjechałaś?” Biggs pyta się mnie. Samochód Nancy stoi niestety wśród zabudowań bazy, więc jest już spalony. „Powiedz, że samochodem…”

Potrząsam głową.

„Zwinęłam motor na lotnisku w Albuquerque.”

„Liz!” Nancy warczy „Co ci wbijałam o poszanowaniu cudzej własności?!”

Wznoszę oczy do nieba, pokrytego wspaniałymi barwami zachodu słońca.

„Co mi wbijałaś o poszanowaniu ludzkiego życia? Lepiej się pospieszmy.”

„Momencik.” Alec podnosi ręce. Świetnie, więc to teraz jest czas na pogawędkę. „Dlaczego nas powstrzymałaś od ataku na Nancy?”

Spoglądam to na niego, to na mojego brata.

„Wiecie, że moje koszmary pochodzą częściowo z Psy Ops, częściowo od Evansa. Ale żaden z was nie zna moich wspomnień z Manticore.”

„Jakich wspomnień?” głos Aleca jest wręcz lodowaty i oskarżający. Szczęście, że patrzy się na Nancy. Moja nosicielka zamyka oczy.

„Nie okłamała ani was, ani mnie. W Manticore rzeczywiście myśleli, że nie żyję. Sądzili tak, ponieważ Nancy podczas jednego z seansów, na których było obecnych paru ważniaków, właściwie wszyscy wiedzący o mnie i moim statusie, urządziła małą, prywatną wendetę a potem starannie zaaranżowała wszystko jak na jakimś piekielnym przedstawieniu. Chociaż nie…” mrużę oczy i patrzę na kobietę, która nosiła mnie pod sercem przez dziewięć miesięcy, a potem, kiedy już byłam na tym świecie, zrobiła o wiele więcej, bym przeżyła. Tylko jedno uczucie skłania ludzi do takiego szaleństwa. Ale to nie jest uczucie do mnie, tylko do jej brata. „Powinnam zamiast Nancy powiedzieć Surinah Sandeman, nieprawdaż?”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *