Freak Nation (55)

55.

Dwie godziny później wszystko, co się kotłuje pod moją poprawioną genetycznie czachą można ująć w jedno słowo: ból.

Światło razi moje oczy, a wizja jest rozmazana, jakby ktoś wypalił z nich wszelkie szczegóły.

Psiakrew, oni zrobili to. Nie ona, lecz oni.

To nie Nancy wysłała mnie do Psy Ops. Ze wszystkich ludzi na tym świecie… nie ona. Tylko nie ona. Nosiła mnie pod sercem dziewięć miesięcy, nie mogła tego zrobić.

Lustro w łazience spogląda na mnie szyderczo, drwiąc bezlitośnie ze mnie… więc uderzam w nie pięścią.

I to nawet nie boli. Tylko dźwięk rozbijanego szklanego tworzywa nie należy do najprzyjemniejszych. Moje własne, wykrzywione złością oblicze także.

Chryste, jak mogłam wydać się sobie atrakcyjna? Musiałam stracić rozum. Co Alec we mnie widzi?

Inną X5, która nie piśnie słowa protestu czy oburzenia na temat jego przeszłości? Na Blue Lady, znowu mi niedobrze.

„Maleństwo?” Cece uprzedza zaniepokojonym pytaniem swoje wejście do łazienki. Wzdycham. To w końcu ona poszła za mną do damskiej toalety w Crash i wyciągnęła mnie stamtąd wręcz w katatonicznym stanie. Potem nie pamiętam nic, aż obudziłam się na łóżku w mieszkaniu Cece w TC.

„Położysz się jeszcze?”

„Czemu?” patrzę na nią podejrzliwie. Jej głos, cała jej postawa wyraża troskę. Mogłabym przysiąc, że naprawdę martwi się o mnie. Zamykam oczy, spychając wspomnienie jej i 613 w głąb umysłu.

Babcia Claudia powiedziała, by kierować się sercem.

Więc może po prostu zapomnę o tym, co widziałam… albo zdobędę się na szczerą rozmowę.

„To pomaga pozbyć się bólu.”

„Nic mnie nie boli.” zaprzeczam niemal automatycznie.

„Oczywiście.” potwierdza łagodząco „Ale twoje oczy nie wyglądają za dobrze. Razi cię światło, co u X5 niechybnie grozi takim bólem głowy, jakby ktoś po niej przeszedł. Wiem coś o tym, ok.?”

Wzdycham i wracam w milczeniu do łóżka. Zwijam się w kłębek i usiłuję zeskanować Seattle w poszukiwaniu brata, ale mi się nie udaje. Cece nie chciała powiedzieć, gdzie poszedł. Aleca nawet nie próbuję odszukać. Diabełek jest świetny w unikaniu „lokalizacji”.

Co za ironia… w momencie, kiedy najbardziej ich potrzebuję, dwojga ludzi, do których jestem najbardziej przywiązana na świecie… żadnego z nich nie ma przy mnie. Jest za to kobieta, której usiłowałam unikać ostatnio jak plagi. Ukrywanie tego, co widziałam przed Biggsem jest wystarczająco trudne… Ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy ja to w ogóle widziałam?

Przyjęłam, że widziałam. Psiakrew, nie pamiętam nawet podpisów identyfikatorów. Czy zajęcie Grą Endera mogłoby to wyjaśnić?

Chyba nie. Co jest grane wokół mnie?

I psiakrew, gdzie są Alec i Biggs?

„Przestań marszczyć tak brwi, zmarszczek się nabawisz…” Cece rzuca od progu sypialni. Odwzajemniam się jej niechętnym spojrzeniem, ale ona nic sobie z tego nie robi.

„To przez ciebie.” gniew wybucha z moich ust, zanim mogę pomyśleć w ogóle, co robię.

Cholera, co ja zrobiłam?

„Co masz na myśli?” jest zaintrygowana. Nie zmartwiona, nie winna, lecz zaintrygowana.

Nieśmiała nadzieja zaczyna gwałtownie rosnąć.

„Ty i Biggs. Z jednej strony wydaje się, że wszystko jest między wami w porządku…”

„Bo jest!” twierdzi stanowczo, z lekkim uśmiechem na ustach. Mogłabym przysiąc, że wyraża coś na kształt rozmarzenia.

„… a z drugiej ty i 613.”

„Co ja i 613?” marszczy brwi i mam ochotę rzucić, by tego nie robiła, bo nabawi się zmarszczek; ale tego nie robię. Nie jestem dzieciakiem. „Wiem, że za mną lata… ale powiedziałam mu wyraźnie, co o tym sądzę.”

Gapię się na nią długo. Bardzo długo. Głupia, irracjonalna myśl przebiega przez moją głowę. Bardzo głupia myśl… ale w końcu wszystko jest możliwe. Nie jestem nieomylna. W końcu… cicho podaję datę. Tamten przeklęty dzień.

„Co wówczas robiłaś?” pytam się na wpół nerwowo, na wpół pewna, że zaraz okaże się, że była gdzie indziej… jak to tylko możliwe. Psiakrew, dlaczego nie pomyślałam o jakimś logicznym wyjaśnieniu tylko od razu rzuciłam się na najgorsze?

„Mogłabym się zapytać o to samo!” Cece patrzy się na mnie wściekle. Jejku, co się dzieje? A Może to jakiś głupi sen, prawda?

Podnoszę się na łóżku.

„O co ci znowu chodzi? Najpierw jesteś przyjazna i słodka jak miód, potem namawiasz mojego brata, bym się wyniosła z jego domu, a mnie samą traktujesz jak truciznę. Zdecyduj się wreszcie!” warczę „Wolę jasne sytuacje. Przynajmniej nie narobię sobie dodatkowych kłopotów.”

„O to, o co zawsze mi chodziło.” świetnie, teraz ona jest wkurzona „O Aleca.”

Zatyka mnie ze zdumienia na chwilę. Poważnie. Nigdy nie zrozumiem kobiety w ciąży i jej rozumowania.

„To znaczy?” pytam się zniecierpliwiona „Wyłóż kawę na ławę, jestem zmęczona bezustannymi półsłówkami i nie wiadomo czym jeszcze.”

Cece siada na drugiej stronie łóżka, patrząc na mnie uważnie.

„Naprawdę nie rozumiesz?”

Potrząsam głową.

„Pytałabym, gdybym wiedziała?” unoszę brew. Cece potrząsa głową i wzdycha.

„Sposób w jaki go traktujesz. Psiakrew, wiem, że ma zielono za uszami, kiedy to przychodzi do kobiet i doświadczenia z nimi…”

To niedopowiedzenie roku.

„Ale to wcale nie usprawiedliwia sposobu, w jaki go traktujesz. No, traktowałaś przez ostatnie tygodnie. Zwłaszcza po przyjeździe do Seattle. Był moim dowódcą i jak dotąd jest najlepszym kumplem. Nie chcę patrzeć, jak go traktujesz… jak wyrzutka, którego się wstydzisz.”

Opieram się o poduszkę. O czym ona do diabła mówi?

„Żalił ci się?”

Parska śmiechem.

„W życiu! Ale znam Aleca. Może nawet lepiej niż Biggs, ponieważ kobiety dostrzegają pewne niuanse, których facet nie zobaczy, nawet jeśli podstawi im się to tuż pod nos. On się dusi, miota. Niby jesteście w końcu razem… ale nie widzę, by w twoim zachowaniu coś się zmieniło.”

„Cece…”

„Daj mi skończyć.” unosi ostrzegawczo dłoń „Nie wiem, co was rozdzieliło na początku. Przyznaję, to Alec przystopował. Ale i tak nie przestawał patrzeć w twoją stronę, robić małych kroczków do przodu.”

Tak, jasne… Wystarczyło posłuchać historii dostarczanych przez Ashę.

„Jesteście razem oficjalnie… prawda?”

Kiwam głową.

„Więc dlaczego zawsze kiedy jesteście wśród innych, zachowujesz się, jakbyście byli obcymi sobie ludźmi?”

Marszczę brwi. Czego ona ode mnie chce?

„Wiesz, co nas rozdzieliło na początku? Biggs. Powiedział mu, że jesteśmy razem. Żeby mnie chronić.” mówię wolno, nie wiem czemu; może dlatego, iż inny pomysł który mógł się zagnieździć w głowie mojego brata dotarł właśnie do mojej głowy „Później zdarzyła się moja ruja. Nieciekawie, prawie wylądowaliśmy w łóżku. Znowu minęło trochę czasu i okazało się, że jesteś w ciąży. Dzięki temu wszystko się wyjaśniło… i nic się nie wyjaśniło. Alec po prostu przyjął, że jesteśmy razem. Nie, żebym miała coś przeciwko… tylko, że nie mam pojęcia, czego on chce.”

„Ciebie?” Cece podrzuca ironicznie. Chyba nie rozumie, o co mi chodzi. Tak jak ja jej. Masło maślane.

Wzdycham krótko.

„Spójrz na mnie!”

Patrzy.

„Jestem siedemnastoletnią dziewczyną z pomieszaną psychiką i problemami z kosmitami. Przez wiele lat ten piekielny czerwony laser robił papkę z mojego mózgu i w efekcie jestem jaka jestem – zwyczajna i nie kumająca, jak X5 pojmują świat.”

„Czerwony laser?” Cece mruży oczy.

Wzruszam ramionami. Dzisiejszego wieczora powiedziałam zdecydowanie za dużo… a i tak nie dowiedziałam się tego, co chcę.

„Do szóstego roku tam bywałam. Potem chyba coś poszło nie tak. Nancy zatarła za sobą ślady.” przełykam nerwowo na wspomnienie obrazów, które przemykały dzisiejszej nocy moją głowę „Wierz mi. Nie chcesz pamiętać, w jaki sposób to zrobiła.”

~ * ~ * ~ * ~

Zostawiam Cece w sypialni, a sama idę do kuchni. Echo moich kroków odbija się w pustym pomieszczeniu.

TC jest tak inne niż Roswell. Całe Seattle jest inne. Wygląda jak getto z jakichś futurystycznych filmów. Budynki, które w normalnym świecie domagałyby się szybkiego remontu, tutaj należą do tych w lepszym stanie. Graffiti. Częste przerwy w dostawie prądu. I ciągle pada deszcz.

Ale dzisiejszego wieczora… spoglądam za okno i widzę biały puch, sypiący się z nieba.

I zrozumienie daty wstrząsa mną niezmiernie. Ponad cztery miesiące z dala od Roswell, które byłoby małym, bezpiecznym i nudnym miasteczkiem, gdyby wśród jego mieszkańców nie ukrywała się przez lata czwórka obcych, eks-genetyk Manticore i młoda, nikomu nie znana X5.

Za dwa dni będzie Boże Narodzenie… a ja od sierpnia nie widziałam taty. Kamera to nie to samo. To tylko mechaniczne urządzenie, przekazujące obraz.

Tęsknię za nim. Miałam nadzieję, że skoro dzisiaj polecimy do Roswell, to go zobaczę, ale teraz to nie wchodzi w grę. Jeśli dzisiaj nie polecę, bilety przepadną… nie da się ich także zamienić na inne. Nie w gorączce przedświątecznej, kiedy wszystkie loty są zapchane do granic możliwości.

Otwieram mój plecak w poszukiwaniu tryptophanu.

Nie ma biletów.

Zaglądam do sypialni. Cece śpi.

Siadam więc na kuchennym blacie po turecku, zamykam oczy i koncentruję się. Dziwne uczucie krąży po moim ciele i słowa… w jego głowie.

Smutek.

Otwieram oczy. Biggs nie chce odpowiedzieć.

Roswell. Podróż.

Jest zamknięty niemal zupełnie… dlatego nie mogłam wcześniej do niego dotrzeć. I nie wiem, gdzie jest. Niemal tak, jak za dawnych czasów. Dlaczego?

Dlaczego miałby jechać do Roswell?

Ponieważ domyślił się, co oznaczają twoje koszmary… podpowiada mi złośliwy głosik w mojej bolącej głowie. Dorwać Nancy.

I nawet gdyby nie zabrał obu biletów, nie zdążyłabym teraz na lotnisko. Nie na lot o drugiej. Ale na inny?

Przetrząsam plecak jeszcze raz i znajduję portfel z dokumentami. Mam jeszcze moją starą kartę kredytową. Czy też kartę kredytową taty. Jak dobrze pójdzie, uda mi się zarezerwować miejsce w porannym samolocie do Albuquerque. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *