Freak Nation (54)

54.

Alec załamuje się nade mną. Całuję lekko jego ramię, pokryte nieznaczną warstewką potu. W końcu jednak podnosi głowę, a zielone spojrzenie sunie leniwie po mojej twarzy, by zatrzymać się w moich oczach.

Ponownie przenosi ciężar ciała, unosząc się na łokciach. Jego ręce są po obu stronach mojej głowy, dłonie zanurzone we włosach, pieszczące wrażliwe miejsce na karku. Czuję się bardzo leniwa i osłonięta. Przez Aleca.

Pochyla się, muskając delikatnie językiem kąciki moich ust, składając cichą obietnicę. Z jękiem pozwalam, by je rozchylił i pobuszował w środku.

Alec opiera nos o moje czoło, całując moje powieki. Uśmiecham się i zawijam ręce dookoła jego szyi, chociaż naprawdę nie mam w sobie już ani grama energii. Czuję jak odwzajemnia uśmiech, mrucząc przy tym coś absolutnie niezrozumiałego.

Jego usta zostawia ciche, pełne żalu westchnienie, kiedy ostrożnie wysuwa się ze mnie. Przetacza nas tak, bym leżała z głową na jego piersi. Jego serce wciąż bije szybko, mocno, uspokajając się równie powoli jak moje.

Jęczę w duchu, czując wilgoć na zewnątrz. Wiem, że to jest najzupełniej normalne, specjalnie kiedy nie użyliśmy czegoś… ale nie chce mi się ruszyć nawet paluszkiem. Alec jeszcze utrudnia mi to, jego ciepłe dłonie wędrujące po moich plecach, usta delikatnie składające pocałunki na czubku głowy… Po prostu wzdycham szczęśliwie. W tym świecie jesteśmy tylko Alec i ja.

Mimo wszystko po chwili podejmuję ostrożną próbę opuszczenia ciepłego, bezpiecznego kokonu jego ramion. Udaje mi się dosłownie na ułamek sekundy, kiedy Alec podejmuje ostre środki sprzeciwu i natychmiast przytrzymuje mnie mocno, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Wzdycham.

Widzę pytanie w jego oczach, więc wskazuję spojrzeniem na drzwi łazienki.

Muska ustami czubek mojego noska, po czym w następnej chwili unosi mnie na rękach i wynosi z pokoju. Beztrosko przechodzi przez łazienkę, nie troszcząc się o panującą tam ciemność. Umieszcza mnie w wannie i reguluje wodę. Jej, jest ciepła.

„Zaraz wracam…” szepcze, skubiąc płatek mojego ucha. Tracę uczucie jego dłoni na moim ciele na kilka sekund. Alec wraca, zapalając światło i z lekkim, nieśmiałym uśmiechem na ustach.

Przyczyna tego niezwykłego stanu wyjaśnia się niemal natychmiast, ponieważ wędruję chciwie wzrokiem po jego ciele i widzę, co trzyma w dłoni. Oliwkę. Skąd on to wytrzasnął?

Wlewa trochę do gorącej wody. Opieram się w wannie, patrząc ciekawie na Aleca.

„Nie tylko ty miałaś swoje tajemnice…” czerpie wodę w dłoń i ostrożnie, miękko zwilża moje ramiona. Rumienię się lekko. Miałam tajemnicę. Zapomniałam o czymś wspomnieć Alecowi.

Przenoszę wzrok na butelkę. Ta sama marka, nawet ta sama pojemność jak ta, której używam od przyjazdu do Seattle. Unoszę brew w pytaniu.

„Pachnie jak ty.” mówi lekko zakłopotany. Nie wierzę własnym uszom. Ściągam jego głowę do pocałunku, który na długo pozostaje delikatny i niewinny. Alec odrywa się ode mnie… i pakuje do wanny. Ooch.

Uśmieszek igra na jego ustach, kiedy kładzie mnie na sobie, a moja głowa po raz kolejny tego wieczoru spoczywa na jego piersi. Wzdycham, mając nadzieję, zapewne płonną, iż się nie rumienię. To w końcu jest Alec. I bardzo mi się to podoba.

„Dlaczego nie powiedziałaś o tym?” jego dłonie znów wędrują po moim ciele, ale tym razem w moich żyłach krąży ciepło i spokój zamiast pragnienia.

„Hm…” chyba moje policzki nieco się czerwienią, chociaż na ustach igra szczęśliwy uśmiech. Muszę walczyć z sennością.

„Byłbym delikatniejszy. Ostrożniejszy.”

Podnoszę z niedowierzaniem głowę „Nie mógłbyś być!”

Ale potraktował mnie jak… psiakrew, nawet nie znam określenia, by to opisać. Był czuły i namiętny i zupełnie nie czułam, kiedy się połączyliśmy… tzn. czułam. Czułam w każdej milisekundzie tego. Wypełniona Aleciem do granic możliwości… to było po prostu niewiarygodne. Może jestem patetyczna… ale czegoś takiego nie zapomnę nigdy.

Uśmiecha się z ulgą, ale i lekką przewrotnością. Ooch. Czuję, skąd ten uśmiech. Najwyraźniej genetyczna wyższość transgenicznych dotyczy także funkcjonowania układu krwionośnego. A ja nie mogę się nawet poruszyć w jego ramionach.

„Lubię udowadniać moje zdanie.” szepcze mi na ucho.

~ * ~ * ~ * ~

Kiedy otwieram oczy, światło słoneczne sączy się przez okna sypialni i pada na moją twarz. Czy też raczej padałoby, gdyby nie przykryła jej fala włosów. Leżę cichutko na brzuchu, rozkoszując się ciepłem przyciśniętego do mnie ciała. Uwielbiam budzić się z nim przy mnie.

Alec śpi jeszcze, jego czoło oparte na moim karku. Ciało ochronnie opatulające moje. Oddycha tak spokojnie, miarowo.

Jeśli tak ma wyglądać każdy poranek z Aleciem, to jestem gotowa zostać rannym ptaszkiem.

Zamykam szczęśliwa oczy. Mogę tak leżeć cały dzień, nie zwracając uwagi na nic i na nikogo prócz Aleca.

„Mój śpioch.” jego ciepły oddech sączy się nagle do mojego ucha.

„Nie śpisz…” jęczę. Ale nie jestem rozczarowana. Właściwie, to wręcz przeciwnie.

„Chwilkę…” przyznaje „Lubię patrzeć, jak śpisz. Nie, żeby ostatnio zdarzało się to często.”

„Nadrobisz w Roswell!” uśmiecham się rozleniwiona. Alec obejmuje mnie jeszcze mocniej.

„Nie sądzę, by twój tata pozwolił mi zbliżyć się do twojego pokoju w godzinach ciszy nocnej. Prędzej wyciągnie dubeltówkę i będzie trzymał straż przed drzwiami.” drażni mnie rozbawiony. Tłumię ziewnięcie. Ciekawa perspektywa…

„Mały Alec przestraszony mojego taty?” kpię.

„Nie jestem mały!” protestuje w świętym oburzeniu. Zduszam śmiech w poduszkę.

„Nie jesteś!” czuję to wyraźnie. To jest jedna z tajemnic wszechświata, której nie zrozumiem. Nie technicznie, oczywiście. Nie rozumiem, jak on może mnie wciąż tak pragnąć, tak szybko po tym, co tylko zrobił mi dzisiejszej nocy. Przeciągam się i odwracam na plecy, by widzieć jego twarz. Alec składa na moich ustach gruntowny pocałunek na dzień dobry. Zdecydowanie kocham budzić się u jego boku.

~ * ~ * ~ * ~

Ponura rzeczywistość skrada się do nas szybciej, niż mogłam przypuszczać. Wiem, że dzisiaj jest niedziela – wystarczy zajrzeć do kalendarza, by się przekonać – ale to wcale nie wpływa na zwykły terminarz poprawionych genetycznie. Psiakrew, w dzień wolny od pracy wydają się być… hm, o wiele bardziej aktywni.

Tyczy się to niestety także mojego brata, chociaż w kompletnie innym sensie. Wiem dobrze, że powstrzymywał się przez większą część dnia przed kontaktem ze mną, chcąc dać mi i Alecowi trochę prywatności… Mogę czuć jego niecierpliwość. Więc po południu, kiedy Alec odwiózł mnie do mieszkania, bym się spakowała, ucięłam sobie z nim miłą pogawędkę.

Biggs jest przestraszony. Z powodu morderstw.

Zaskakująco, 593 nie powiedział wiele, prawie żadnych szczegółów. Jakby się bał je przekazać, niepewny, co ma zrobić. I mój braciszek jest tak przestraszony… do szpiku kości. Nie potrafię tego zrozumieć.

Nasz samolot do Albuquerque odchodzi dopiero o drugiej w nocy i Alec zaproponował, byśmy poszli do Crash. Nie wiem, dlaczego… ale w jego zaproszeniu brzmi jakaś niepewność. Wiem, że wcześniej umierał z chęci zaciągnięcia mnie tam i teraz jego zachowanie mnie dziwi. Jakby nie był pewien, czy pójdę.

Ostatecznie jednak to ja jestem nerwowa. Nie wiem, dlaczego. Moje dłonie trzęsą się nerwowo, jakbym nigdy w życiu nie była w barze.

A może to dlatego, że jestem tu z Aleciem?

Bzdura. Widziano mnie z nim setki razy.

Ale też ani razu nie było tak, że Alec obejmował mnie własnościowo ramieniem, czy pochylał się i szeptał coś do ucha. Psiakrew, żołądek podchodzi mi do gardła.

W zasięgu wzroku nie widzę żadnego X5, ale czuję ich obecność. Ledwie kilkoro.

Biggs i Cece grają w bilard, śmiejąc się z czegoś. Dołączamy do nich. Mina Cece rzednie nieznacznie. Staram się na to nie zwracać uwagi.

„Czołem!” 593 dostaje ode mnie po głowie na dzień dobry.

„Hej! A to za co?” burzy się.

Bo przez twoją prośbę nie mogę kochać się z Aleciem w najbliższym czasie.

„Nie musisz wiedzieć!” mrużę złośliwie oczka. Niewinny uśmieszek 494 znowu jest na miejscu. Zaraz zacznie reklamować Colgate.

„Jaka stawka?” pyta się.

„Pięćdziesiąt.”

„Skromnie.”

Stawka wędruje w końcu do Cece… Notabene, zaczyna być widoczna ciąża. Wzdycham. Wciąż nie mam pojęcia, co z nią zrobić. Mimo, iż minęło sporo czasu, trudno mi w to uwierzyć. Jak do diabła ona może być tak dwulicowa? Nie mieści mi się to w głowie. Albo miałam przywidzenie, albo z moim pojmowaniem świata jest coś nie tak.

„Maleństwo?” Alec rzuca mi wyzwanie. Max i Logan dołączają do nas. Wygląda na to, że gołąbki opuściły na chwilę ciepłe łóżeczko.

„Daj spokój, i tak jest już zdemoralizowana!” Logan kłapie buzią trochę zbyt pochopnie. Biggs oczyszcza gardło, posyłając mu iście mordercze spojrzenie.

„Czemu nie…”

„Ty nie grasz na pieniądze!” nie wiem, czy ton mojego braciszka wyraża groźbę, rozbawienie czy ostrzeżenie wobec Aleca. Biggs grał już ze mną w bilarda i wie, co potrafię.

„Oczywiście!” uśmiecham się uspokajająco „Gra w kasę nudzi tak czy owak. Jestem pewna, że znajdzie się stawka satysfakcjonująca nas oboje…”

I jestem pewna, że przynajmniej część piwa kogoś za ścianą wylądowała na podłodze. Wygląda na to, że znaleźli się brakujący znajomi z piątej serii. Bawią się w podsłuch.

Zeskakuję ze stołka.

„Kto rozbija?”

„Ty.”

Ustawiam bile w trójkącie, potem białą. Myślę przez chwilę nad stawką, dla której Alec byłby gotów oszukiwać, by wygrać… po czym patrzę na niego wyzywająco.

„Twój motor. Na cały dzień.”

Jego policzek drga nerwowo. Ale uśmieszek pojawia się na swym stałym miejscu.

„Stoi. Jeśli ja wygrywam… Chcę całą historię, która stoi za sprawą Kyle’a.”

Teraz ja mrużę oczy. Tego się nie spodziewałam. Inteligentny jest. I chce odpowiedzi… Biggs oczyszcza gardło. Psiakrew, domyśla się.

„Całe dwa dni?”

W sekundzie zgadza się. Uśmiecham się zadowolona i przymierzam się do rozbijającego strzału. Oczywiście jego wzrok musi wędrować po moim ciele, dekoncentrując mnie. Szczęście, że nie muszę. Bilard to dla mnie jak 2+2. To tylko sprawa kątów i doświadczenia, którego mi nie brak.

Kilku minut później podnoszę się znad stołu, a na moich ustach igra lekki uśmieszek. Większość zgromadzonych widzów ma usta otwarte w szoku… Nawet Cece jest pod wrażeniem. Biggs tłumi rozbawienie.

„Mogłeś mnie ostrzec!” Alec rzuca mu oskarżające spojrzenie zbitego szczeniaka. Śmieję się, wyganiając go w stronę baru, by przyniósł coś do picia. Towarzystwo powoli się rozchodzi.

„W końcu ktoś na poziomie i bez nadmiaru testosteronu!” Cece podnosi się ze swojego miejsca „Oni są jak duże dzieci. Kiedy wygrywają jest ok. Kiedy przegrywają i tak musisz im to potem wynagrodzić.”

Czuję zdecydowanie zmieszanie mojego brata.

„Graliście w Roswell?” pytam się nagle podejrzliwie. Cece najpierw rozbija kule, potem potakuje. Po czterech strzałach chybia. To moja kolej.

Pochylam się nad stołem, by wbić połówkę. Ale nie kula łapie moje spojrzenie.

Naprzeciwko przy stoliku jakiś kretyn bawi się kieszonkowym laserkiem, takim od kluczy. Jest czerwony. I świeci prosto na mnie. Niedobrze mi.

Podnoszę się powoli.

Maleństwo?

Zimny strach chwyta mnie z gardło, kiedy słyszę w głowie mój własny przerażony krzyk. Krzyk sześcioletniego dziecka, przypiętego do posłania mocnymi stalowymi pasami, które wbijają się niczym ostrze w pierś. Czerwone światło jest skierowane prosto w moje oczy. Świat powoli staje się zamglony.

Maleństwo?

Mrugam. Głos Biggsa przywraca mnie do rzeczywistości. Wszyscy na mnie patrzą.

„Przepraszam,” mówię z wysiłkiem „Nie jestem przyzwyczajona do takiego hałasu… znajomych w mojej głowie.”

Odwracam się na pięcie i zdążam do damskiej toalety spokojnym krokiem, podczas kiedy w mojej głowie panuje chaos. Czerwony laser w oku? To brzmi zbyt znajomo… ze wspomnień Biggsa z Psy Ops.

Niedobrze mi.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *