Freak Nation (50)

50.

Siedzę w starym mieszkaniu w TC na kanapie i czytam książę. Tak, czytam. Przeliterować? Dawno tego nie robiłam i po prostu zatęskniłam za starymi dobrymi szkolnymi czasami, kiedy trzeba było czytać dużo, robić zadania domowe i masę innych odległych dziś dla mnie rzeczy. Czytam Grę Endera. A jakże! Wciągająca książka. Nie dziwię się Biggsowi, że czytał ją pięć razy. W końcu padło i na mnie.

Plus, muszę jakoś zabić czas. Czekam na Nancy, aż wróci do domu. Muszę z nią porozmawiać. Moje ataki epilepsji wciąż są silne i chociaż nie śnie teraz na jawie koszmaru z białego pokoju, nie mogę udawać, ze nic złego się nie dzieje. Zaprzeczenie nie jest tutaj wyjściem, tylko ślepym zaułkiem. Za bardzo podoba mi się moje życie, bym chciała z niego zrezygnować.

I to mówi ktoś, kto myślał, że przestał żyć po odejściu Maxa z przyszłości. Może jednak częściowo miał rację. Potrzebowałam wyjść z tej kosmicznej otchłani, by znów odetchnąć i uporządkować moje uczucia, moje życie. Zajęło mi to trochę, nie obyło się bez ofiar, ale było warto.

Drzwi nagle otwierają się gwałtownie i niemal wyłażę ze skóry. Właściwie to spadam z kanapy. Byłam zbyt zajęta książką, by zwracać uwagę na identyfikatory.

Podnoszę wzrok i książka wypada mi z dłoni w szoku. Wstrząśnięta otwieram usta, ale nie jestem w stanie wydobyć z siebie dźwięku. Cece i 613. 613 i Cece. Dwa metry ode mnie, całujący się i dotykający w sposób zdecydowanie wskazujący na bardzo intymną zażyłość.

Uciekać. Muszę w cholerę stąd wyjść, zanim coś zauważą.

Są tak zajęci sobą, że to nie następuje. Stoję kompletnie zmartwiała, jak przyklejona do pieprzonej podłogi i nie mogę zrobić kroku.

Cece i 613?

Mój żołądek kurczy się gwałtownie i boleśnie. Łapie oddech, by zablokować przepływ emocji do Biggsa. Kilka sekund skupienia…

Diabelnie. Jestem dobra w tym.

Na trzęsących się nogach wychodzę z mieszkania. Zamykam za sobą drzwi, chcąc się odgrodzić od tego, co przed chwilą zobaczyłam.

Ale obraz po prostu tkwi w mojej pamięci do najdrobniejszego szczególiku. Każdy jęk przyjemności, jaki wydobywa się z gardła Cece, wibruje w moich uszach niczym huk wystrzału. Cholerne geny, cholerny poprawiony słuch ponad normę X5! Nie mogli mnie zostawić w spokoju i poeksperymentować na kimś innym? Dlaczego teraz ja muszę płacić za ich chore pomysły?

Cece i 613 spleceni, nie szarpiący nawzajem swoich ubrań, ale w całkowitej synchronizacji, zupełnie jakby robili to setki razy

Rozgoryczenie i poczucie zawodu rośnie we mnie gwałtownie. Jak Cece może robić to mojemu bratu? Jak w ogóle może zachowywać się jak… jak jakaś dziwka?

Na litość boską, ona nosi pod sercem dziecko Biggsa!

Jeśli to jest jego… przemyka mi przez głowę mroczna wątpliwość. Nagle wszystko wywraca się do góry nogami. Wszystko, co wiedziałam o Cece i moim bracie mogę wyrzucić na śmietnik.

Tylko, ze on kocha Cece. Szaleńczo. Jest tak samo zupełny, tak samo spokojny i szczęśliwy, jak wtedy, gdy ja jestem z Aleciem.

Załamuję się przy schodach. Nie, nie jestem w stanie wyjść stąd. To przekracza moje siły.

Ktoś nagle klęka przy mnie. Ładnie pachnie, ale to nie jest Alec. Tak bardzo bym chciała, by to był on… Nawet nie wiem, gdzie jest. Nie jestem w stanie się skupić. Moja głowa pęka, pulsuje bólem. Nie mogę odnaleźć identyfikatora Aleca. O Chryste. Nie mogę do niego dotrzeć.

Ten ktoś podnosi mnie… ku mojemu przerażeniu wraca ze mną tam.

„Nie… muszę znaleźć Aleca…” szepczę desperacko. Waha się. W końcu odwraca się i szybko przemierza korytarz.

Inne dźwięki, inny głos przejmuje moją uwagę w miarę, jak się zbliżamy. Desperacko usiłuję zablokować siebie,. Moje uczucia, by nie dotarły do Biggsa, lecz z każdą sekundą to jest trudniejsze i boleśniejsze. Skupienie też nie jest moja mocną stroną w tej chwili.

Upuszczam jednak część barier, kiedy rozpoznaję głos. Tam, u Aleca. To Asha. Jej głos, ton, słowa… dźwięki, które rozpoznaje, po prostu zalewają moją głowę rozpaczą. Serce nie chce uwierzyć, psiakrew, ja nie chce uwierzyć. Zmuszam się do ignorowania tych dźwięków.

Nagle otaczają mnie gorące ramiona, a znajomy zapach owiewa moje nozdrza. Głęboka, głęboka ulga przetacza się przeze mnie… Alec. Ale tu jest. Ze mną. Nie z nią. Mnie trzyma w ramionach, moje imię szepcze. Uspokojona bez lęku osuwam się w ciemność. W zapomnienie.

~ * ~ * ~ * ~

Kiedy wraca do przytomności, czuję się o wiele gorzej niż przed jej utratą. Zupełnie jakbym biegła maraton w pełnym słońcu. Moja głowa huczy od bólu.

Leżę okryta czymś ciepłym… ale i tak czuję gorąco przenikające przez materiał przy mojej ręce. Podnoszę głowę i widzę Aleca. Śpi.

Jego twarz jest ukryta w kocu i nie mam pojęcia, jak oddycha. Ostrożnie poruszam dłonią i zanurzam palce w jego włosach. Uwielbiam to. Uwielbiam burzyć jego fryzurę. Nikomu innemu na to nie pozwala, chociaż to pozwolenie ma też swoją… hm, cenę. Każdorazowo. Dłuugie buzi.

Alec podnosi głowę i otwiera swoje oczy. Są ciemne ze zmęczenia. Jak długo tak siedział?

„Powinienem nazwać cię Śpiącą Królewną, a nie Maleństwem.”

„Będziesz musiał wsadzić mnie pod prysznic i naprawić swój błąd.”

„Nie mają tu porządnych pryszniców z lodowatą wodą. Będziesz musiała stąd wyjść, żebym mógł cię przechrzcić.”

„Załatwione.” śmieje się cicho, ponieważ na więcej nie mam sił. Jakby coś wyssało ze mnie wszelką energię.

Rozglądam się po pokoju. Jest czysty, aseptyczny, pozbawiony ozdób. Przy moim łóżku stoi aparatura, jakiej nie uświadczysz w Terminal City. Jestem do niej podłączona różnymi kabelkami i przewodami. Więc zapewne jestem w szpitalu. Jak długo…?

„Dwa dni.” Alec odpowiada na nie zadane pytanie „Dwa dni pełne ciężkich ataków.”

Dotyka miękko mojego policzka. Z jakiegoś powodu czuję, że ten dotyk jest zupełnie różny niż poprzednie. I to nie z powodu Aleca. Nie. To z powodu mnie.

U mnie coś się zmieniło.

„Wygląda na to, że ktoś tu uwielbia tracić przytomność.”

„Jestem beznadziejnie uzależniona.” burczę w stronę Max. Ona zawsze wpada w najmniej odpowiednim momencie. Ma naprawdę kiepską synchronizację. Aż dziwne, że nigdy nie wpadła na mnie i Aleca i to w najgorętszym momencie.

Chryste, czego ja żałuję? Chyba jestem chora!

Max wzdycha. Przepuszcza Sama, od kiedy to stoi w drzwiach. Hm, mój ulubiony doktorek plus szpital. To nie może być nic dobrego.

„Dzień dobry, Liz. Jak samopoczucie?”

„Beznadziejne. Jakby ktoś wyssał ze mnie wszelką energię.”

Alec musi oczywiście zareklamować Colgate. Ech, on zawsze znajduje powód do uśmiechu.

Pewnie chciałby być winowajcą.

BIGGS!!!

Mam nadzieję, że odbicie było bolesne.

Mógłbyś nie podsłuchiwać moich myśli?

Ale one są naprawdę… interesujące. Zwłaszcza te o Max.

„Och, zamknij się….” mamroczę. Niemal słyszę jego śmiech. Faceci.

Otwieram zrezygnowana oczy.

„Przepraszam. To było do mojego stukniętego braciszka.”

„Narozrabiał?” Alec rzuca z domyślnym uśmieszkiem. Sam chrząka, a Max wznosi oczy do sufitu, mamrocząc coś o niezmienności męskiej natury.

„Chyba już to zrobił.” rzucam lekko, chociaż przez moją myśl przechodzi poważna wątpliwość. Cece romansuje z 613… Ale w gruncie rzeczy nie wiem, czy wcześniej tak było.

Co jest z nami, X5? Mamy poważnie wypaczony obraz stosunków międzyludzkich… albo tylko co niektórzy osobnicy. Nie zamierzam sprawdzać.

Łapię spojrzenie Sama i widzę, że cokolwiek zaraz powie nie będzie dobre. Nagle jednak błysk na wypolerowanym fragmencie identyfikatora odbija się w moich oczach. Skupiam wzrok na nim i po kilku sekundach wyraźnie widzę odbicie mojej twarzy. Dotykam z wahaniem i przerażeniem mojego policzka. Jest zmarszczony jak sucha śliwka.

„Cccoooo to?” jąkam się. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *