Freak Nation (47)

47.

Moje nowe lokum, a stare Biggsa, nie wymaga wiele zachodu. Jakieś niewielkie sprzątanie i mogę się rozpakowywać. Poukładanie mojego niewielkiego dobytku zajmuje mi niecały kwadrans.

Zaglądam do lodówki, która niestety świeci pustkami. Nasze poprawione genetycznie ciała potrzebują duuużo paliwa. Transgeniczny apetyt to przyczyna dziury w portfelu. Nic dziwnego, że Manticore pochłaniało takie kolosalne fundusze. Wyżywienie nas musiało być bardzo kłopotliwe.

Zaczynam spisywać listę najpotrzebniejszych zakupów. Po kilku minutach mam calusieńką stronę i niezły kłopot. Jak ja to wszystko przytacham do domu?!? Nie zaprojektowano mnie na tragarza!

Na szczęście sektor piąty jest jednym z przyjemniejszych w mieście. Niedaleko stąd do nadbrzeża, Jam Pony i Max. Tak, Max. Ostatnio strasznie zaniedbałam znajomość z wiecznie nachmurzoną szefową poprawionych genetycznie.

Sprawdzam zapas mojej gotówki. Trochę zostało po poprzednich zakupach, ale to i tak za mało. Większą część mojego funduszu Hasta La Vista trzyma Biggs. Muszę z nim pogadać. Potrzebuję kasy na nowe papiery. Moja dotychczasowa przepustka jest spalona.

Znajduję nieduży sklep samoobsługowy, otwarty nawet o tej porze… co się szybko wyjaśnia. Ma doskonale zaopatrzone stoisko z alkoholami. Hm, Alecowi by się tutaj spodobało.

Ładuję do koszyka kolejne produkty, ale wciąż nie mogę znaleźć mleka. Psiakrew, co to za sklep, że nawet nie mają nabiału? Mamy dwudziesty pierwszy wiek, na litość boską! Dzieci wciąż się jeszcze rodzą na tej planecie, prawda? Czy właściciel tego przybytku nie słyszał o akcji: Pij mleko, będzie wielki?

Najwyraźniej nie.

Czuję znajome łaskotanie w głowie, które z każdą sekundą staje się coraz silniejsze. Po chwili on jest już w budynku i zmierza prosto w moją stronę, jakby co najmniej naprowadzał go radar.

Co ja plotę. Więź jest jednym wielkim radarem.

Wręczam mu na dzień dobry ciężki koszyk i zabieram jego.

„Gdzie tu jest mleko?” pytam się z irytacją. Widok pochmurnej miny mojego braciszka psuje mi doszczętnie humor.

„Nie wiem. Nie robiłem tu nigdy zakupów.”

„Widać po zawartości lodówki.” wzdycham „Można gdzie indziej o tej porze dostać coś, co zawiera tryptophan?”

„Osiem przecznic stąd…”

Psiakrew. Nie chcę mieć ataku, a same tabletki nie wystarczają!

„… ale wstawiłem do lodówki kilka kartonów.”

Uśmiecham się z wdzięcznością. Dobrze mieć inteligentnego brata.

„Mam patrol, więc nie zostanę długo. Możemy stąd wyjść? Musimy pogadać.”

„Zabierz to do kasy. Ja złapię jeszcze parę rzeczy. Mam długą listę.”

Biggs znika za półkami. Wzdycham. Coś go martwi i nie jest to sprawa Cece. Nagle jakby coś ciemnego przesłoniło jego horyzont.

Otrząsam się z tego wrażenia. I tak się dowiem.

Pięć minut później moja lista jest niemal kompletna. I wówczas zwracam uwagę na faceta w okularach, który przygląda mi się od kilku chwil. Jest blondynem i lekko utyka.

Ale zupełnie inne, silne wrażenie odrywa moją uwagę. Czuję Aleca w pobliżu.

Dokładnie dwie minuty później stoję przy kasie. Blondyn podąża za mną, łapiąc coś po drodze, nawet nie patrząc.

Kątem oka widzę Aleca, rozprawiającego z wdzięczącą się do niego kasjerką. Chłód skrada się wzdłuż mojego kręgosłupa. Cholera! Czy on nie może mieć mniejszego powodzenia?

I czy musi mieć tak zadowoloną minę? Grrr… nie cierpię biuściastych blondynek z głębokim dekoltem. Baba przypomina mi Ashę.

Bębnię palcami niecierpliwie o blat. Zaraz złamię paznokcie. Kasjer – młody chłopak – wlecze się jak ślimak w smole. Powstrzymuję napływającą gniewnie irytację. Z tego wszystkiego nie potrzeba mi tu odbicia mojego nastroju w umyśle Biggsa. Nie pomoże to naszej rozmowie. A Blue Lady mi świadkiem, że musimy przedyskutować wspólne stanowisko. Tak, wspólne. Nie dam blondynie rozdzielić mnie z bratem.

Niech się wypcha.

Melodyjka mojej komórki zaczyna doprowadzać moja wrażliwą na dźwięki głowę do szału. Odbieram jednak z uśmiechem. Nie dam Alecowi tej satysfakcji i nie pokażę, jak mnie irytuje i wkurza.

„Czołem, Nancy!”

„Hej. Biggs jest z tobą?”

Krótko i na temat. Cała Nancy Parker.

„Akurat nie w tej chwili. Ale będzie zaraz.”

„Niech włączy komórkę, zadzwonię. Będzie wiedział, o co biega. Na razie.”

Rozłącza się, zanim zdołałam coś odpowiedzieć. Hm, dziwne.

Rozmowa jednak sprawia, że Alec wreszcie mnie zauważa. O najwyższym czasie… jeszcze tylko dziesięć sekund i już by mnie tu nie było.

„Hej!” toczy miękko słowa, a jego oczy śmieją się. Marszczę nieznacznie nos. Alec trochę wypił. Pewnie dlatego tu był – po więcej ognistej wody.

„Hej!” mówię obojętnie, płacąc jednocześnie kasjerowi, który w końcu rusza się szybciej… troszeczkę. Wydaje mi resztę i zaczynam pakować zakupy do plecaka. Po zmroku lepiej mieć ręce wolne. Nawet w piątym sektorze.

„Musisz być siostrą Biggsa!” blondyn w okularach nagle się odzywa. Świetnie, naprawdę świetnie. Ludzki znajomy mojego starszego braciszka. Kolejny palant.

„A ty jesteś?” mierzę go spojrzeniem. Alec chichocze za mną.

„Maleństwo, to jest Normal, właściciel Jam Pony. Normal, oto przesławne Maleństwo…”

„Jestem sławna?” unoszę ciekawie brew, patrząc od razu życzliwiej na Normala. Nawet się uśmiecham. Hm, czy to nie pierwsza osoba, która pośrednio powiedziała, że jestem podobna do brata?

„Bardzo. Guevara żali się, ze w ogóle nie da rady wyciągnąć go z domu, odkąd mieszka z siostrą.”

„Nie wiedziałam, że wymagam całodobowej opieki…” jęczę „Te przeklęte pięć… minut. Kompletnie doprowadza mnie do szału.”

„Pięć minut?”

„Bliźnięta.” wzdycham dramatycznie.

„Serio? Zupełnie nie widać. Gdyby nie zdjęcie, które Biggs przykleił do szafki, nie rozpoznałby cię.”

Ok., Normal. Właśnie straciłeś parę świeżo zdobytych punktów.

Uśmiecham się lekko i kieruję w stronę wyjścia.

„Miło cię było poznać, Normal.” rzucam przez ramię. Dwie sekundy później wdycham nocne powietrze Seattle. Jest wilgotno. Nic nowego. I chłodno. To już gorzej.

Słyszę za sobą kroki. Alec. Nieznacznie przyśpieszam. Jeśli on teraz przyklei się do mnie, zaraz po tym, jak obtańcowywał tę tlenioną inteligencję, to przysięgam, nie zechce spotkać mnie w ciemnym zaułku…

„Pomóc?”

„Nie.” czuję Biggsa w sporej odległości. Wraca od strony mieszkania. Pewnie zawiózł zakupy i teraz wraca po mnie na pieszo. Nie mógłbyś pospieszyć się, braciszku?

„Nie powinnaś iść przez cały sektor sama. Masz spory kawałek do domu.”

Wznoszę oczy do góry.

„Przeprowadziłam się.”

„Co?”

„Wyprowadziłam się z TC.”

„Nabierasz mnie!” Alec gapi się na mnie, jakbym wyhodowała trzecią głowę „Co na to Biggs?!?”

„A co mam powiedzieć?” Biggs dociera do nas wyjątkowo szybko. Chyba ktoś tu wysłuchał moich modlitw. „Jest uparta jak diabli.”

„To chyba rodzinne.” uśmiecham się rozbrajająco i wręczam mu plecak. Biggs jęczy. „Co do diabła było na twojej liście zakupów? Kamienie i granit do wyłożenia ścian?”

„Tylko kilka niezbędnych rzeczy…” odchodzimy, zanim Alec otrząsa się z szoku. Krzywię się. To nie było miłe… ale przynajmniej Alec teraz wie, jak to jest być kompletnie zignorowanym.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *