Freak Nation (43)

43.

Ku mojemu rozczarowaniu, tym razem nie zostaję przydzielona do Aleca, ale do ślicznej blondynki, która dołączyła do TC tydzień temu. Jest oczywiście z serii X5. Nie mam nic do niej, ale jak dla mnie, zbyt często zerkała na Aleca. Oczywiście nie jestem zazdrosna. Co to, to nie. Zazdrość? Najpierw trzeba mieć jakieś prawa do niego. A ja po prostu nie czuję się, jakbym miała jakieś prawa do Aleca. Zupełnie.

Przy monitorach siedzi Mole. Komentuje, że Biggs właśnie wrócił ze swojej krótkiej wycieczki na miasto i wiezie jakiś nieporęczny pakunek, owinięty w papier. Alec szczerzy do mnie zęby porozumiewawczo. Psiakrew. Dla takiego uśmiechu mogę dla niego zwinąć cały kontyngent Colgate dla całego miasta. Dla niepoznaki wznoszę oczy do sufitu i opuszczam centralę.

Miasto jest spokojne rano. Do życia budzi się powoli. Mgły sprawiają, że w powietrzu unosi się przeraźliwy ziąb i wilgoć. Asha – tak ma na imię blondynka – jest w kwaśnym humorze. Notabene, co jest z tymi imionami? Czyż nie tak samo nazywała się inna blondynka, bliska znajoma Logana?

A skoro o Loganie mowa, to muszę się dowiedzieć, dlaczego Max chodzi jak ścięta. Jej grobowa mina działa na wszystkich zaraźliwie. To chyba jakaś epidemia. Mam nadzieję, że wczorajsza impreza w Crash trochę ją powstrzymała.

„Znasz go dobrze?” Asha pyta się znienacka.

„Kogo?” pytam się zdumiona. Dziewczyna wyrwała mnie z zamyślenia. Plus, czuję w pobliżu pół tuzina takich jak my. X5. Co do diabła robią o tej porze na ulicach, kiedy kamery kursują w samochodach policyjnych, zanim ich nie ustawią na dziennym stanowisku?

„Tego blondyna z zielonymi oczami. Jest słodki. I chyba się znacie.”

Och, psiakrew. Kolejny podbój do jego długiej listy?

„Alec.” kiwam głową „Odpowiada za ściąganie poprawionych genetycznie z ulic Seattle.”

„Musi mu być z tym ciężko.” Asha komentuje. Nie, nie, nie. Ja nie chcę. Odczep się od niego, blondyno! „To wielka odpowiedzialność, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach z NSA. Ale do twarzy mu z tym. Z władzą. Jest seksowniejszy.”

Och, psiakrew. Chcę zatkać uszy, by tego nie słyszeć. Albo skakać wokół i śpiewać, byleby to nie docierało do mojej głowy. Ja naprawdę nie chcę słyszeć tego rodzaju wynurzeń. A już zwłaszcza o Alecu. Dobrze wiem, jak jest on godny oślinienia się. Wiem to. Zbadałam to. Udowodniłam to. Nikt mi nie musi tego powtarzać. Moje palce pamiętają. Moje ciało pamięta. A już zwłaszcza przypuszczalna ofiara numer pięć milionów siedemset trzynaście na jego prywatnej liście podbojów.

Nie silę się na odpowiedź, zwłaszcza, że wyczuwam w pobliżu Biggsa. Dołącza do tamtej szóstki X5. Co jest do diabła grane?

Co jest?

Ale Biggs mnie nie słyszy. A jeśli nawet, to udaje, że nie słyszy.

Tymczasem Asha kontynuuje zadręczanie mnie.

„A to ciało… Widziałam wielu X5, ale on jest nadzwyczaj udany.”

O Chryste. Dlaczego wrzuciłeś mnie do świątyni masochistów? Co ja takiego zrobiłam?

„Skąd wiesz?” naprawdę staram się nie być zgryźliwa, wredna ani nieprzyjemna. W moim głosie słychać jedynie rozbawienie i lekką ciekawość. Naprawdę nic więcej w nim nie ma. Kiedy to przychodzi do Aleca i związanych z nim spraw, dokonuję naprawdę niesamowitych rzeczy.

„Och… nie wiem, wystarczy na niego popatrzeć. Sposób, w jaki się porusza, w jaki patrzy na kobietę…”

Och, dlaczego czuję, że zaraz dostanę prosto w splot słoneczny?

„…jakby obiecywał jej bez słów nieziemskie doznania.”

Schylam głowę. Włosy zasłaniają moją twarz. I dobrze. Ale Asha oczywiście opatrznie interpretuje moją reakcję jako rozbawienie, a nie pełna zazdrości i gniewu furię. Chryste, nie wiedziałam, że mam to w sobie.

„Przesadziłam?” wzdycha „Ale nie możesz zaprzeczyć, że jest słodki.”

„Zdarza mu się… czasami.” przyznaję szczerze. Bywa troskliwy aż do przesady, ma najbardziej słodkie i niewinne spojrzenie na świecie, kiedy czegoś chce… no dobrze, oprócz tej rzeczy, wówczas patrzy jak ktoś, kto nie jadł przez długie miesiące… i ma dużo wdzięku i naturalnej elegancji. Wdzięk to może nieodpowiednie słowo, by opisać dorosłego mężczyznę, ale do Aleca to pasuje. Ma wdzięk czającej się na ofiarę pantery. Sposób, w jaki się porusza, w jaki patrzy na świat, mówi, gestykuluje – to wszystko przypomina wielkiego, niebezpiecznego kota na polowaniu. Z wyglądu słodki, miły, ujmujący i diabelnie pociągający. A pod tą słodką powierzchnią… niebezpieczny drapieżnik. Tak, Alec ma wdzięk.

„Ciekawe, czy jest w tym dobry…” Asha rozmarza się dalej. Mam ogromną ochotę skręcić jej kark… albo przyłożyć czymś ciężkim. Nie mogę jednak zabronić jej marzyć. A już zwłaszcza o mężczyźnie, na którego sama mam ochotę. „Musi mieć w tym doświadczenie.” Asha patrzy na mnie ciekawie. Musiała chyba oblać test z psychologii wroga, ponieważ papla dalej w podobnym tonie. Nie potwierdzam tego, ani nie zaprzeczam, rzucam tylko czasem niewinną uwagę. Naprawdę niewinną, chociaż mam ochotę wygarnąć blondynie, by trzymała się z daleka od słodkiego kociaka o imieniu Alec.

Och, zapowiada się bardzo długi patrol.

~ * ~ * ~ * ~

Wracam do domu skonana. Poważnie. S k o n a n a. Łażenie po ulicach, potem jeżdżenie w zamaskowanej furgonetce nie jest bynajmniej wyczerpujące. X5 maja świetną kondycję, a moja poprawiła się ogromnie od czasu opuszczenia Roswell. O nie. Jestem wykończona psychicznie. Nerwowo. Emocjonalnie.

Nie wiedziałam, jak łatwo można wzbudzić w kimś żądzę mordu. Nie wiem, może to płynie w moich żyłach, jest w moich genach, ale po kilku godzinach przebywania w towarzystwie Ashy i słuchania jej paplaniny i zachwytów nad Aleciem, moja chęć skręcenia jej karku zagnieździła się niepokojąco mocno w moim umyśle. I psiakrew, Mole, który robił za kierowcę furgonetki, zauważył coś. Widziałam to w jego spojrzeniu. Mam tylko nadzieję, że to się nie rozniesie. Wystarczająco wiele plotek ostatnio spowodowałam. Niech znajdą sobie wdzięczniejszy temat do roztrząsania niż młodsza siostra szefa piątej rodzinki serii X i jej paskudny humorek.

Zamierzam otworzyć drzwi do mieszkania, ale powstrzymują mnie moje własne zdolności. Odczucie w mojej głowie wrzeszczy, że Biggs i Cece są w środku. Razem. Sami. Bardzo blisko siebie. Poza tym mój wyczulony słuch… hm, łapie nie to, co dla niego powinno być przeznaczone. Odwracam się na pięcie. Psiakrew. Wygląda na to, że przepraszanie na klęczkach przez cały dzień pomogło.

O tej porze nie mam zbyt wiele do roboty. Właściwie to nic. Mijam Cody’ego na korytarzu. Powstrzymuję uśmiech. Biedak, wygląda na to, że dręczą go wyrzuty sumienia. Jest słodki, podobnie uroczy jak Alec. Ale w przeciwieństwie do swojego kolegi, jest bardzo łatwy do odczytania. Nawet ja czytam w nim nieraz jak w otwartej księdze. Przepowiednia Aleca odnośnie Cody’ego i Anieli zaczyna się sprawdzać.

Wychodzę na dach. Wita mnie panorama miasta układającego się do snu. Nie ma zbyt wielu świateł. Znowu wyłączyli prąd. Trzeci raz w tym miesiącu. Co za wspaniała metropolia.

Wzdycham. Wzburzona krew w moich żyłach powoli uspokaja się. Rozsądek i miłe usposobienie znów wracają do mnie. To było naprawdę przerażające. Ta chęć skrzywdzenia tej dziewczyny…

Zupełnie jak w chwili, kiedy wyrzucałam Maxowi…

Zamykam oczy. Zupełnie nie wiem, skąd ta myśl przyszła… ale tkwi we mnie. Dwa miesiące temu wypowiedziałam wiele strasznych, raniących słów, na wspomnienie których teraz się rumienię ze wstydu. On sobie na to nie zasłużył. A przynajmniej teraźniejszy Max. Ten inny Max spowodował taki zamęt w moich uczuciach.

Co tak naprawdę wiedział? Czy moje pochodzenie było mu znane?

Chyba tak. Kiedyś musiałam stawić czoła Nancy. Zwłaszcza kiedy to przyszło do chęci posiadania dzieci. Ciąża zabiłaby dziecko i mnie.

Przyszły Max nie mówił nic o dzieciach. Mówił o martwych Michaelu i Isabel… ale nie mówił nic o dzieciach.

Ani o bracie.

Ani o bratankach czy bratanicach. Czy w tamtej przyszłości znałam Biggsa?

Nie wyobrażam sobie teraz życia bez niego w nim. Tak jak niegdyś nie wyobrażałam sobie, że będę musiała radzić sobie bez taty. Z dala od niego. Wciąż żyła we mnie mała córeczka tatusia. Oczywiście wciąż jest obecny w moim życiu… ale kamera internetowa, kiedy wiecznie ktoś jest koło mnie, ktoś z ulepszonym genetycznie słuchem, nie poprawia stosunków między nami.

I Cece. Moja „bratowa”, jeśli tak mogę o niej myśleć. Tak. Zdecydowanie. Bratowa. Matka dziecka mojego brata. Ojej, mam nadzieję, że to nie będą bliźnięta. Wystarczająco przerażająca jest nasza więź. Lepiej, by to nie przeniosło się na następne pokolenia.

I Cody. Przypomina mi trochę Alexa. Oboje są słodcy i mają wielką wiarę w otaczających ich ludzi. Aż trudno uwierzyć w to, biorąc pod uwagę, gdzie wychował się i dorósł Cody.

I Mole. Co bym zrobiła bez jego krzywej miny na mój widok?

I Max, I Logan, I Rox, I Sam, i wielu, wielu innych. Czy oni byli w tamtej przyszłości?

Zapewne. Ale czy ja ich znałam? Czy oni znali mnie? Jeśli tak, to czy nasze relacje ułożyły się podobnie?

Z Aleciem z pewnością nie. I z Ashą. Nie byłabym na nią tak cięta, jeśli nie zależałoby mi na zielonookim 494. Psiakrew, on jest tak słodki i zniewalający, że mam ochotę połknąć go w całości. Wizja przyszłości bez niego… jest praktycznie bolesna. Coś pali się wewnątrz mnie, kiedy o tym myślę.

Życie jest dziwne. Układa się w sposób zupełnie niespodziewany. Nie jesteś mimo wszystko w stanie przewidzieć, co będzie dalej. Nie możesz przygotować się na to, co przyniesie ci los. To zawsze cię zaskoczy. Zawsze jesteś nieprzygotowany, a szydercze przeznaczenie nieraz odbiera ci dech.

„Hej.” oplatają mnie ramiona Aleca. Opieram się o niego. „Wszędzie cię szukałem.”

„Być może potrzebujesz zdolności lokalizowania poprawionych genetycznie.” żartuję lekko.

„Wystarcza mi… zdolność utrzymywania oczu tylko na jednej upoważnionej genetycznie.”

Wzdycham cicho, kiedy obejmuje mnie jeszcze mocniej. Jest ciepły. Mój osobisty, prywatny grzejnik. I nawet posiada… gałkę do sterowania.

„Mole mówił, że nie byłaś w szczególnie miłym nastroju.”

Jęczę. No tak. Express City, cóżby innego?

„Hm? Biggs znowu narozrabiał?”

Chyba chce odpowiedzi.

„Nie… po prostu myślałam o czymś.”

„Nie było zbyt miłe.”

„Nie.” potwierdzam. Nocne światła Seattle migocą do mnie. Nawet nie dostrzegałam dotychczas, jak w gruncie rzeczy piękny jest ten widok… i jak głęboko we mnie on tkwi. Jak Seattle tkwi we mnie. Terminal City tkwi we mnie. Jak poprawione w Manticore geny tkwią we mnie. „Ile w nas zależy od genów, Alec? Mam na myśli zachowanie… Ile procent?”

Nie odpowiada. Długo. Naprawdę długo. Zaczynam się niepokoić, czy w ogóle odpowie.

„U ludzi współczynnik wynosi 90%.” mówi wreszcie „Przez wiele lat uważano, że stosunek wychowania i środowiska do genów na zachowania człowieka wynosi jak 60 do 40… ale nauka jest bezlitosna.”

„A X5?” pytam cichutko.

„Nie wiadomo. Nikt nigdy nie określił tego. Brak stosownych obiektów do badań. Oprócz ciebie, wszyscy spędziliśmy tam co najmniej kilka lat życia. Większość całe życie lub prawie całe.”

Odwraca mnie twarzą do siebie. Łagodnie ujmuje mój podbródek i zmusza, bym patrzyła mu w oczy.

„Maleństwo, co się stało?” pyta z niepokojem.

Myślę o tym, że Max z przyszłości przyszedł do mnie. Przyszedł do mnie, ponieważ wiedział, że jestem w stanie bezlitośnie zranić kogoś, kogo kochałam nad życie. Nie dlatego, że żałował naszej miłości. Nigdy tego nie wypowiedział. Nic w tym tonie. Żałował tego, co musiał zrobić… nawet zatańczył ze mną ostatni taniec… kochając mnie do ostatniego ułamka chwili swojego istnienia. A ja nawet nie potrafiłam tego uszanować ani docenić, oskarżając go w duchu o cały koszmar w moim życiu, o wszystkie rany, oskarżając o wiele rzeczy, których nie zrobił… i wyładowując to na Maxie z teraźniejszości. Ale czułam się zbyt zraniona w swej dumie, w swym sercu, by to wówczas zrozumieć. Nie potrafiłam przyjąć, że pewne rzeczy powinny być zrobione bez względu na to, jak bolą, ponieważ w rezultacie ci, których kocham, będą mieć szanse dożyć spokojnej starości. Miłość jest bezinteresowna. Miłość nie zazdrości. Miłość jest wówczas, kiedy wystarcza ci sam fakt, że kochana osoba istnieje. Nie musi należeć do ciebie…

Kto potrzebował to zrozumieć? Ja czy Max?

Kto potrzebował dorosnąć i zrozumieć swoje błędy?

Niestety, ja sama. I uświadomiła mi to blondyna, której w dodatku nie lubię. Uświadomiła mi, jak głęboko we mnie tkwi X5. Ktoś, kto jest bezlitosny. Ktoś, kto zranił świadomie osoby, które kochał. Ktoś, kto nie miał wiary w wiernych przyjaciół, kto nie dał im nawet cienia szansy, kto uciekł jak tchórz nie podejmując żadnej próby naprawienia tego… oprócz jednej właściwie. Ale z Kyle’m nie miałam żadnych obaw. Wiedziałam dobrze, że on mnie nie oskarży.

„Po prostu ktoś uświadomił mi dzisiaj, jaka jestem naprawdę.” mówię w końcu, czując, jak po moich policzkach spływają łzy. Znów potrafię płakać.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *