Freak Nation (42)

42.

Następnego ranka budzą mnie podniesione głosy. Oszołomiona zwlekam się z łóżka, narzucam coś na siebie i wędruję do głównego pokoju.

Biggs i Cece stoją naprzeciwko siebie. Niedaleko drzwi opiera się Cody z dziwnym grymasem na twarzy. Kręci ostrzegawczo głową.

„Co jest graaaane…?” ziewam na całego. Głowa Cece obraca się gwałtownie w moją stronę. Błękitne oczy lustrują mnie uważnie. Super. Czuję się jak przed tłumem gapiów.

„Co?!?”

Milczą, wpatrując się we mnie.

„Przeskrobałam coś?” pytam się niepewnie.

„Nie ty. On!” Cece oskarżająco wskazuje palcem na Biggsa. Wznoszę oczy do góry. Super. Ciążowe hormony na całego. Jakim cudem nikt dotąd się nie zorientował w jej odmiennym stanie? A już zwłaszcza mój genialny braciszek.

Eeee… chyba myślał o czymś innym będąc w jej towarzystwie. Wzdycham. Faceci i hormony. Piekielna mieszanka.

„Super. Więc co takiego zrobiłeś, że wasza awantura mnie obudziła?”

Gapią się na mnie jak na dziwadło. Trzy głowy czy też Colgate nie zadziałała?

„Bo wiecie, ja wciąż potrzebuję spać od czasu do czasu…”

Cisza. Teraz naprawdę mnie bzikują.

„Powiedziałam coś nie tak?”

„Nie!” Biggs stara się ukryć uśmieszek, ale nieszczególnie mu to wychodzi.

„Ok. Możecie być ciszej albo wynieść się z awanturą w diabły?!?”

Biggs powstrzymuje salwę śmiechu. Naprawdę, co jest mu tak wesoło?

„Ok. Już sobie idziemy…” bierze Cece pod ramię i wyprowadza z domu, zanim zareaguje i zacznie protestować.

„Słuchałaś, o co się kłócili?”

Macham lekceważąco ręką i idę do kuchni włączyć cudowne urządzenie zwane ekspresem do kawy.

„A po co?” ziewam znowu „Nie pierwszy i nie ostatni raz.”

Siadam na ladzie i bębnię niecierpliwie palcami o jej powierzchnię. W mojej głowie hałasują odczucia innych z X – serii… Hm, Alec tu idzie. I Dan też. Niedobrze. Ja się jeszcze nie obudziłam. Mam nadzieję, że idą do mieszkanka 494.

„Mogę poczęstować cię kawą?” pytam grzecznie Cody’ego. Wygląda, jakby cierpiał co najmniej na kaca.

„Kłócili się o ciebie.”

Teraz to jest moja kolej, by gapić się.

„Serio? O co dokładniej?”

Jestem zaniepokojona. To nie może być nic dobrego.

„Byli prawie wszyscy. Nawet Alec.”

„Wiem. Usiłował przekonać mnie do wyjścia.” uśmiecham się lekko na wspomnienie wczorajszego wieczoru. Alec nie wyszedł tak szybko, jak planowałam.

„I teraz wszyscy komentują twoją nieobecność.”

„Dlaczego?” wzruszam ramionami „Już świętowałam radosną nowinę. Ba, niemal spadłam z motoru, jak się dowiedziałam… Szczęście, że akurat zaparkowałam pod Jam Pony, bo wąchałabym teraz kwiatki od spodu. Biggs ma fatalne wyczucie czasu.”

„Powiedz mi coś o tym!” wzdycha „Cała nasza baza teraz huczy od milutkiej plotki, jak to poróżniliście się z Biggsem z powodu tej ciąży.”

„A myślałam, że ludzie są dziwni…” komentuję, nalewając w końcu z dzbanka kawę. Słyszę cichy klik drzwi i w następnej sekundzie czuję oplatające mnie ramiona. Wygląda na to, że Alec jednak nie szedł do siebie… albo tylko zaczyna traktować mój dom jak swój przybytek.

„Hm, czyżby sukienka miała mi zrekompensować twój opór w kwestii wyjścia do Crash?” śmieje się cicho. Spoglądam w dół. Fakt. Sukienka. Sportowa. Ciemnoczerwona. Krótka, z rozcięciami po bokach, uświadamiam sobie w następnej sekundzie. Psiakrew. Czemu jestem zawsze tak nieprzytomna rano? Nie mogłam założyć czegoś innego?

„Myśl sobie co chcesz.” mamroczę, nie odwracając się. Identyfikator Cody’ego oddala się. „Co zrobiłeś z Cody’m? Biedak wyglądał, jakby potrzebował natychmiast dużej dawki kofeiny.”

„Jestem pewny, że Aniel rozbudzi go wystarczająco.” Alec rzuca całkowicie beztrosko, wsadzając nos w moją szyję. Sztywnieję, ale nie dlatego, że trzymam wciąż dzbanek pełen bardzo gorącej kawy. Poczynania Aleca przypominają mi, że potrzebujemy porozmawiać. On zachowuje się jak… no właśnie. Nie wiem, jak. I co on sobie myśli?

Ostrożnie wyjmuje z moich rąk dzbanek, stawiając go na ladzie.

„Co dzisiaj robisz?”

„To, co zwykle.” wzruszam ramionami „Nie słyszałam, by coś odwoływano.”

„Możesz odwołać dzisiejszy trening?”

Kolejne wzruszenie ramionami.

„Da się zrobić.”

„Świetnie. Mamy lekkie braki kadrowe po wczorajszej imprezie. Pomyślałem, że mogłabyś uzupełnić dzisiejsze patrole… i na moment uwolnić się od nadopiekuńczości Biggsa i plotek krążących Express City.”

I tyle na temat ewentualnej rozmowy…

„Ok. Daj mi się tylko obudzić… nie myślę przed pierwszą kawą.”

Alec obraca mnie. Jego wzrok jest głodny… i bynajmniej nie pragnie śniadania.

„Nie wymagam, żebyś myślała… co najmniej teraz.”

Pochyla się, całując mnie miękko. Jego wargi są wymagające i tak gorące… wszelka myśl błyskawicznie ulatuje z mojej głowy, zostawiając miejsce tylko na czucie Aleca przy sobie. Moje ręce automatycznie wślizgują się pod jego bluzę, wędrując, badając, dotykając. Ma ciepłą skórę, którą tylko chcę czuć przy sobie.

Alec odrywa się ode mnie dość gwałtownie. Wówczas dopiero czuję, ba, widzę, mojego starszego braciszka, wchodzącego do mieszkania. Rzuca nam ponure spojrzenie. Nie mam wątpliwości, że zobaczył wystarczająco wiele.

„Fatalne wyczucie czasu.” Alec jęczy, siadając na stołku przy baro-ladzie. Niewinny uśmieszek przeczy jednak, iż jest zakłopotany. Alec zakłopotany? To zaprzecza samej jego definicji.

Biggs siada koło Aleca i gapi się ponuro na blat.

Mogę?

„Jasne.” odpowiadam odruchowo i nalewam kawy do trzeciego kubka. Alecowi dostaje się ten przeznaczony dla Cody’ego.

Nie martw się. Humorki i zachcianki kobiet w ciąży bywają jak letnie burze – gwałtowne, ale szybko przechodzą.

„Nie przejdzie jej tak szybko.” zaprzecza po kilku minutach.

„O co Cece się tak wściekła?” Alec pyta się w końcu. Nie wydaje się być niewygodny ze mną i Biggsem w pobliżu, nawet po tej całej chorej historii o „trójkącie” ja-Biggs-on. Za to ja sama… psiakrew, głupio mi. Czuję się dziwnie pocieszając brata w towarzystwie człowieka, z którym dopiero co całowałam się w naprawdę nie niewinny sposób. Idę do pokoju przebrać się w coś mniej odsłaniającego nogi i nadającego się na ponure ulice Seattle za dnia. Oczywiście jednak i tak słyszę ich rozmowę.

„O wczorajsze wyjście. Powiedziała, że traktuję Liz jak małą dziewczynkę i zachowuję się, jakbym chciał ją zamknąć w wieży po wsze czasy.”

Alec ma rozbawiony głos.

„Ma rację, stary. Jesteś nadopiekuńczy…” czy tylko słyszę lekkie wahanie? „Ponadto… Nie przyszło ci do głowy, że Cece chciała tam Liz bardziej niż całej większości znajomych z Manticore? Czy któreś z nich wyszłoby wieczorem poza Terminal City, by zwinąć dla niej test ciążowy? Cece widzi w Maleństwie przede wszystkim przyjaciółkę, kogoś, kogo dotąd nie bardzo miała. Nawet po zniszczeniu Manticore. Więc… po prostu wyluzuj. Cece pewnie teraz myśli, że stawiasz Maleństwo ponad nią.”

„Alec…”

„Ona nie wie, że nie dostrzegałeś tego. Sądzi, że pomimo rodzącej się między dziewczynami przyjaźni dalej działasz według tego samego nadopiekuńczego schematu wobec siostry wbrew jej uczuciom…”

„Taaa….” wychodzę z pokoju. Lepiej przerwać tę miła pogawędkę, zanim wezmą się za łby. Biggs wygląda, jakby miał ochotę skręcić Alecowi kark. Niedobrze. „Kup jej kwiaty. Duży bukiet. Zaproś do miłej knajpki po pracy. I przepraszaj na kolanach przez cały dzień.” mówię tonem absolutnego znawcy. Biggs spogląda na mnie z nadzieją. Tłumię w sobie małego złośliwego chochlika, który ma ochotę zemścić się za naopowiadanie Alecowi bzdur… ale z drugiej strony powinnam także mu być za to wdzięczna. To mnie uratowało. Chyba.

„Myślisz, że zadziała?”

„Nie!” studzę jego rodzący się entuzjazm i nadzieję. Uśmiecham się absolutnie niewinnie. Zemsta bywa słodka. „Ale na początek powinno wystarczyć.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *