Freak Nation (41)

41.

Leżę rozciągnięta na Alecu w każdym znaczeniu tego słowa. Nasze nogi są splecione ze sobą, moja głowa spoczywa w zagłębieniu jego szyi, a ręce wędrują gdzieś… Gdzieś pod ubraniem. Tak, ubraniem. Jesteśmy kompletnie ubrani. Ani jedna sztuka odzieży nie upadła na podłogę. No, ale spinki do włosów do odzieży nie należą.

Alec zdecydowanie uwielbia moje włosy. Kocham to, co z nimi robi, kocham to, co jego dotyk na nich robi ze mną. Jestem gdzieś między błogim snem a błogim rozbudzeniem. Nie wiem dokładnie. Tylko czuję się jak niesamowicie szczęśliwa szalona nastolatka po emocjonalnych przejściach. Co najgorsze, piekielnie mi się to podoba.

Nie mam ochoty nic mówić… chociaż rozmowa byłaby jak najbardziej wskazana. Nie wiem, co jest grane, na czym stoję. Nie chcę obudzić się z tego snu. Więc leżę, wtulona w niego, otulona nim i pozwalam nie myśleć o niczym.

~ * ~ * ~ * ~

Rzeczywistość skrada się do mnie powoli. Opieram głowę o pierś Aleca, wdychając jego zapach. Moje zmysły płatają mi figle. Mam wrażenie, że jest wszędzie wokół mnie. A on tylko niesie mnie w swoich ramionach. Czuję się bezpiecznie.

Kładzie mnie na czymś miękkim, pachnącym nim. To chyba jego łóżko.

Otwieram oczy i widzę, że rzeczywiście jesteśmy u niego. Ale to mi nie przeszkadza. Leżymy tak długi czas, dotykając siebie, ciesząc się sobą.

W końcu Alec rusza się pode mną. Napinam się mimowolnie. Wiem, że potrzebujemy porozmawiać. Ja potrzebuję. Ale to jest po prostu… ryzykowne. Nie wiem, co myśleć i nie mam żadnego pomysłu, co powiedzieć. Chcę trwać w tym przyjemnym kokonie jego ramion. Rozmowa jawi mi się jako niemiłe zakończenie spokoju i błogości. Palce świerzbią, by znowu zbadać każdy cal doskonałych, proporcjonalnych ramion. Myliłam się, sądząc, że Alec ma boskie ciało. To za mało powiedziane. Miękka, gorąca skóra, pod którą z każdym moim dotknięciem napinają się mięśnie… To jest jak narkotyk. Raz spróbujesz i jesteś uzależniony do końca.

Alec mruczy groźnie, kiedy moja dłoń wędruje sobie swobodnie po dolnych partiach jego brzucha. Mięśnie napinają się.

„Rób tak dalej, a nie wyjdziemy stąd przez tydzień…” sączy swój gorący oddech wprost do mojego gardła. Ledwo rozumiem, co mówi… ale dociera do mnie wyraz jego oczu. Ciche ostrzeżenie jest aż nadto wyraźne. Wzdycham ciężko. Alec całuje mnie miękko, czule. Topnieję pod nim. Zawijam ręce wokół jego szyi, nie chcąc, by się odsunął.

„Wykończysz moje męskie opanowanie!” jęczy tuż przy mojej szyi, nie przestając jej całować. Moja skóra płonie od jego pocałunków, od jego języka, od lekkich ukąszeń. Psiakrew, a myślałam, że Alec jest dobry w ręcznej robocie.

„Mówiłeś coś o tygodniu?” mamroczę gdzieś pomiędzy niebem a rajem.

„Trochę byłoby z tym ciężko.” Alec śmieje się cicho „Biggs zaprosił niemal wszystkie X5 – tki do Crash dzisiaj wieczór.”

„Hę?” siadam gwałtownie na łóżku. Patrzy na mnie oszołomiony i drapie się po głowie.

„Powiedziałem coś nie tak?”

„Co mówił o tym zaproszeniu?”

„Nic szczególnego… chociaż domyślam się, że ma to związek z twoimi wczorajszymi zakupami i jakąś nowiną?” podnosi pytająco brew. Kiwam głową.

„Cece jest w ciąży.”

„O Boże…” siada oszołomiony obok mnie „Na pewno?”

„Na pewno. Mam tylko nadzieję, że to nie będą bliźnięta.” mówię ponuro „O jedną parę za dużo w tej rodzinie.”

„Jesteście bliźniętami?”

Niewinny uśmieszek jest znowu na miejscu. Tego faceta chyba nic nie zdziwi.

„Musieli cię trochę długo trzymać w zamrażarce…”

„Ha ha ha… Słyszysz mój śmiech w tym temacie?”

Obejmuje mnie ramieniem i wsadza nos w moją szyję. Zetknięcie gorącego oddechu z moją szyją przyprawia mnie o dreszcze.

„Nie, ale to wyjaśniałoby, dlaczego masz tak silne ataki.”

„Czemu? W Manticore nie potrafili dobrze hibernować embrionów? Przecież na świecie są dziesiątki laboratoriów, gdzie jest to przeprowadzane!”

„Manticore nigdy nie chwaliło się swoimi porażkami… ale tutaj nie chodzi o zwykłe komórki, lecz o zapłodnione, upichcone w laboratorium embriony przyszłych super żołnierzy. Jest kilku X5 z zamrażarki i wszyscy bez wyjątku cierpią na gwałtowne ataki. Słyszałaś o Jacku z jednostki Max?”

Kiwam głową. Jeden z pierwszych, który zachorował na progerię… a Manticore zamordowało go i pokroiło na kawałki, aby wykryć przyczynę problemu. Alec również poważnieje i przestaje doprowadzać mnie do szału swoimi ustami.

„On ogólnie był słabszy. Osiągał gorsze wyniki niż pozostali… i zachorował. Z początku myśleli, że to przez hibernację, ale kiedy z powodu zaburzonej chemii mózgu z czasem zaczęli chorować inni, powód znalazł się sam. Może jednak coś było w tej hibernacji. Może to wzmacnia coś, co ci z laboratoriów spieprzyli?”

Mrużę oczy i patrzę na niego oskarżająco.

„Sugerujesz, że jestem spieprzona?” warczę. Alec całuje mnie natychmiast… głęboko, obezwładniająco, pozbawiając mnie tchu. Odpycham go w końcu, ciężko dysząc.

„Ależ nie…” mówi z niewinnym uśmieszkiem. I jest ten niebezpieczny błysk w jego oczach. Zaraz będę miała kłopoty, jeśli czegoś nie zrobię. I to szybko.

„Nie byłeś przypadkiem umówiony do Crash?” wyrzucam z siebie, nie mogąc znaleźć żadnego innego sensownego argumentu, dlaczego mamy ruszyć się z jego łóżka… z tej właśnie pozycji, jeden przy drugim.

„Hm…” pociąga mnie z łóżka i szczerzy olśniewająco białe ząbki; doprawdy, powinien reklamować Colgate zamiast tej staruszki z powyszczerbianymi… eee, resztkami zębów „Rzadka okazja, by zobaczyć jak się stroisz. I nowa fryzura jest znacznie lepsza od poprzedniej. Nie widać… co ci robiłem.”

Och, mam ochotę przetrącić tego aroganckiego, zniewalającego transgenicznego. Albo co najmniej zmazać z jego twarzy ten pewny siebie, a jednocześnie niewinny uśmieszek, nawet jeśli wygląda z nim… uroczo.

„Możesz sobie pomarzyć.” burczę.

„Taaak? A to o czym?”

„Mojemu nadopiekuńczemu braciszkowi wypadło z pamięci mnie zaprosić.”

„Och tak? Więc pójdziesz jako osoba towarzysząca.”

„Chyba nie rozumiesz!” patrzę na niego naprawdę groźnie; co najmniej myślę, że mój wzrok wyraża groźbę „Biggs nie zapomina o takiej rzeczy. A już zwłaszcza kiedy jest w stanie znaleźć mnie bez trudu w najciemniejszym zakątku TC.”

„I wnioskując?”

Wzdycham. Alec potrafi być naprawdę irytujący.

„Nawet jeśli pójdę, to mi nie zapomni, że ni mniej ni więcej dostałam zakaz wyjścia do Crash. I to ja żyję z nim pod jednym dachem, mądralo. Da mi popalić. To nie jest warte następstw.”

„Hm…” Alec opiera mnie o ścianę „Nie musisz mieszkać u niego. Mam duże łóżko. Zmieścimy się oboje.”

„Nie wątpię.” mówię cierpko. Ogromna część mnie chciałaby wyjść z Terminal City… a wyjście z Aleciem oznaczałoby tylko ciąg dalszy bardzo przyjemnych chwil. Ale jeszcze większa część mnie obawia się wyjścia z nim, pokazania się światu w jego towarzystwie… i złamania jedynej zasady, jaką miedzy nami ustanowił Biggs. Piekielnie. Muszę z nim pogadać. „Ale i tak nie wejdę do Crash. Moje fałszywe papiery nie opiewają na magiczny wiek 21 lat. Więc po prostu… idź tam i świętuj na cześć Biggsa, Cece i miejmy nadzieję, nie bliźniaków.”

Alec patrzy na mnie przez chwilę.

„Naprawdę nie chcesz iść do Crash?”

Jasne, wprost marzę o kolejnych godzinach zamknięcia w murach Terminal City…

„Nie. Idź. A zresztą, nie potrzebujesz mojego pozwolenia.”

„Maleństwo…” widzę, że znowu ma zamiar rozpocząć dyskusję, więc zamykam mu usta pocałunkiem. Na długo.

„Przyjdź, jeśli się rozmyślisz, ok.?”

Jasne, na pewno.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *