Freak Nation (4)

4.

Sprzątam po kolacji. Odkąd moja szefowa jest oficjalnie na urlopie, spędzam znacznie mniej czasu w pracy. Nie ma nic przyjemnego w siedzeniu w pustym biurze i patrzeniu się na ściany, które nigdy do mnie nie przemówią. Za każdym razem, kiedy dzwoni telefon, muszę zebrać się w sobie. Miłym głosem mówię, że pani kongreswoman przebywa akurat na urlopie. Nie, nie wiem kiedy będzie znowu dostępna. Przed oczami stają mi przy tym spalone resztki ubrania i cienkie płatki skóry, które wirowały w powietrzu wokół Isabel tamtego wieczoru. Doczesne szczątki. Tyle pozostało po tej kobiecie.

Wiem, co inni o niej myślą. Dla nich jest wrogiem, kimś, kto maltretował Tess, zabił Nasedo i groził Isabel. Ale ja widziałam też inną stronę. Być może to był przypadek, być może nie. Nie mam pojęcia, czy widzenie „ludzkiej” strony wroga to dobra rzecz. Chyba nie. Pamiętam dobrze ten dzień, kiedy piła z powodu Pierce’a. Czy też Naseda… Kto się o to troszczy? Nieważne, jak go nazywam… wówczas to był ten sam mężczyzna. Nie potrafię sobie  nawet wyobrazić, co musiała czuć po jego zniknięciu. Wykorzystana, upokorzona na przesłuchaniu w Kongresie. I chociaż Isabel później powiedziała, że Whittaker zabiła Nasedo z zimną krwią… jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Tak więc siedzę teraz w domu, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Rodziców wciąż nie ma. Znów nie wiem, czy to dobrze. Ech, mam mieszane uczucia. Pamięć płaczu mamy i tego dziwnego rozczarowania i szoku, widocznych w jej oczach, każe mi spodziewać się czegoś naprawdę paskudnego. Jednocześnie mała dziewczynka we mnie marzy, że to wszystko okaże się głupim koszmarem.

Włączam telewizor. Discovery, oczywiście. Pewne rzeczy pozostają niezmienione. Przez godzinę oglądam dokument o tym, jak po pożarze uratowano bezcenne woluminy archiwum Biblioteki Hofburskiej. Kiedy szklany ekran pokazuje napisy końcowe, czas znowu wraca dla mnie do swojego normalnego trybu. Rodziców wciąż nie ma. Jutro sobota, więc nie muszę przygotowywać się do szkoły ani do pracy.

Schodzę do Crashdown. Dzisiaj wieczorem to Agnes i Jose zamykają restaurację, więc może lepiej im pomogę. Agnes jest najgorszą kelnerką w mieście. Ale jest też jedynym żywicielem swojej rodziny, więc tata na pewno jej nie zwolni.

Już na schodach ogarnia mnie to uczucie niebezpieczeństwa. Jest dosyć nieokreślone. Zaglądam wiec przez okienko i lustruję kawiarnie. Ani śladu ponętnej brunetki. Za to ktoś inny przyciąga mój wzrok.

Ma ciemnoblond włosy, w lekkim nieładzie. Zapewne od frustracji, nasze menu przyjezdnym potrafi dać się we znaki. Najczęściej musimy wyjaśniać im, co znaczą poszczególne nazwy. Jestem pewna, że w Crashdown jest pierwszy raz. Powód jest niezwykle prosty i oczywisty – blondyn wygląda naprawdę nieźle. Jest słodki, przystojny i ma zaskakujące zielone oczy. Z całą pewnością go wcześniej nie widziałam.

Nagle jednak te oczy podnoszą się znad menu i spotykają moje. Patrzy na mnie z cichym pytaniem w nich.

Wówczas zauważam dwie niezwykle istotne rzeczy.

Stolik obok niego siedzi Pam Troy i nawija coś z ożywieniem do swoich psia – psiółek. Mogę tylko domyślać się, że mówi o mnie. Chociaż nie ma takiej możliwości, by Papaja wiedziała o mojej nocy z Kyle’m, mój żołądek zaciska się nerwowo i boleśnie. Kyle nie mógł nic powiedzieć. Wiem o tym. Ale mimo to pamiętam, co wcześniej powiedział mi dzisiaj tata.

„Dlaczego zaryzykowałaś wszystko? Nie sądzisz chyba, że to utrzyma się w tajemnicy? Zaryzykowałaś swoją opinię i tym samym całą swoją przyszłość tutaj, w Roswell.”

Chcę wierzyć, że się mylił, ale patrzę na twarz Papai ściągniętą w tym triumfującym a-nie-mówiłam grymasie i wiem, że tata się nie mylił. Machina poszła w ruch. Nie wiem, jak to się wydostało poza nasza trójkę. Czwórkę, poprawiam się. Jutro rano całe Roswell będzie wiedziało, że panna Parker nie jest już tą niewinną Lizzie. Najgorsze jednak będzie co innego. Plotki uderzą nie tylko we mnie. Max i Kyle również będą odgadywani. Kyle sobie poradzi bez trudu, ale Max… Max sobie po prostu na to nie zasłużył, by ktoś rzucał mu w twarz wczorajszą noc.

Zwracam wzrok z powrotem na mężczyznę, który śmiało mógłby uchodzić za hybrydę. Mam na myśli, że on wygląda naprawdę cudownie. Tacy faceci nie rodzą się ot tak sobie. Nawet w Hollywood muszą pracować nad swoim wyglądem. Ale on… po prostu siedzi tam, rozparty na kanapie i z niewinnym uśmieszkiem czyta menu. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie druga istotna rzecz, którą zauważyłam przed chwilą.

Uczucie niebezpieczeństwa pochodzi od niego. To samo dziwne, irracjonalne, napinające wszystkie zmysły odczucie, jak w chwili, kiedy była w pobliżu Max. Dodając do tego kilka drobiazgów – nie widziałam go wcześniej w Roswell, rano słyszałam dwa, a nie jeden motor, Max G. raczej nie powinna pokazywać się w  okolicy – dochodzę do jedynego logicznego wniosku. On jest tutaj z nią.

Co daje mi nieoczekiwaną okazję dowiedzenia się, o co w tej awanturze chodzi. Ten przystojniak to wie. Utwierdzam się w  tym przekonaniu, jak tylko wchodzę do sali i zmierzam do jego stolika. Zielone oczy wędrują prosto do moich i nie potrafię już odwrócić spojrzenia. Jestem jak złapana w pułapkę.

Siadam z lekkim uśmiechem naprzeciwko niego. On z kolei odkłada menu na stół. Jego wzrok zmienia się. Mogłabym przysiąc, że wyraża niemal troskę i współczucie.

„Głowa wciąż boli?”

Mówi cicho, niemal tocząc słowa na języku. Trzy słowa w tym miękkim, flirtującym tonie i jestem pewna, że dziewczyny padają przed nim jak muchy. Chociaż nie jestem religijna, w duchu dziękuję niebiosom i wszelkim aniołom stróżom za to, że pewnego wrześniowego dnia zakochałam się w kosmicie o bursztynowych oczach. To mnie przynajmniej chroni od magii jego osobistego uroku.

W końcu odrywam spojrzenie od niego. Moje oczy wędrują w stronę sufitu.

„Zgaduję, że to odpowiedź.” wzdycha. Pochyla się w moją stronę i zniża swój głos do szeptu. „Jak wiedziałaś? Czym się zdradziłem?”

Nie mogę powstrzymać złośliwego uśmieszku. Kimkolwiek był, miał naprawdę ogromne, męskie ego. Pochylam się więc także w jego stronę i mruczę w podobnym, co on tonie.

„Kiedy tylko cię zobaczyłam, miałam to niesamowite uczucie…” mruczę. Wow, nawet nie wiedziałam, że potrafię. „…niebezpieczeństwo! Wiać gdzie pieprz rośnie!” kończę miękko. I nagle, nie widzę nic z reakcji, jakiej się spodziewałam. On reaguje zupełnie inaczej. Przez chwilę patrzy na mnie ze zdumieniem. Potem w  jego oczach pojawia się coś na kształt zrozumienia – naprawdę to jest dziwne – oraz aprobaty. Kiwa głową. Naprawdę, teraz zaczynam się bać.

„Bardzo przydatna umiejętność.”

Umiejętność? Dlaczego nagle mam znowu to uczucie, że wszyscy wokół mnie wiedzą, co w trawie piszczy, a tylko ja pozostaję w nieświadomości? W dodatku czy on właśnie nie przyznał się, co prawda pośrednio, że jest niebezpieczny?

On naprawdę zaczyna mnie przerażać. Coraz bardziej pasuje do wzorca hybrydy. Ale co obcy mieliby wspólnego z moją rodziną? Nic. Sam pomysł jest śmieszny. Parkerowie żyli w Roswell od czterech pokoleń!

„Bardziej przydałaby się umiejętność lokalizacji pewnej brunetki.” postanawiam zbyć to żartem i do razu przejść do sedna. W końcu po to zaczęłam te rozmowę. Ale on bynajmniej nie traci rezonu.

„Po co?” mówi miękko „Skoro masz mnie?”

Pochylam się ponownie nad stołem. O nie. Nie uciekniesz tak łatwo. Może pozwolę ci zachować uśmieszek na twarzy… póki nie dowiem się tego, co muszę.

„Ty… czekałeś na zewnątrz, kiedy rozmawiała z mamą.”

Podnosi brwi. Najwidoczniej go zaskoczyłam. Nie wiem, czym. Przecież dźwięk silnika motoru jest wystarczająco głośny, by przebić się przez grube mury Crashdown.

„Nie potwierdzam i nie zaprzeczam.”

„Daj spokój.” uśmiecham się mile „O czym rozmawiały? Jeśli mi nie powiesz sam..”

„Hm?”

„Będę musiała dowiedzieć się sama od niej. A jeśli mama dowie się, że rozmawiała ze mną za jej plecami, to możesz już zbierać na ostatnią wiązankę.”

Blondyn jest jednak uparty. Kto by pomyślał, patrząc na jego słodką twarzyczkę?

„Obawiam się, ze to niemożliwe.”

„Dlaczego?”

Widzę wyzwanie w jego oczach.

„Max niestety miała coś do załatwienia. Wróci, kiedy twoja mama się uspokoi.”

„Co nastąpi mniej więcej w tym samym czasie, co następna epoka lodowcowa…” szemram. Moją mamę ciężko czymś zdenerwować, przestraszyć czy rozczarować. Ale jeśli już, w dodatku wszystkie trzy stany emocjonalne naraz… biorąc pod uwagę, że nigdy to się nie wydarzyło do dzisiaj, nie jestem w stanie przewidzieć konsekwencji. Mój wiecznie planujący i zorganizowany umysł odmawia współpracy. Brak danych.

„Nie sądzę. Kiedyś musi ci powiedzieć.”

Czy przypadkiem nie słyszę w jego głosie tonu pocieszenia? Patrzę na niego… i owszem, nie przesłyszałam się. On naprawdę chce mnie uspokoić. Dlaczego obcy człowiek by się starał? Odprężam się na chwilę.

„W porządku.” wzruszam ramionami. Mam nadzieję, że się nie myli. „Więc.. jak się nazywasz?” zniżam znowu głos. Nie chcę, by Papaja nas słyszała.

„494.” Odszeptuje tak cicho, że nawet bicie mojego serca jest głośniejsze.

Hm, czy mi się wydaje, że znowu ze mnie stroi żarty?

„Pytałam o imię.” naprawdę staram się nie być zirytowaną. Dzisiejsza huśtawka nastrojów… cóż, nie chcę wybuchnąć przy w gruncie rzeczy obcym człowieku. Chyba zrozumiał mój nastrój, bo w końcu dostaję właściwą odpowiedź.

„Alec McDowell.”

Kilka sekund później niesamowity rumor rozlega się po sali, wbijając znów sztylety w moją głowę. A już myślałam, że jednak tabletki pomogły.

Nie muszę się nawet odwracać, by wiedzieć, co hałas oznaczał. Zapewne Agnes, której nie chciało się kursować pięć razy pomiędzy zapleczem a główną salą, postawiła za dużo szklanek na tacy… a taca wyślizgnęła się jej z rąk. Wiem to, ponieważ dzieje się tak co najmniej raz na miesiąc, półtora. Dlatego tata zazwyczaj odsyła Agnes przed zamknięciem. Ale dzisiaj go tu nie ma, a ja nie miałam do tego głowy.

Wzdycham, kiedy Agnes wybiega z płaczem na zaplecze.

„Kolejny komplet szklanek.” wstaję. Znowu zaczyna huczeć w mojej głowie, co jest bardzo złym znakiem. Prócz przeziębień praktycznie nigdy nie chorowałam, niczego nie złamałam ani nie zwichnęłam. Prawdziwy okaz zdrowia. Najwyraźniej teraz natura postanowiła wyrównać rachunki.

Idę na zaplecze po miotłę i całą resztę. Słyszę, że Alec podąża za mną. Nie miałabym nic przeciwko pomocy, ale wiem, że jego spojrzenie wędruje właśnie po górnych rejonach moich nóg. Dlaczego założyłam dzisiaj spódnicę?

Nie pomaga fakt, że zrobiłam to naumyślnie. Jeszcze kilka godzin temu byłam przekonana, że wygląd pomaga w rozwiązywaniu problemów. Teraz myślę, że raczej je przysparza.

Alec odbiera ode mnie sprzęt. Nie mam nic przeciwko temu, ale dla zasady trochę się sprzeczam.

„Nie potrzebuję niańki.” protestuję po co najmniej pięciominutowej wymianie złośliwości. Ktokolwiek nadał mu imię, był bardzo przewidujący. Prawdziwy mędrek z szybkimi, błyskotliwymi odpowiedziami. Do tego jeszcze poczucie humoru w stylu Kyle’a…

„Po tym, co działo się ostatniej nocy, potrzebujesz zdecydowanie. Czy cztery słowa: uraz głowy i zimny chodnik coś mówią tobie?”

Teraz już leżę rozciągnięta na macie. Dobrze wie, że z takim argumentem nie mogę się kłócić. Po krótkim namyśle…

„Po tym, co działo się ostatniej nocy…” mruczę „…udowodniłam zdecydowanie, że już dawno nie potrzebuję niańki. Prędzej sprzątaczki!”

Wciskam w jego ręce miotłę, a sama siadam na kanapie. Alec się śmieje. Raczej nie oczekiwał, bym wyciągnęła na światło dzienno to, o czym plotkowała Papaja. Po jego reakcji widzę, że moje obawy były słuszne.

Zwijam się w kłębek, kiedy tylko drzwi do sali zamykają się za nim. Ignoruję Agnes stojącą z rozdziawioną buzią w progu kuchni, otaczam ramionami głowę i usiłuję odegnać ból.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *