Freak Nation (39)

39.

Czy muszę wspominać, że pech ściga mnie dalej? O tej porze wszystkie apteki są pozamykane. Nawet te nielegalne, nawiasem mówiąc, zaopatrzone najlepiej. Pozostaje mi się włamać do jakiejś.

Mijam po drodze Cody’ego. Ciąża ciążą, więź więzią, ale mnie wciąż obowiązują surowe zasady bezpieczeństwa. Nie mam pozwolenia na poruszanie się po mieście po zmroku sama. Mogliśmy zwinąć kamery i Seattle stało się nieco bezpieczniejsze dla nas. Ale za dnia, nie nocą.

„Masz godzinkę albo więcej czasu?” ścigam go do centrali. Po drodze widzę, że kolejny nowy z Dywizji Arktycznej nabrał się na zakład z Mole’m, kto dłużej wytrzyma. Za dużo tu testosteronu. Mężczyźni są dziecinni w swojej rywalizacji.

Ciekawe, ile Alec wygrał na tych zakładach?

Zmieniam kierunek myślenia. Mam sprawę do załatwienia, i to dość pilną.

„Nie bardzo. Coś potrzebujesz?”

Uśmiecham się czarująco.

„Taaak. Muszę włamać się do apteki.”

„Apteka? Nie byłaś tam przypadkiem za dnia?”

Haha, byłeś tam ze mną, więc nie narzekaj, mądralo.

„Pamiętasz Cece dzisiejszego ranka?” mamroczę.

Jedna sekunda.

Dwie.

Trzy…

I Cody spada z krzesła, które dopiero co zajął. Pochylam się nad nim z uniesioną pytająco brwią. Ale już wiem, że wygrałam.

Doprawdy, mężczyźni są tacy prości. Zbyt łatwo ich podejść.

~ * ~ * ~ * ~

Kobiety także. Przeklęty brak widzenia w ciemnościach.

Czy muszę wspominać, że mój pech chodzi za mną cały dzień, gdziekolwiek się nie udam? Nawet do zakichanej najlepszej nielegalnej apteki w mieście.

Cody w podskokach wyciągnął mnie z centrali, zaraz potem jak ochłonął. Nawet Mole patrzył na niego jak na wariata. Chyba pierwsza rzecz, w której się zgadzam z szefem Dywizji Pustynnych.

Mój słuch jednakże także zawiódł. Albo on jest tak dobry w tym, co robi, albo ja byłam zbyt zamyślona, stojąc przed tą półką, że zupełnie go nie zauważyłam. Psiakrew, Cody miał stać na czatach. I pewnie wciąż stoi… tylko, że wpuścił Aleca.

„A ty tu co robisz?” słyszę nagle zmysłowy szept przy moim uchu. Podskakuję, upuszczając niewielka książeczkę dla przyszłych matek. Oczywiście traktuje o bliźniętach, mnogiej ciąży i całej masie różnych takich rzeczy, które dla mnie pozostaną na zawsze obce.

„Jezu, Alec, kiedyś dostanę przez ciebie zawału!” pstrykam go w nos. Podszedł mnie. Diabelnie. Starzeję się albo zrobił to specjalnie. Uśmiecha się, ale jest to uśmiech pełen niepokoju.

„Miałaś ponownie atak?”

„Nie, nie. Tylko… jakieś zakupy!”

Potrząsam głową, podnosząc książeczkę i wsadzając do plecaka. Chciałabym porozmawiać z nim o tych tajemniczych atakach. W końcu jest on jedynym, który oprócz mnie coś wie. Może jakiś X5 przechodził już to, co ja? Nauczyłam się już, że jeśli genetycy coś sknocili, prędzej czy później, wychodzi to u któregoś z nas. Niemniej jednak nie mam zamiaru rozmawiać o tym tuż pod nosem Cody’ego.

„Wpadnij jutro do nas… usłyszysz ciekawe nowiny.” uśmiecham się i odwracam do Cody’ego, który szybko przemierza przestrzeń niedużego magazynu.

„Mamy towarzystwo.”

„Powiedz mi coś o tym…” mamroczę. Kiedy jednak z powrotem spoglądam w stronę Aleca, nie znajduję nawet śladu po nim.

~ * ~ * ~ * ~

Piętnaście minut.

Tyle wynosi miara ludzkiego szczęścia… i przerażenia.

Spędziłam je na kanapie, usiłując ze wszystkich sił zablokować emocje płynące do mnie od Biggsa, ale zupełnie mi się to nie udaje. Każde najdrobniejsze uczucie niepewności, miotanie się od zwątpienia i poczucia winy do ekstatycznej radości… nigdy nie sądziłam, iż mężczyźni tak przeżywają ojcostwo. Co ja mówię, to jeszcze nie ojcostwo. Dopiero będzie ojcem. Za jakieś niecałe siedem miesięcy. W dobie nowoczesnych medykamentów można nawet określić, który to tydzień.

Ironia polega na tym, że to musiało wydarzyć się w Roswell.

W miejscu, gdzie ja się narodziłam, poczęło się też dziecko mojego brata.

Słowo zmieszanie nie oddaje nawet jednej setnej tego, jak się czuję. Ale jest chyba najtrafniejsze.

Miotam się od nieśmiałej nadziei i radości po przerażenie i niepewność jutra. W dodatku emocje płynące od Biggsa nie ułatwiają mi sprawy. Wysłałam szczęśliwych przyszłych rodziców do mieszkania Cece, ponieważ jest na drugim końcu Terminal City. Ale to wcale nie pomaga. Nie zależy od odległości. Emocje wciąż płyną przeze mnie i w końcu tak mieszają w mojej głowie, że nie jestem w stanie określić, które są moje, a które mojego brata.

Słone łzy toczą się po moich policzkach. Nieprawdopodobna radość, odczuwana przez niego, miesza się z moim poczuciem żalu i rozgoryczeniem wobec Sandmana, Manticore i wszystkich tych, który przed moimi narodzinami zadecydowali o tym, co wiem teraz.

Nigdy nie będę miała tego, co oni. Nigdy nie poczuję, jak rośnie we mnie małe życie. Nigdy nie będę kobietą, matką… na zawsze pozostanę żołnierzem, czymś, co stworzyło Manticore do swoich pokręconych celów.

Świadomość tego ponurego faktu dopadła mnie od razu. Z każdą uncją radości, napływającej do mnie od Biggsa, z każdą uncją jego uczuć do niej, świadomości, że pod jej sercem rośnie mały ktoś, będący połączeniem ich dwojga, pogrążam się jeszcze bardziej w żalu, złości na los… i rezygnacji. Z każdą uronioną łzą uświadamiam sobie, że Biggs także odbiera to, co ja czuję, ale nie potrafię się odłączyć, nie potrafię zamknąć ani zablokować więzi… po prostu chcę się wyłączyć, lecz nie mogę. Nie chcę mącić szczęścia mojego brata, a jednocześnie jakaś mała cząstka mnie pragnie desperacko uczestniczyć w tym, co on przeżywa.

Dlaczego teraz? Dlaczego nie tydzień później, tydzień wcześniej, tylko akurat tego dnia odczułam tak silnie więź?

Złośliwy głosik w mojej głowie mówi mi, że to nie zależy od czasu. Że stałoby się tak, obojętnie w jakim czasie Cece zaszłaby w ciążę. To skala emocji to sprawiła.

Idę do łazienki usunąć ślady łez na mojej twarzy. Wszystko, co wiem, sprowadza się do faktu, że nie chcę tej więzi. A już z pewnością nie na taką skalę.

O Chryste, co będzie, jeśli będą się kochać?

Kolana uginają się pode mną na samą myśl.

I wówczas nagle wszystko znika. Mrugam. Raz. Drugi. Trzeci.

Jak, do diabła?

Potrząsam głową. Nie jestem w stanie myśleć, wymyślić żadnego rozsądnego powodu. To wymyka się mojemu rozumowaniu.

Biorę zimny prysznic, by pozbyć się zmęczenia i frustracji. Ostatnia doba była piekielnie wyczerpująca.

~ * ~ * ~ * ~

Kiedy tylko wychodzę z łazienki, słyszę poirytowanego Cody’ego, wyżywającego się na Alecu. Zbyt ciekawa i zaintrygowana, co się dzieje, wychodzę na korytarz. I scena, która ukazuje się przed moimi oczami, mrozi mi krew w żyłach.

Cody i Mole ciągną między sobą Aleca. Jego głowa jest opuszczona i lekko przechylona na bok. Psiakrew, myślałam, że jego rana to zaledwie draśnięcie, ale najwyraźniej się myliłam.

„Co się stało?” zamykam za sobą drzwi mieszkania. Mole patrzy na mnie ponuro, a potem podnosi z niesmakiem Aleca i opierają go z Codym o ścianę. Usiłują znaleźć jego klucze od mieszkania. Ha, jakby ktokolwiek tutaj potrzebował zamka. I tak nikt obcy nie wejdzie.

I wówczas dociera do mnie bardzo mocny zapach alkoholu. Wcześniej byłam zbyt zaniepokojona, by go poczuć. Alec osuwa się na podłogę, ale zaraz podnosi się, lekko chwiejąc. Na jego palcu dyndają kluczyki. Cody usiłuje mu je zabrać, ale Alec najwyraźniej wynalazł sobie nową, wyjątkowo zabawną grę w łapankę.

„Maleństwo!” jego twarz nagle rozjaśnia najgłupszy szeroki uśmiech, jaki widziałam z jego repertuaru przez ostatnie dwa i pół miesiąca. Salutuje żartobliwie. Widzę w tym moją szansę. Spokojnie ujmuję jego dłoń i Alec bez protestów oddaje mi klucze od domu. Rzucam je pośpiesznie Cody’emu, zanim 494 się rozmyśli. I to jest powód, dlaczego Alec mnie nie zaskakuje. Nie oczekiwałam, by to zrobił. Psiakrew, ze wszystkich rzeczy, które się po nim spodziewałam, żadna nie była tym.

W ułamku sekundy ujmuje moją twarz w swoje dłonie i przyciąga do słodkiego, czułego pocałunku. Przez jedno uderzenie mojego serca jestem zbyt zaskoczona, by zareagować. Potem jednak zbyt szybko dociera do mnie, czym smakuje Alec. Odpycham go z obrzydzeniem.

„Jesteś zalany w trupa!” warczę gniewnie. Alec uśmiecha się arogancko.

„Ale i tak mnie chcesz…”

Mam ochotę zdzielić go w potylicę za ten arogancki ton, pewny siebie uśmieszek i w ogóle za to, że niestety ma rację. Ale znowu mnie zaskakuje. Kołysze się na swoich stopach, uśmieszek zmienia się na zawadiacki i tyleż pełen chłopięcego uroku, jak i niepewności. Alec niepewny? Psiakrew. Jest pijany do najmniejszej komórki swego doskonałego ciała. I co ja mam z nim zrobić?

Mole i jeszcze jeden poprawiony genetycznie z wyglądem a ‚ la przerośnięty żółw otwierają mieszkanie Aleca. To mi tylko przypomina, co robiłam tutaj ostatnim razem.

Umierałam.

Otrząsam się. Alec wydaje się następować za każdym moim krokiem, kierując na mnie swoje zielone oczy. Przysięgam, ich wyraz zaczyna mnie przerażać. Nikt nigdy tak na mnie nie patrzył, jakby jedyne, o czym marzył przez całe życie, to wziąć mnie tutaj, w tej chwili.

W następnej sekundzie Alec z ciężkim hukiem opada na podłogę. Cody i Mole patrzą na mnie, patrzą na siebie. W końcu podnoszą go i niosą do sypialni. Nieprzytomny poprawiony genetycznie ląduje na łóżku.

Wyciągam z szafy koc, ten sam, którym tydzień temu otulał mnie Alec i przykrywam go. Biorąc pod uwagę jego niepoczytalny stan, wolę nie ryzykować pozbywania się chociaż części jego ubrania. Nawet butów. Wychodzimy do kuchni.

„W porządku. Co się do cholery stało?”

Cody wzdycha ciężko.

„Kiedy przyszedłem do Crash, on był już w takim stanie. Właściwie to już trochę wytrzeźwiał.”

Klnę w duchu. Co mu się stało?

„Brał jakieś leki przeciwbólowe? Nie pamiętam, by Cece coś mu dawała.”

Kręci przecząco głową.

„O ile mi wiadomo, nie brał nic. Po prostu… upił się.”

„Cody…” pytam się łagodnie „Ile potrzeba alkoholu, by upić X5? A już zwłaszcza…” wskazuję głową w stronę sypialni. Mole warczy groźnie.

„Przypilnujesz go?”

Kiwam głową.

„Wracaj do Crash. Nie sądzę, bym miała z nim jakieś kłopoty. Będzie spał jak dziecko.”

~ * ~ * ~ * ~

Wchodzę do sypialni i siadam na łóżku. Przyglądam się przez kilka minut jego śpiącej twarzy. Doskonałe rysy, miękkie usta i bardzo wyraziste oczy, iskrzące się zazwyczaj uśmiechem.

Ale i tak mnie chcesz…

Gdyby nie był tak pijany, prawdopodobnie zapłaciłby za te słowa. Szczególnie, że usłyszeli je inni. Jakim prawem do cholery rozgłaszał nasz nie do końca przyjacielski stosunek? Jak znam Terminal City, zwane także Express City, będzie rano pełne plotek. Część mnie chce obudzić go i zapytać, co do cholery sobie myślał, podczas gdy druga część wie, że on wcale nie myślał, kiedy to mówił. Pijani ludzie nie wiedzą, co mówią. Nie mają większej kontroli na swoim zachowaniem. No, chyba, że przychodzi do samego procesu upicia się.

Ściągam mu buty. Alec chichocze przez sen. Wygląda jak mały psotny chłopczyk, który ma łaskotki.

Nawet o tym nie myśl, Maleństwo! Upominam się surowo w myślach, ale moja ręka nie słucha. Palce ostrożnie przebiegają po wewnętrznej stronie stóp… Alec podskakuje i widzę, jak otwierają się jego zielone oczy.

„Hej!” jego głos jest niski i ochrypły. Och, psiakrew, zaraz będę miała kłopoty.

Nim kończę formułować myśl, Alec przyciąga mnie do siebie, obejmując mocno ramionami. Zamek kurtki uwiera mnie w policzek. Z niechęcią myślę o otaczającym go zapachu alkoholu. Drażni moje nozdrza i wprawia w irytację. Trzeźwy Alec nie chce mnie, ale pijany mną nie wzgardzi… Mam ochotę mu przyłożyć. Mocno.

Jednak po minucie jego oddech uspokaja się. Sądzę, że śpi. Ostrożnie wyswobadzam się z jego objęć i zaczynam rozpinać jego kurtkę. Ściągniecie jej okazuje się dość trudne bez obudzenia go, ale daję sobie radę.

Kładę się w końcu obok i przyglądam się jego spokojnej twarzy. Zamykam oczy, usiłując zasnąć. Sen jednak nie przychodzi.

Alec przewraca się przez sen i nim się orientuję, leży niemal na mnie. Nie mogę się ruszyć ani wydostać. Uderzam go w ramię. Nie pomogło. Drugi raz.

W końcu jednak odrobina przytomności dociera do jego zamglonego alkoholem mózgu i ponownie otwiera swoje piękne oczęta. I wówczas żałuję, że go obudziłam. Zasycha mi w gardle. Znowu patrzy na mnie w ten sposób.

Jego usta są głodne, a mimo to ostrożne i badające, zupełnie, jakby nie wiedział, na ile może sobie pozwolić. Język ślizga się między zębami, pojedynkując z jego. Ciało dopasowuje się do niego. Jego ręce są na mnie. Usta zsuwają się na szyję, sprawiając, że jęczę bezwiednie. Och, a niech to. Mamroczę coś niespójnie, kiedy czuję, jak jego język bawi się moim uchem z niesamowitym efektem na moim ciele.

„Jak możesz być z nim, kiedy topniejesz w moich ramionach?” sączy mi miękko do ucha „Jak możesz być z nim, kiedy sama myśl o tobie doprowadza mnie do tego?” ociera się prowokująco o mnie. Oddycham ciężko, usiłując odzyskać utracony rozsądek.

Z nim?

Warczę we frustracji, kiedy jego usta suną po mojej skórze w ślad za brzegiem dekoltu. Jego ręce są na mnie, przytrzymujące, wymagające. Alec unosi się, na chwilę odrywając się ode mnie, by ściągnąć bluzę. I wówczas gaśnie nagle, z ramionami uniesionymi do góry. Opada na łóżko.

Oddycham ciężko.

Co do diabła?

Z nim?

I nagle przypominam sobie, co powiedział tamtego wieczoru.

Nie po to się powstrzymywałem, by zaraz potem wyśpiewać Biggsowi, że jego mała pani poleciała na mnie!

Mój umysł odmawia przyjęcia tego, odmawia przyjęcia logicznego wniosku. Psiakrew, to byłoby… chore?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *