Freak Nation (36)

36.

Słucham jakiejś dołującej piosenki, płynącej ze słuchawek mojego walkmana i gapię się na ekran laptopa.

Moje myśli nie należą do wesołych.

Tak jak podejrzewałam, Sam nie znalazł nic niezwykłego prócz faktu, że mój organizm niemal pozbył się blokerów – co sama widzę po moim samopoczuciu i sile. Chodzę podenerwowana, ale to nie ma nic wspólnego z lekkim „głodem”, który odczuwam.

To, o czym myślę – to mnie denerwuje i zawstydza. Jak mogłam być taką egoistką? Jak mogłam zapomnieć? Ja, która w wojnie przeciwko Maxowi wyciągnęłam tę sprawę na forum grupy?

Przecież to jest ważne.

W dodatku Kyle nawet o tym nie wspomniał. Ogarnia mnie przemożny wstyd. Jakim przyjacielem jestem? Nie dość, że uciekam cichaczem, bojąc się reakcji Marii, to jeszcze zapominam zapytać się, co ze ślubem szeryfa i jak Amy przyjęła „kosmiczne wieści”. Skoncentrowana na moich prywatnych problemach zapomniałam zupełnie o tej sprawie!

Mam ochotę zapaść się pod ziemię, ale to w niczym nie pomoże moim przyjaciołom. Muszę teraz naprawić to, co sknociłam. I nie ma znaczenia, jak głupio będę się przy tym czuła. Kyle, a nawet Michael, okazali mi dużo, dużo zaufania i przyjaźni. Nigdy im się za to nie odwdzięczę.

Z drugiej strony czuję przemożną chęć zwierzenia się ze wszystkiego Kyle’owi. On jest mimo wszystko facetem, rozumie sposób myślenia innych facetów i prawdopodobnie powiedziałby mi, co chodzi Alecowi po głowie… Tylko, że nie wykazałam się przyjaźnią do niego i czuję, że nie mam prawa obarczać go znowu swoimi problemami i troskami.

Na lody z Marią ochoty nie mam – skutecznie gasi ja myśl, że aby opowiedzieć jej o moich problemach, musiałaby zdradzić mój nie-człowieczy stan. Przeraża mnie to.

Isabel nie jest opcją, ani tym bardziej Tess. Obie związane do Maxa, obie nie wiedzące o moim pochodzeniu.

Michael… też nie bardzo. On również nie zna podstawowych faktów. Jak miałabym mu wyjaśnić moje zachowanie podczas rui, kiedy on nawet nie wie, że jestem genetycznie poprawionych żołnierzem? No i jego reakcja na podstawowe informacje mogłaby być naprawdę różna.

W Terminal City też dokładnie nie mam tabunów przyjaciółek. Ewentualnie Cece. Ale ona jest dziewczyną mojego brata i niestety zna doskonale zasadę, którą Biggs ustanowił między nami: żadnego Aleca. Jakiekolwiek podejrzenia z jej strony odnośnie ściślejszych relacji z zielonookim X5 równałoby się rozbiciu gniazda szerszeni.

Więc siedzę cicho i nie mam pojęcia, co mam myśleć.

~ * ~ * ~ * ~

Paradoksalnie, odpowiedź co do aktualnej sytuacji w Roswell, otrzymuję od samej Amy DeLuca.

Mój tata pracuje w Crashdown za ladą. Nancy oczywiście nie ma. Znowu gdzieś pognała w świat, ale przynajmniej teraz jesteśmy już pewni z Biggsem, że Familiars nie wiedzą o mnie. Nie figuruję nawet na żadnej liście super-skutecznej-agencji-do-łapania-freaks. I chociaż Nancy wciąż stanowi niebezpieczną zagadkę, to jednak oficjalne stanowisko Max i Biggsa to kredyt zaufania dla niej. Ech, co miłość robi z mutantami. Biggs i Max zaczynają mnie naprawdę przerażać. Czy ja też chodziłam z tą głupią, rozmarzoną miną cały dzień, kiedy kochałam Maxa?

Niedobrze mi się robi, kiedy o tym myślę. Czy byłam aż tak oczywista?

Laptop leży na półce pod ladą, wiec mam dość ograniczony widok na resztę Crashdown. Tata rozmawia z Amy, a ja przyglądam się zmartwiona jej dłoniom.

Ani śladu obrączki. Nawet pierścionka.

Za to strzępy rozmowy, która dociera do mnie, są wręcz sensacyjne. Maria uciekła z Michaelem do innego stanu!

Wiadomość wciska mnie w fotel. W jakim alternatywnym wszechświecie ja żyję? Gdzie zgubiłam wątek roswellowskiej opowieści o kosmitach?

„Cześć, Maleństwo!” przed ekranem nagle pojawia się machająca łapka Kyle’a, a zaraz za nią jej właściciel „Ale jazda, no nie?”

„Wygląda na to, że porwania to ulubiony sposób Michaela na poderwanie Marii!”

„Skuteczny!” szczerzy zęby „Są teraz u Laurie i używają życia.”

Jakoś termin „używają życia” nie pasuje mi do Michaela kamiennej ściany Guerina. Ale widząc, co miłość zrobiła z moim bratem czy samą wiecznie groźną Max G., muszę przyjąć słowa Kyle’a na wiarę.

„A ciebie nie porwał żaden poprawiony?”

Wzruszam ramionami. Kyle bierze laptop i „idziemy” do mieszkania nad Crashdown. Tak jest bezpieczniej.

„Jestem dość zajęta, Kyle.”

„Hę?”

„Trenuję.” wyjaśniam z krzywą miną „Biggs chce, bym ściągała serie X z ulic miasta, ale przy obecnych nastrojach boją się wypuszczać kogokolwiek, kto nie potrafiłby dać sobie rady w pojedynkę z bandą White’a. Więc tym bardziej naciskają na moje szkolenie.”

„Nie lubię myśli o tobie pośród tłumu rządnych krwi ludzi. Oboje dobrze wiemy, jak ludzie reagują na wszelką odmienność. A już zwłaszcza ty doświadczyłaś tego na własnej skórze, Liz. Widzę po twoich oczach – koszmary po białym pokoju nie ustały, prawda?”

Kiwam głową. Moje gardło jest zbyt ściśnięte. Tak bardzo chciałabym powiedzieć o wszystkim Kyle’owi, ale on ma dość własnych kłopotów. Poza tym martwiłby się o mnie, a nie mam zamiaru dokładać mu ciężaru.

„Pogadajmy o czymś zabawniejszym, dobrze? Jak ci się układa z Tess?”

Uśmiecha się bardzo szeroko.

„Powoli ją reformuję. Na razie nauczyła się pić piwo i nie sprzątać maniakalnie po nas.”

Jęczę w duchu. Biedna Tess. Wpadła w szpony niezłomnego klanu Valentich. Tylko czekać, kiedy zacznie oglądać z nimi mecze koszykówki czy piłki nożnej. Bo mi się zdarza przysiąść do Biggsa. Z własnej woli, na dodatek.

„Ale chyba to układ wzajemny, a nie jednostronny?” pytam wyzywająco. Kyle wygląda na jeszcze bardziej zadowolonego z siebie.

„Robi w zamian dla mnie małe obce sztuczki…”

Przez kwadrans trzęsę się ze śmiechu, słuchając opowieści Kyle’a. Przez jeden kwadrans wspomnienie bolesnego ataku padaczki odpływa gdzieś na bok, a mój uśmiech jest szczery. Kończę wkrótce rozmowę, świadoma, że jakkolwiek mogę uciekać i chować się od kłopotów, one i tak mnie dopadną, znajdą, w którąkolwiek stronę się obrócę.

Myśl o ataku epilepsji, połączonym z koszmarem na jawie, nie daje mi spokoju, oddala sen. Znów leżę na łóżku, nie mogąc zasnąć. Patrzę się na swoje dłonie, myśląc, co teraz reprezentują.

X5 – 594.

Setka dalej niż Alec, X5 – 494 i zaledwie jeden numer niż Biggs, X5 – 593.

Maszyna wojenna w małej, niepozornej osobie – to, czym jestem. Gdziekolwiek się teraz nie obrócę, będę miała w sobie piętno Terminal City. Każdy mój ruch jest obliczony już na obserwację innych, gotowy na przyjęcie ataku, czy jestem tego świadoma, czy nie. Jestem. Teraz już tak. Widzę, co robi Cody. Widzę, czego mnie uczy, na co zwraca uwagę. Staję się coraz bardziej podobna do Biggsa.

Czy byłabym w stanie stanąć naprzeciwko człowieka i wycelował prosto w jego głowę?

Diabelnie, zrobiłabym dużo więcej, gdyby Biggs był zagrożony. Ale inni? Czy na nich zależy mi równie mocno, by zrobić wszystko, co konieczne dla ich bezpieczeństwa?

I couldn’t tell you why she felt that way

she felt it everyday

And I couldn’t help her

I just watched her make the same mistakes again

Czy byłabym w stanie pogodzić się z myślą, że jakiś fragmencik tego „łaskoczącego” uczucia w mojej głowie nagle zniknie i nie pojawi się już więcej? Jest tego dużo, wiele, setki perfekcyjnych, absolutnie nie do pomylenia identyfikatorów. Jakby mój mózg szukał czegoś wokół. A kiedy znajduje, uczucie niebezpieczeństwa zmienia swój charakter.

What’s wrong, what’s wrong now?

Too many too many problems

Don’t know where she belongs

Where she belongs

Zamykam oczy. Mogę się do tego nie przyznawać głośno, ale czuję się winna temu, że ja bezpiecznie przebywam w Terminal City, a inni narażają codziennie życie, przebywając poza jego murami.

Jakby tutaj było bezpiecznie!

Co najmniej nie zaatakują bez uprzedzenia. Tak myślę.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *