Freak Nation (32)

32.

Nie mija nawet pół minuty, kiedy głowa Michaela ukazuje się w ekranie komputera. Jego fryzura jest jeszcze gorsza niż była przed moim wyjazdem z Roswell. Zdecydowanie, ktoś powinien uświadomić go, że takich fryzur się nie nosi. Nawet kosmici się tak nie czeszą. Mógłby przestać ulizywać włosy i zamiast tego opuścić je swobodnie… hm. Ciekawa myśl.

„Wyrosły mi antenki?”

„Co?”

„Przyglądasz mi się dziwnie.”

„Cześć, Michael.” kąciki moich ust unoszą się ironicznie. Michael zawsze pozostanie Michaelem. Towarzyska rozmowa to dla niego obce pojecie. „Dzięki za uspokojenie sytuacji wczoraj.”

Drapie się po głowie. Widzę, jak ta sztywna nażelowana skorupa, powszechnie znana jako jego włosy, przesuwa się z każdym ruchem jego palców.

„Nie masz za co. Wcale to nie pomogło. Wręcz przeciwnie. Max jest podejrzliwy. Wie, że coś ukrywam.”

„Co wie?”

„Niewiele. Same domysły. Jeśli odkrył coś ciekawego, to się ze mną nie podzielił. Spytać Is?”

Kiwam głową.

„Przydałoby się. Ona wciąż ma na niego wpływ, poza tym zdaje sobie sprawę, że postawiłam krzyżyk na Maxie.”

„On tego wciąż nie rozumie, Liz. Twoje zniknięcie tylko pogorszyło, zamiast polepszyć sprawy.”

„Wiem.” mówię miękko „Ale nie miałam wyboru.”

„Z powodu… tego, co się dowiedziałaś?”

„Mój wyjazd nie miał nic wspólnego z Maxem. Bez względu na wszystko, obojętnie co przeczytałeś, i tak bym wyjechała.”

Michael patrzy się na mnie uważnie, przez chwilę analizując różne myśli. Mam tylko nadzieję, że nie domyślił się zbyt dużo.

„Te kłopoty rodzinne… to coś naprawdę dużego, prawda?”

Rozglądam się po centrali. Michael jej nie widzi, nie widzi innych mutantów, ponieważ kamera została ustawiona w takim miejscu, by nie było to możliwe. Ale ja oczywiście wszystko widzę. Widzę, jak Alec i Cody wchodzą właśnie do środka, taszcząc jakąś starą lodówkę. Pewnie dla tego gościa z Dywizji Arktycznej, którego odbito sprzed nosa White’a.

Coś naprawdę dużego.

Przytakuję jego retorycznemu pytaniu.

„Można tak to nazwać.”

„Przepraszam.” Michael mówi nagle, zbijając mnie z tropu.

„Za co?”

„Że nie ma tam, by był przy tobie… że w tych kłopotach jesteś sama.”

Zapiera mi dech w piersiach. Michael wygląda na naprawdę zmartwionego. Zmartwionego, ponieważ jego rodzaj, jego rasa sprawiła, że moja osobista przyszłość legła w gruzach. Nigdy nie spodziewałam się tego. Może coś w stylu „dzięki za poświęcenie”… ale z całą pewnością nie przypuszczałam, że ktokolwiek będzie przepraszał mnie za cały ból i zawód, jaki spotkał mnie ze strony Maxa.

„Nie sądzę, że mu powiedziałam… wtedy.” mówię po minucie „Ale dzięki za chęci. To miłe, że nie uważasz mnie za świętą męczennicę. Blue Lady mi świadkiem, że nią nie jestem.”

Wzrusza ramionami, ale moje słowa wystarczyły, by stał się podejrzliwy.

„Dlaczego uważasz, że w… tamtej wersji nic mu nie powiedziałaś?”

Patrzę się gdzieś w bok.

„Mam dwie teorie właściwie. Jedna, w której mówię mu… a on tego nie akceptuje i w efekcie czego decydujemy się wszyscy na opuszczenie Roswell… co oczywiście, jak wiesz, nie nastąpiło. Uciekliśmy w wieku 19 lat, nieprawdaż?” pytam z goryczą „Cholera, nie cierpię tego. Nikt nie powinien znać swojej przyszłości.”

„A druga opcja?”

„Hm… tak się chyba działo. Nie powiedziałam mu tego… chyba nikomu nie powiedziałam. Nie zaakceptowałby tego… ma ten cały idealny obraz mnie w swojej głowie, który tylko nie jest moim prawdziwym obrazem… postawił mnie na tym głupim piedestale i nie przyjmuje do wiadomości niczego, co nie pasuje do tego schematu.”

„Nikt nie jest idealny.”

„Co ty powiesz?” warczę „Każda z tych opcji jest gorsza od drugiej. W każdej z nich wychodzi na to, że zostałam z tym sama. Albo musiałam coś ukrywać, ponieważ ktoś teoretycznie mi najbliższy nie akceptował mnie taką jaką jestem, albo ten sam ktoś olał to wszystko i wdeptał mnie w błoto z tego samego powodu. Nie, że to stanowi dla mnie jakiś problem. Cieszę się z tego. Cieszę się z mojej nowej tożsamości, nowych przyjaciół, mojej rodziny, mojego domu. Wkurza mnie tylko, że to ja musiałam się zmienić, dorosnąć… naprawdę chciałabym mieć jeszcze tych kilka lat, ba, kilka miesięcy błogiej nieświadomości. I w cholerę, dlaczego ja mam być winna temu wszystkiemu? To on zawinił, to przez niego Tess odeszła, naruszając tym samym potęgę jedności Czwórki. Ale nie, oczywiście, musiał przyjść do mnie i mnie obarczyć tym ciężarem… nigdy nie potrafił niczego udźwignąć sam. Dlaczego nie podzielić się tym z Liz, pokrewną duszą? To anioł, który zniesie wszystko!” kończę zgryźliwie, doskonale wiedząc, że nie powinnam wyładowywać tego na nim. Ale nie mogłam się powstrzymać. Obojętnie jak mocno próbowałabym zaprzeczać, to wciąż boli, wciąż wzbudza wiele goryczy i smutku. Miłość do Maxa rozwiała się jak sen. Szkoda tylko, że koszmar, który jest jej wynikiem, nie chce odejść równie szybko.

„Ty naprawdę go już nie kochasz.” Michael jest spokojny przez chwilę w swoim zdumieniu „Jak to się stało? Jak do tego doszło?” pyta się bardziej siebie niż mnie.

„Problem w tym…” pochylam się w stronę ekranu „Że jesteś taka śliczna i niewinna.”

Wstaję z fotela. Delikatnie pstrykam w nos Aleca, który właśnie opiera się o barierkę i mówi rozbawionym tonem, jednocześnie wskazując na nowego z Dywizji Arktycznej i Mole’a.

„Mamy tu znów mały zakład, kto dłużej wytrzyma. Wchodzisz?”

W jego oczach widzę, że usłyszał moje ostatnie zdanie. Waham się. Alec przeskakuje metalową barierkę i bezczelnie siada sobie obok mnie, pozostając poza zasięgiem kamery. Wyraz jego twarzy przeraża mnie. To jest dokładnie anty-Alec. Poważny, ze zmartwieniem w oczach… i coś na kształt przeprosin.

Michael oczyszcza gardło, usiłując ściągnąć moją uwagę z powrotem. Ale ja tylko wpatruję się w zielone oczy Aleca. Tonę w nich. I nagle, on pochyla się, ściąga moje słuchawki i szepcze miękko do ucha.

„Nie chciałem, żebyś to usłyszała. Ale nic nie poradzę na to, co czuję.”

~ * ~* ~ * ~

Siedzę zdumiała dobre pięć minut, zanim ekran komputera ponownie ściągnął moją uwagę.

To chyba mi się śniło, nieprawdaż?

„Niezły przystojniak. Twój?”

Wzdrygam się na pytanie Michaela. Rzeczywiście, rozmowy towarzyskie to nie jest jego mocna strona.

„Nie sądzę, by była ci do szczęścia potrzebna moja odpowiedź!” odgryzam się.

„Mnie nie, ale Marii tak. Jak to było? Zaciągnę tego tchórza na bardzo duże lody, kiedy wróci do domu…

Kończę niedługo potem. Nie mam zamiaru wyjaśniać, że nie wrócę. Może kiedyś znaczenie tego, co dzisiaj powiedziałam, dotrze do Michaela. Tutaj znalazłam dom.

Ale to słowa Michaela Marii dają mi do myślenia. Czy naprawdę w oczach innych jestem takim tchórzem?

Proste pytanie – prosta odpowiedź

Odchodząc bez słowa wyjaśnienia, zupełnie niespodziewanie, nie dałam Marii żadnych szans. Jej poglądy na sprawę mutantów nie mogą być moim usprawiedliwieniem. Kosmitów także kiedyś uważała za zło i wrogów, a jednak zaakceptowała ich – zupełnie obcą trójkę. Prawdopodobnie sytuacja wyglądałaby lepiej w moim przypadku… Prze lata byłyśmy przyjaciółkami. Nie uważałaby mnie za mordercę bez duszy i sumienia.

Ale z drugiej strony, kiedy moje strachy i obawy wychodzą na powierzchnię, działam zupełnie irracjonalnie odcinając się od wszystkich, raniąc, by samej nie zostać zranioną. Mam nadzieje, że ten mechanizm obronny nie zaprowadzi mnie do piekła… lecz chyba próżne me nadzieje. W obawie, by nikt mnie nie zranił jak Max, sama ranię innych, w taki czy inny sposób. To jest jak kolejna bomba zegarowa. I tylko czekam ze wstrzymanym oddechem, kiedy licznik dobije do zera.

~ * ~* ~ * ~

Tik tak tik tak tik tak.

Tik tak tik tak tik tak.

Niczym bomba zegarowa grzejnik Mole’a tyka co jakiś czas. Metalowe pręty nagrzewają się, wydając podejrzane dźwięki.

Przerażają mnie one.

Dziwnie się czuję. Wszystko mnie drażni. Sama przypominam bombę zegarową… albo nawet bombę bez zapalnika czasowego. Cała moja frustracja kotłuje się pod powierzchnią, czekając na sposobność wybuchu.

Jak ktoś, kto jeszcze kilkanaście godzin temu był szczęśliwy, mógł nagle zmienić się w takiego frustrata? Huśtawka emocji przyprawia mnie o mdłości. Mam ochotę w coś walnąć.

Co też czynię. W końcu od czegoś jest ta nauka, prawda? Przy okazji mogę wyładować trochę negatywnych emocji.

Cody patrzy na mnie z uśmieszkiem na ustach. Zdecydowanie zbyt dużo czasu spędza z Aleciem.

„Maleństwo się zdenerwowało?”

„Zamknij się.” Cody dostaje prosto w szczękę. Otrząsa się. Zamiast niewinnego uśmieszku widzę zadowolenie na jego twarzy. Co jest dzisiaj z tymi ludźmi? Czy wszyscy oszaleli i zaczęli zachowywać się jak własne przeciwieństwa? Może to jakaś publiczna zmowa, tajemnica, o której ja nic nie wiem?

„Agresja bierze się z nierozładowanej frustracji…” krążymy naprzeciwko siebie jak dwa sępy czające się do skoku „Najwidoczniej Maleństwo nie ma nikogo, by rozładować nadmiar energii i napięcia.”

W porządku, facet. Doigrałeś się.

Zamykam oczy. Jakimś cudem słynny wzrok X5 jest u mnie beznadziejny i zazwyczaj nie nadążam za ich przyśpieszonymi ruchami. Ale kiedy tylko wyłączam wzrok, moje dziwaczne wyczucie niebezpieczeństwa uaktywnia się ze zdwojoną siłą. Czymkolwiek to jest, muszę podziękować Sandmanowi. Moje odczucia nie mają najmniejszego problemu z nadążeniem lokalizowania najszybszych X5. Może ja sama tak szybka nie jestem, jak wytrenowany przez lata super żołnierz Manticore, ale swoje się już nauczyłam.

Uchylam się od ciosu i blokuję jednoczesne kopnięcie. Chwytam Cody’ego za kostkę i przekręcam, zmuszając całe jego ciało do tego samego ruchu i w efekcie opadnięcia na matę.

„Nieźle… ale wciąż nie dorastasz X5 do pięt.” wykonuje szybki zwrot i teraz ja ląduję na macie „Dlaczego twoje każde lepsze walki odbywasz z zamkniętymi oczami?”

Wzruszam ramionami.

„Nie widzę w ciemności i nie nadążam za twoimi ruchami. Więc używam tego, co jako pierwsze pojawiło się w kontaktach z X5.”

„Wiać gdzie pieprz rośnie?” podnosi brew niedowierzaniu.

Zdecydowanie za dużo czasu z Aleciem, stwierdzam.

„Wyczuwam każdego mutanta w pobliżu. Potrafię już rozróżnić nie tylko całe serie, ale i osoby, które znam. To jest coś jak unikalny podpis. Dla przykładu, najsilniej i najszybciej wyczuwam X5, z X7 mam trochę kłopotów z odróżnianiem dzieciaków, ale przy X6 nie mam tego problemu. To zapewne ma coś wspólnego z istnieniem ich wspólnej świadomości, jak ul. Na dzień dzisiejszy rozróżniam każdego mutanta w TC, który mieszka tutaj co najmniej dwa tygodnie.”

Cody patrzy się na mnie przez długą chwilę.

„Umiesz rozróżniać ludzi od mutantów? Tak od razu?”

Siada na macie naprzeciwko i czeka na moją odpowiedź.

„Nie wszystkich… ale serie X, zawsze. Tak właśnie spotkałam Aleca. Siedział w Crashdown. Wiedziałam, że jest różny, podobny do Max, którą spotkałam rano. Nigdy czegoś takiego nie czułam. To jest jak dziwaczne splątanie braku strachu i samego ostrzeżenia, by trzymać się na baczności, bo to naprawdę niebezpieczna istota, obojętnie jak niewinnie wygląda.”

Uśmiecham się na wspomnienie pierwszego spotkania z Max. Było dokładnie tak samo.

„Więc podeszłam, chociaż doskonale wiedziałam, że Nancy wścieknie się na potęgę… No cóż, Alec przyjął, że wiem, kim jestem i wiem, kim jest on. Następnego poranka oczywiście wszystko się wyjaśniło, ale nie przeczę, że było… zabawnie. Później nie zawsze wyczuwałam obecność innych X5, ale po jakimś tygodniu, dwóch od przyjazdu tutaj to coś towarzyszy mi stale. Nie umiem tego wyłączyć, a czasem by się przydało.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *