Freak Nation (3)

3.

To jest bardzo dziwne obserwować swoich rodziców, wyczekiwać na każdy ich ruch i spojrzenie. Od wizyty tajemniczej Max G. minęło zaledwie kilka godzin, ale ja czuję, jakby czas sobie ze mnie zadrwił. W jednej chwili Madam Vivien mówi mi, że będę miała wszystko, a w następnej osoba, która miała mi to ofiarować, sama rezygnuje.

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Problemy z Maxem, Skórami i resztą kosmicznej otchłani, po prostu jakby cofnęły się na inny plan. Zupełnie jakbym ja – zakochana w Maxie i ja – córka Nancy Parker to były dwie różne osoby. Czuję się, jakby przechodziła rozdwojenie jaźni. Dawna Liz, członek klubu ZK, wciąż cierpi, zadręczą się z  powodu Maxa i nowa Liz, która desperacko usiłuje poskładać rozbite kawałki czegoś, co niegdyś wydawało się być obrazem rodziny Parker. Co najgorsze, nie mam pojęcia, jak to zrobić… nie wiem nawet, czy warto.

Nie mam ochoty nawet pisać w moim dzienniku. Nie potrafię przelać moich myśli na papier. To jest takie dziwne. Wszystko zostaje we mnie, nie ma ujścia, wciąż dusi i dręczy. Wręcz nie pozwala swobodnie oddychać. Boję się, że ciśnienie rozsadzi mnie od środka i nic już nie zostanie.

Ten pokój, ten balkon, zwłaszcza balkon, wydaje mi się klatką, z której nigdy już nie zdołam się wyrwać. Po głowie tłucze mi się zdanie: Może lepiej byłoby, gdybyś była z człowiekiem? Zupełnie jakby nienormalność była czymś złym. Teraz sądzę, że normalność to coś niedobrego. Bo dzisiaj normalność oznacza, że moi rodzice są w stanie wojny. Przeszłość mamy powraca, by ją dręczyć. Tata – mój ideał mężczyzny, zawsze wierny mamie i wciąż tak samo w niej zakochany mimo prozy życia – nie potrafi jej pomóc. Patrzenie na jego bezradność boli chyba jeszcze bardziej niż płacz mamy, który jeszcze niedawno docierał do mnie zza ściany.

Teraz panuje cisza. I nie wiem, czego bać się bardziej: łez czy milczenia. Ale chyba za chwilę będę wiedziała, mój dylemat się rozwiąże. Słyszę skrzypniecie drzwi, potem kroki. To tata. Coś pomiędzy ulgą a rozczarowaniem tłucze się po moich myślach. Tata przystaje nad moim łóżkiem. Mimo to nie otwieram oczu, póki nie słyszę swojego imienia. Po co ma widzieć zapłakane spojrzenie? Nie chcę dodawać mu ciężaru.

„Liz!” mówi ponownie, siadając na brzegu łóżka. Wciąż gapię się w sufit. Mojej uwadze nie umyka, że zamknął drzwi. Zawsze tak robił, kiedy chciał porozmawiać.

Moje usta drżą. Nie, nie będę znowu płakać. Nie chcę popełnić morderstwa na moim tacie przez utopienie. Zamknęliby mnie szybciej niż obeschłyby moje policzki.

„Wszystko się wali…” mruczę. Jakimś cudem mój głos jest spokojny i cichy. Nie słychać w nim przelanych niedawno łez, jedynie drobna aluzja smutku. Zbieram się w sobie i nawet tego już nie ma w moim głosie. Jestem w końcu dzieckiem mojego taty, nieprawdaż? „Dlaczego?” pytam i sama wiem, jak bezsensownie brzmi moje pytanie. Jakby istniała na nie odpowiedź.

„Nie mówisz o mamie, prawda?” pyta. Kolejne retoryczne sformułowanie. Tata zawsze potrafił przejrzeć moje małe kłamstwa, małe oszustwa, znaleźć to, o co mu chodziło… Bóg jeden wie, ile razy wiedział, jak z powodu Maxa czy kłopotów z obcymi, późno wracam… i nic nie mówił. Nie wiem, czy to rodzicielskie zaufanie czy coś innego. Ale czuję w tym momencie ogromną potrzebę wtulenia się w jego ramiona i wypłakania żalu… a konsekwencjami zajmę się później, dobrze?

Więc to robię. Ale nie wszystko idzie tak, jakbym chciała. Z moich oczu nie płyną już łzy. Jakoś tata sprawił, że przestały. Czuję się ciepło, bezpiecznie. Jak w kokonie rodzicielskiej miłości. Hm, niezłe określenie.

Tata patrzy się prosto w moje oczy. Już się nie boję ich pokazać. On przecież i tak wie, co jest za nimi ukryte. Dzień, w którym uda mi się oszukać tatę, będzie chyba dniem Powtórnego Przyjścia. Co nie znaczy jednak, że czasem nie udajemy, iż moje małe oszustwa są prawdą. Różnica polega na tym, że tata wie, że ja to wiem.

Hm, moje myśli plączą się. Zły znak. Potrzebuję zachować przytomność umysłu. Cokolwiek tata teraz powie, będzie płynęło zapewne prosto z serca. Może nawet zacytuje jakiegoś nieboszczyka.

Lecz dzień cudów i katastrof jeszcze się nie skończył i tata zaskakuje mnie zupełnie. Właściwie to przypiera mnie do ślepego muru i przystawia pistolet do głowy. W przenośni, oczywiście.

„Słyszałem ciebie i Kyle’a wczoraj wieczorem. Udawałaś, że się kochaliście.” jego słowa spadają niczym… nie mam porównania. Mój umysł na chwilę otumania mgła zdumienia i szoku. Wciąż nie mogę się z niej wydostać, kiedy tata kontynuuje spokojnie. W jego głosie nie ma aluzji złości, gniewu czy rozgoryczenia. „Dlaczego po prostu moja mała dziewczynka nie przyszła do mnie? Wyjąłbym z szafy dubeltówkę babcie Claudii i pogonił Maxa Evansa.”

Wbrew sobie śmieję się przez chwilę. Widok tej sceny w mojej wyobraźni jest niemal… miły. I zarazem boleśniejszy niż ostatni taniec z Maxem. Dlaczego ci, których kocham tak łatwo zwracają się przeciwko sobie?

Po chwili moją twarz ściąga z powrotem powaga. Jakkolwiek wierzę w mojego tatę, to nie sądzę, by jego groźba poskutkowała na dłużej niż jeden wieczór. Max jest uparty. Zawsze był. Zaprzeczenie to jego dewiza. Chcąc mnie odzyskać, położył na szali dobro całej planety i tych wszystkich, którzy wierząc w niego przysłali go tutaj z siostrą, najlepszym żołnierzem… i młodą żoną. Żoną, która wciąż go kocha. I co ja robię w tej historii? Gram rolę tej trzeciej, chociaż moje serce mówi mi coś innego… Do niedawna tak samo mówiło także serce Maxa.

„Zawsze byłaś uparta i brałaś na siebie odpowiedzialność. Bardziej niż jakiekolwiek inne znane mi dziecko. Przywiązywałaś się desperacko do swoich najbliższych i obwiniałaś o wszelkie niepowodzenia, jakie ich spotykały. Mówiąc o przywiązaniu…” czuję jak wzrok taty na moment łagodnieje „… zawsze mnie dziwiło, jak szybko zakochałaś się w Maxie, nawet będąc jeszcze z Kyle’m.”

Wielka gula rośnie w moim gardle. O niebiosa, tylko nie to. Nie mogę teraz skłamać tacie… błagam, tylko nie to. Kłamstwo teraz… to może na długo utworzyć miedzy nami przepaść. A ja naprawdę nie chcę stracić taty, jego zaufania i troski. Nie teraz, kiedy tak bardzo go potrzebuję.

„Ale nie pytałem. Wiesz, dlaczego?”

Kręcę przecząco głową.

„Wierzyłem, że decydujesz sercem. Moja mama mówiła, że zawsze należy kierować się sercem i czasem nasze wybory bywają trudne. Nie znaczy to oczywiście, że są niewłaściwe. Bywają bolesne, druzgocące… ciężkie do przełknięcia, czasem nawet fatalne w skutkach. Dlatego wczoraj wieczorem wyszłaś na miasto. Sama, w środku nocy.”

Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Słowa… nie umiem w słowa ubrać tego, co teraz czuję. Jak to się stało, że tata tak zna moje serce?

„Odtrąciłaś Maxa. Nie pytam, dlaczego. Jeśli twoje serce tak mówi… to mogę jedynie stanąć za tobą i cię poprzeć. Pytam jednak o coś innego, Liz.”

Coś w jego głosie alarmuje mnie. Chowam głowę więc ponownie w jego pierś. Jakaś część mnie nie chce słyszeć tego, co zaraz wypowie. Inna część pragnie mieć wszystko za sobą. Trudne do pogodzenia, nieprawdaż?

„Dlaczego zaryzykowałaś wszystko? Nie sądzisz chyba, że to utrzyma się w tajemnicy? Zaryzykowałaś swoją opinię i tym samym całą swoją przyszłość tutaj, w Roswell.”

„I tak przecież pójdę na Harvard.” mamroczę w koszulę taty. Czuję, że się uśmiechnął.

„Inteligentna odpowiedź.” w ustach taty to coś więcej niż aprobata dla bystrości umysłu. To brzmi prawie jak komplement. „Dlaczego więc moja mała dziewczynka nie była w stanie poradzić sobie z tym? Jesteś mądra, Liz. Naprawdę, i nie mam tutaj na myśli twoich stopni. Więc jak to się stało? Nie zdołałaś zniechęcić go inaczej? I dlaczego nie przyszłaś do mnie z tym, Lizzie?”  moje serce kruszy się w drobny mak, kiedy słyszę to ostatnie zdanie. To nie brzmi jak rozczarowanie. To brzmi jak ból.

Jakkolwiek wiem, że to, co teraz powiem, naruszy Wielką Tajemnicę, to nie odczuwam wyrzutów sumienia. Podeptałam serce Maxa, cisnęłam w błoto jego uczucia. Powiedzenie prawdy mojemu tacie nie może bardziej skrzywdzić Maxa niż moja zdrada. Łzy płyną po mojej twarzy, kiedy w końcu zaczynam mówić.

„On… on tylko nie słuchał. Próbowałam, naprawdę próbowałam pchnąć go daleko ode mnie. Nie było mnie przy nim, kiedy potrzebował mojego wsparcia. Odrzucałam wszelkie próby kontaktu, wyjechałam na drugi koniec kraju… ale nie przestał mnie kochać. Nie chciał przestać. Po powrocie… wydarzyło się kilka rzeczy. Znowu byłam częścią grupy, znowu pomagałam. Max myślał, że to wszystko dla niego. I w jakimś sensie miał rację. Chciałam pomóc zarówno Maxowi, jak i Michaelowi. Michael… był naprawdę dobrym przyjacielem. Ale tak naprawdę wszystko w grupie rozbija się o mnie i Maxa. Chciałam go odepchnąć. Próbowałam… różne sposoby. Ale to tylko sprawiało, że on starał się jeszcze bardziej za każdym kolejnym razem. Aż wreszcie… ja naprawdę próbowałam, tato… on tylko…” załamuję się. Mój głos cichnie. Łzy przestały płynąć, zastąpione przez jakiś zadziwiający rodzaj pustki, rany, której nigdy wcześniej nikt nie widział we mnie. Ale chcę zamknąć to w sobie ponownie… tylko na te chwilę pozwalam, by ktoś to zobaczył. Potem zamknę szczelnie. Nie chcę pamiętać pocałunku Maxa na deszczu z Tess. Nie chcę pamiętać, że kiedy namówił mnie na koncert Gomeza, w błyskach pocałunku widziała go kochającego się z Tess… i chociaż wiedziałam też natychmiast, że to tylko był sen, fantazje zesłane kiedyś… to bolało tak, jakby naprawdę do tego doszło. Teraz zaś, po ostatnich wydarzeniach, pewnego dnia dojdzie na pewno. Max już należał do Tess. Ja mogłam tylko pożyczyć go na krótką chwilę.

„On tylko… nie chciał tego przyjąć. Nie rozumiał, że nie chcę, by mnie kochał. Że ja nie chcę kochać jego. Nie przyjmował tego… więc to zrobiłam.”

~ * ~* ~ * ~

Myślałam, że dziwnie jest obserwować, jak wali się w gruzy życie moich rodziców, podczas gdy moje życie prywatne już leży w ruinach. Tak było do niedawna. Było.

Karuzela losu znowu wprawiła w ruch swoje trybiki. Tak więc siedzę sobie w loży Crashdown z Kyle’m, podczas gdy moi rodzice wyszli godzinę temu. Nie mam pojęcia, dokąd. Po prostu wyszli z domu. Razem, na szczęście. Lub też nie. Może nie chcieli, bym słyszała znowu ich kłótnię?

Dobrze wiedzą, że tego nienawidzę.

I tak teraz siedzę jak na szpilkach naprzeciwko Kyle’a, który usiłuje mnie rozbawić. To naprawdę syzyfowa praca. Ale muszę przyznać, że Kyle ma świetny zmysł humoru. Być może nieco chory, czasem zbyt podszyty nadmiarem testosteronu… Gdybym nie była tak zmartwiona moimi rodzicami, płakałabym ze śmiechu. Sądzę, że Kyle mija się z powołaniem, chcąc zostać futbolistą.

Drzwi kawiarni otwierają się i wchodzi Courtney. Marszczę brwi. To nie jest jej zmiana. Plus, Michael jest w kuchni, a Maria… cóż, w pełnym trybie huragan DeLuca – omijać z daleka. Na jej miejscu, ostatnią rzeczą na liście do zrobienia byłoby wpakować się w ten konflikt.

Patrzę z niedowierzaniem,. Jak Courtney podchodzi do kontuaru i mówi nieśmiało „Część!”. Nie wiem, dlaczego Michael nagle wygląda jakby dostał zawału. Ta dziewczyna kokietowała go przez tygodnie, dopiero co udało się jej wtargnąć do jego łazienki, a on jest w szoku? Hm, pomyślmy. To chyba żarty Kyle’a mnie tak nastrajają.

„Oni to nic!” mówi nagle z dziwnym wyrazem twarzy. Pochyla się nad stołem w moim kierunku, więc pochylam się i ja. Mogę się spodziewać, że za chwilę coś wyjdzie na powierzchnię. I nie zawodzę się w swoich oczekiwaniach. Co najmniej są to dobre wieści. Tak myślę. Chyba.

„Tata powiedział mi wczoraj wieczorem, po tym jak przyłapałem ich w kuchni…” na moment wyraz twarzy Kyle’a przybiera chmurny wyraz. Następne słowa jednak przynoszą pełne rozpogodzenie. „… że chcą się pobrać z Amy.”

Gapię się na niego przez dobrą minutę. Nawet zaczyna się wiercić niespokojnie. Najwyraźniej moje osłupiałe i niedowierzające spojrzenie nie jest tak miłe, jak dotychczas myślałam. Ale może to efekt dzisiejszych wydarzeń. Kto to wie?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *