Freak Nation (28)

28.

Nieco później, a właściwie godzinę i kilka minut później, ja, Max, Sam i Logan siedzimy w czymś, co wygląda jak pokój konferencyjny. Na moje nieszczęście, jest to część naszego szpitala. Ściany są białe, podłoga wyłożona zieloną terakotą, stół stalowy, podobnie jak krzesła. Nie muszę chyba mówić, że nie czuję się tutaj zbyt dobrze. Właściwie to walczę z chęcią zerwania się i zwiania jak najdalej stąd. Dawna Liz może by to zrobiła. Ale ja nie jestem już Liz. Jestem X5 – 594, zwaną powszechnie Maleństwem. Nawet mój brat tak mnie nazywa. Więc siedzę na krześle i udaję, że moje wnętrzności nie skręcają się z mimowolnego strachu.

Doktorek wykonał gruntowną pracę, muszę mu to przyznać. Liczba testów, porównań i opracowań jest oszałamiająca. Chyba pracował nad tym od czwartku non stop. Nie wygląda jednak na zmęczonego, a raczej podekscytowanego. Mną, czy też moim układem odpornościowym. Znowu czuję się jak królik doświadczalny, co tylko wywołuje kolejne skręty mojego żołądka.

„Zbadałem najpierw prędkość chomotaksji, i zgodnie z oczekiwaniami, proces ten przebiega nieprawdopodobnie szybko, nawet z…”

„???” to jest reakcja Max i Logana.

„Dzięki chomotaksji leukocyty są przyciągane do miejsca inwazji.” odpowiadam.

Teraz z kolei wszyscy patrzą się na mnie i czuję się jak pod obstrzałem.

„Co? Uczą tego na biologii!”

Max potrząsa głową. Chyba nie mają tu zbyt wielkiego pojęcia o czymś takim jak szkoła. Co najwyżej Logan, ale on raczej chodził do prywatnej szkoły.

„Można wyprodukować przeciwciała?” pytam się w końcu. Sam potrząsa głową.

„To nie będzie potrzebne. Twoja odporność jest tak wysoka z powodu pewnej szczególnej cechy leukocytów odpowiedzialnych za pamiętanie wrogów. Normalnie jest tak: chorujesz, organizm zwalcza chorobę, a pewien rodzaj leukocytów zapamiętuje komórki bakterii/wirusów jako wrogie w jaki sposób się przed nimi bronić. Dlatego na pewne choroby zapadamy tylko raz, np. na ospę. Dzięki genetyce układ odpornościowy mutantów rozpoznaje większość znanych nam chorób, rozpoznaje cząsteczki jako wrogie. U ciebie…” Sam wyciąga z teczki duże, kolorowe zdjęcia. Jak dla mnie, to wygląda raczej jak rekwizyty z jakiegoś filmu scence-fiction. „Wygląda to inaczej, wręcz na odwrót. Twoje leukocyty uczą się, których cząsteczek we krwi nie traktować jak wrogów. Innymi słowy zwalczaja wszystko, co dostanie się do krwiobiegu, od pyłków kwiatowych, po najbardziej kestremalne wirusy broni biologicznej. Poza organizmem układ odpornościowy działa jeszcze przez wiele godzin.”

„Ale to się nie zgadza!” marszczę brwi „Aby zachorować, nie trzeba być zranionym. Wystarczy nawet droga kropelkowa, czyli powietrze, którym oddychamy, albo zwyczajny dotyk dłoni!” protestuję.

Sam pochyla się nad stołem.

„Problem polega na tym, że krew to ostatni przystanek. Komórki odpornościowe rządzą całym organizmem i jego procesami chemicznymi. W płucach nic nie przejdzie prócz tego, co zawiera zwykle nasza atmosfera. Gdybyś paliła, substancje smoliste byłyby wydalane z organizmu razem z dwutlenkiem węgla – organizm nie przyjąłby cząsteczek. Skóra, główna bariera przeciwko chorobom, przepuszcza niektóre mikro- i makroelementy, ale nie wszystkie, trochę promieni słonecznych, ale nigdy nie dostaniesz poparzenia słonecznego. Przy czym ma jedną wadę – jest zaskakująco wrażliwa na wodę. Przyjmie wiele, jeśli jest to rozpuszczone w wodzie. Dlatego te blokery przenikały do twojego krwiobiegu – były rozpuszczone w wodzie. Z początku organizm musiał ze zwalczać, ale z biegiem czasie się przyzwyczaił, wręcz uzależnił od nich. Stąd senność po odstawieniu i obecność pewnych substancji, produkowanych przez organizm na tzw. głodzie.”

„Więc… praktycznie wszystko, co dostaje się do mojego organizmu, sprawia, że zostają wyprodukowane przeciwciała? Ale skąd mój organizm wiedziałby jak zwalczać np. ebolę? Wrogość wobec wszystkiego to jedno, ale sposób neutralizacji to drugie.”

„Proste. Na świecie istnieje właściwie skończona ilość wirusów i innych paskudztw, wbrew temu, co twierdzą epidemiolodzy. Każdy z nich ma jakieś cechy charakterystyczne, wspólne dla bakterii i wirusów z pewnych grup. Po drugie, naukowcy już w dawno wiedzieli, jakie bakterie żyły 2 miliony lat temu. Śledząc drogę ich ewolucji, byli w stanie określić, jakich typów chorób jeszcze nie odkryto, w którym kierunku będzie szła mutacja np. wirusa grypy… Jedyny problem mogłoby stanowić zanieczyszczenie środowiska, ale i z tym sobie jakoś poradzili. Zmutowałem ciężką chemią wirusa grypy, wpuściłem do próbki krwi… Cóż, wirus nie miał żadnych szans. Leukocyty zaatakowały, nim zaczął wszczepiać swoje DNA do bakterii i się rozmnożyć. Jak dla mnie Manticore odwaliło cholernie dobrą robotę. No i to wyjaśnia, dlaczego zaprojektowano cię na bazie X5. Będąc odporna na choroby, mogłaś być wysyłana w sam środek epidemii, bez ryzyka, że zachorujesz albo będziesz nosicielką.”

„Więc wystarczy zmodyfikować wirusa Max, wszczepić go mi, a potem podać wyizolowane przeciwciała Loganowi?

„Teoretycznie. Twoje leukocyty nie działają najlepiej w innym organizmie, kłócąc się z tymi gospodarza. Komórki obumierają, około 35-40 godzin po wszczepieniu. Chyba nie planowali uczynienia z ciebie antidotum na choroby świata. Albo też nie zdołali.”

Wzdycham.

„Więc jaki jest plan?”

„Logan musi optrzymywać przeciwciała,  póki jego organizm sam nie nauczy się sam ich produkować. Prędzej czy później jego organizm zacznie się bronić sam.”

Hm, brzmi jak zobowiązanie na bardzo drługi czas.

„Jak długo?”

„Najprawdopodobniej pół roku… tyle mówią statystyki leczenia tego typu wirusów.”

Kładę czoło na zimnym stalowym blacie. Pół roku! Jakim cudem do diabła? Czy Terminal City utrzyma się tak długo? I czy ja dożyję tego pół roku albo Max? Czy Max i Logan w ogóle będą ze sobą, kiedy leczenie się skończy? Czy to jest w ogóle warte zachodu i ryzyka?

„Jaka mam pewność, że wirus zostanie zneutralizowany za pół roku?”

„Za pół roku organizm Logana nauczy się bronić przed wirusem sam. Do tego czasu twoje przeciwciała będą go chroniły.”

Mam ogromną ochotę odmówić. To zakrawa na najprawdziwsze szaleństwo. To nie może się udać, zbyt niepewny jest los mutanta w dzisiejszym świecie. Wystarczy, że Logan nie dostanie następnej dawki na czas i będzie wąchał kwiatki od spodu. Ale przypominam sobie, że przecież zawdzięczam Max o wiele więcej niż ona mnie prosi. Dzięki niej nie tyle odkryłam moje pochodzenia, co zyskałam brata. Starszego, opiekuńczego brata.

Och, psiakrew. Co na to powie Biggs? Wścieknie się, zgodzi czy wzruszy ramionami i powie, bym robiła to, co uważam za słuszne?

Ech, nie minęła nawet doba od czasu, kiedy potwierdziliśmy nasze pokrewieństwo, a ja już myślę o tym, co Biggs będzie o tym sądził. Jestem beznadziejna. Tata miał rację. Przywiązuję się zdecydowanie zbyt szybko. A potem wpadam przez to w kłopoty, albo mam roztrzaskane serce. Czy ja nigdy się nie nauczę?

„W porządku. Zgadzam się, ale muszę jeszcze zapytać Biggsa.”

„Co on ma do tego?” Max znów patrzy groźnie.

Wzdycham. Ustaliliśmy z Biggsem, że jej powiemy, że powiemy Samowi. Logana nie było na naszej liście. A nie chcę decydować za nas dwoje. Dość tego mam po półtora roku znajomości z Maxem.

„Logn, mógłbyś na chwilę nas zostawić?”

Max wysyła mu ostrzegawcze spojrzenie, więc piesek posłusznie drepcze na korytarz. Chyba mieli rozmowę o tym, by nie drażnić mnie.

Biorę głęboki oddech i wyciągam z kieszeni kartkę – ksero dokumentów Nancy. Jedna jedyna, która zmieniła nagle moje życie.

„To jest lista X5, na których eksperymentowano, aby stworzyć mój układ odpornościowy. Wybierano tylko bliźnięta, bądź młodsze z bliźniąt.”

„Masz bliźniaczkę?”

Podsuwam im kartkę. Max pierwsza dostrzega podwójną listę oraz te króciutkie notatki Nancy koło każdej pary numerów. Tylko jedna była podkreślona, na samym dole. Nancy napisała krótki medyczny komentarz. Ja dopisałam jego tłumaczenie. Był o mnie i moim bracie.

„594. To moje pierwsze imię. Bylibyśmy wdzięczni z Biggsem, gdyby zostało to między naszą czwórką.”

„Dlaczego?” Sam nie rozumie.

„Logicznie rzecz biorąc większość mogłaby sądzić, że także ma tę doskonałą odporność, ale jej nie ma. Przede wszystkim, przyjrzyj się tej liście. Przede mną zabito czterech młodszych braci i bliźnięta. Nie wstydzę się mojego pochodzenia. Ani Biggsa. Nie jestem tylko gotowa oświadczyć całemu światu, a w szczególności X5, które straciły rodzeństwo, jak doszło do naszego rozdzielenia i w efekcie moich znacznie późniejszych narodzin.”

Max patrzy na mnie długo, badawczo.

„Jedną z pierwszych rzeczy, którą nauczysz się o naturze mutantów, to fakt, iż przyjmą i zaakceptują cię taką, jaką jesteś, bez względu na twoją przeszłość… albo to, co zrobiono w Manticore. Myślałam, że już tak się stało.”

Potrząsam głową ze smutkiem… to nie o to mi chodziło. Zauważyłam, że jestem przyjmowana bez względu na wszystko, tylko dlatego, że jestem mutantem.

Sam, zakłopotany, ulatnia się cichaczem. Zostajemy więc same.

„Wiem o tym, ale…”

„To nie my jesteśmy problemem, nieprawdaż?” pyta się miękko „Każdy z nas ma swoje demony, z którymi walczy. Obyś uporała się z nimi, zanim będzie za późno.”

„Z późno na co?” pytam, nagle zdjęta jakimś głębokim, pierwotnym strachem.

„Nie wiem.” mówi wreszcie, z wahaniem w głosie „Mam tylko jakieś złe przeczucia.”

„Przeczucia?”

Kiwa głową.

„Tylko widziałam… zbyt wiele… zbyt wielu tych, którzy walcząc lub żałując przeszłości, żyli nią i zadręczali się. Żałując swoich pomyłek, uczymy się na błędach. Ale na Boga, nie pozwól, by rządził twoim życiem. Zwłaszcza, że nigdy nie będziesz pewna, że zobaczysz następny wschód słońca.”

Zostawia mnie niemą, w samotności. Moje własne słowa, moje własne strachy i obawy zostały rzucone mi w twarz.

Patrzę na stalowy stół. Wspomnienie koszmaru przemyka moje myśli i nie mogę nie zaszlochać. Tylko łzy nie chcą spływać z zupełnie suchych oczu.

Nienawidzę ciebie, Max!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *