Freak Nation (27)

27.

Wtorek nie przynosi jakichś wielkich zmian.

Biggs przed wyjściem pokazał mi, gdzie wszystko jest i jak działa, łącznie z ekspresem do kawy i naprawdę nowoczesną mikrofalówką. Podejrzewam, że jego pierwszą intencją była właśnie mikrofala, odkąd oboje jesteśmy żywymi przykładami antytalencia do gotowania. Domyślam się, że to jest rodzinne, niestety. Najwyraźniej ci, którzy byli dawcami naszych ludzkich genów, mieli kilka wad, do których się nie przyznali Manticore. Albo też Manticore uznało, że akurat takie umiejętności są niepotrzebne ich cennym X5.

Przespałam większość ranka. Cece i Alec wyszli nad ranem. Alec, ociągając się, wyraźnie popędzany przez Cece. Nie wiem, co było grane, ale chyba co najmniej o kilku rzeczach, które działy się tej nocy, nie wiem. I nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć. Ostrzegawcze spojrzenie przesłane przez mojego brata zielonookiemu mutantowi dotarło nawet do mnie.

Ostatecznie jednak noc była moją wygraną. Stanęłam na swoim i uparłam się, żeby nie pokazywać reszcie mojej najnowszej garderoby. Nie dlatego, że jestem nieśmiała albo nie przywykłam do tego typu ubrań. Przymierzyć, przymierzyłam. Pozwoliłam nawet zerknąć okiem Cece ze dwa razy, kiedy miałam jakieś wątpliwości. Przy okazji okazało się, że do końca nie zawsze wymierzała mój rozmiar i rzeczy nieodmiennie okazywały się w jakimś miejscu za duże. Przynajmniej te niedopasowane. X5 zgarnęła je do papierowej torby, oświadczając, że znajdzie dla nich nową właścicielkę. Mam nadzieję, że przynajmniej będzie to mutant. Ale to chyba moje pobożne życzenie.

Kiedy w końcu wstaję, słońce ukryte za deszczowymi chmurami musi stać już wysoko. Wyglądam przez okno mojego nowego pokoju i patrzę na zalany świat. Wydaje się bardzo ponury. Zastanawiam się, jak można jeździć na rowerze po mieście w taką pogodę. Ale najwyraźniej posłańcy Jam Pony radzą sobie nieźle, bo jak dotąd nie usłyszałam od pracującej tam czwórki mutantów jakiejkolwiek skargi na mokrą robotę. Chyba jestem zanadto przyzwyczajona do słońca Nowego Meksyku, że przez większą część roku można śmiało robić plany, nie zastanawiając się, kiedy znowu będzie lało.

Wracam więc do kuchni, by zjeść w końcu śniadanio-obiad, kiedy słyszę kroki na dziwnie pustym o tej porze dnia korytarzu i zastanawiam się, kto to może być. Brzmi dość znajomo, ale nie kojarzę tego z żadnym z mutantów. Upewniam się, że to nie jest żaden X5, kiedy słyszę pukanie.

Otwieram bez uśmiechu, od kiedy to w drzwiach brakuje wizjera. Ja wiem, że Seattle to miasto dziwaków, ale chyba nawet mutanci słyszeli o judaszu? A może tego nie potrzebują? Słyszą wszystko, co się dzieje na korytarzu… Ale gdyby tak było, nie przywróciliby do użytkowania budynku, w którym są tak grube mury, wypełnione materiałami dźwiękoszczelnymi – jak mnie rano uświadomił Biggs.

„Hej, nie przeszkadzam?” przyjaciel Logana uśmiecha się do mnie nieśmiało.

Potrząsam głową i otwieram szerzej drzwi, by mógł wejść. W momencie, kiedy wchodzi do środka, zauważam pewną rzecz. Po pierwsze, nie rozgląda się ciekawie po wnętrzu. Po drugie, patrzy na włączoną mikrofalę i w jego oczach widzę błysk zrozumienia. Po trzecie, nie wydaje się zaskoczony moją obecnością tutaj. Po czwarte i ostatnie, tylko jeden człowiek miałby do mnie interes teraz, kiedy za godzinę przyjedzie po mnie Max z Samem.

„Coś do picia, Logan?” pytam grzecznie. Jego oczy rozszerzają się nieznacznie, ale zaraz uśmiecha się. „Nikt mi nie musiał mówić, sama się domyśliłam.” uspokajam go „Więc? Kawy, herbaty, soku, wody… albo mleka?” podnoszę pytająco karton. Nie zostało za dużo, od kiedy to dwoje X5 zwaliło się nam na kolację, ale dla mnie i mojego gościa powinno wystarczyć. Łykam tryptophan z dokładnością co do minuty i pochłaniam litry białego napoju – przestroga od Sama. Uprzedził, że substancje blokujące zawierają łatwo przyswajalny tryptophan i ich odstawienie oznacza, że muszę przyzwyczaić mój organizm do innej drogi przyjmowania leku. Poziom serotonin w moim mózgu to poważna sprawa. Ciężko byłoby teraz mutantom wyleczyć progerię, od kiedy to główne laboratorium genetyczne Manticore poszło z dymem dzięki Zackowi i Max.

„Wystarczy sok.”

Wyjmuję z lodówki karton. Zdecydowanie, Biggs ma najlepiej zaopatrzoną lodówkę, jaką widziałam. W Roswell to Cece rządziła zaopatrzeniem i muszę przyznać, że zadowalali się dość skromnym jadłospisem. I sporo jedli na mieście – wszystko, co tylko wydawało im się co najmniej bardzo kaloryczne i bardzo niezdrowe.

„Proszę.” podaję mu szklankę, a potem wyjmuję z mikrofali mój obiad. Szczęście, że Sam nie kazał mi być na czczo. Z poprzedniego wieczora została jeszcze ryba w sosie słodko kwaśnym i sporo ugotowanego makaronu spaghetti. Mieszam te dwa składniki, nie przejmując się zupełnie, że nie pasują do siebie. Gorąca ryba i warzywa rozpadają się na kawałki i nawet moje danie wygląda jak prawdziwe spaghetti z rybnym sosem. A pachnie tak oszałamiająco, że mój żołądek domaga się natychmiastowego spożycia mojego dzieła. Co też czynię.

„Jak prace nad wirusem?”

„Sam powiedział, że być może znalazł sposób na jego neutralizację.”

Podnoszę brew.

„Poważnie. Wydawał się co najmniej pewny swojego pomysłu.”

„Dobra wiadomość. Rozumiem, że dzisiaj poznam jego pomysł?”

„Wszyscy poznamy. Na razie nie powiedział ani słowa.”

Dziwne. Doktorek nie wydawał mi się tajemniczym typem. Wręcz przeciwnie. Miły gość, który robi to, w co wierzy i jeszcze ma z tego frajdę. Całkiem jak Logan, od kiedy wiem, że on pracuje dla Eyes Only. Nigdy nie widziałam transmisji Eyes Only, ale trochę słyszałam o nim.

„Właściwie nie przyszedłem rozmawiać o wirusie czy leczeniu. Słyszałem od Aleca, że udało ci się przetłumaczyć papiery, które dostałaś od ojca i stworzyć coś w rodzaju antologii języka.”

Kiwam głową. Nie jestem zbyt chętna do rozmawiania o tych papierach czy ich zawartości. Uzgodniliśmy dzisiaj rano z Biggsem, że powiemy tylko dwóm osobom o naszym pokrewieństwie: Samowi, ponieważ to może się okazać przydatne z medycznego punktu widzenia oraz Max, i to Max powiemy całą prawdę. Żadne z nas nie jest chętne wygłaszać wszem i wobec, że Manticore zawiodło w swoich eksperymentach, biorąc bliźniaczych młodszych X5 w wieku embrionalnym i usiłując uzyskać idealną odporność. W ten sposób czworo innych X5 straciło bliźniacze rodzeństwo, nim się narodziło. Była jeszcze jedna para, bliźniaczki, których kodem genetycznym manipulowano akurat w tym czasie, kiedy przygotowali się do mojego rozmrożenia. Były najdłużej żyjącymi z moich poprzedników. Przeżyły pięć miesięcy w łonie nosicielki, zanim ich własne układy odpornościowe nie uznały jej komórek za zagrożenie i nie zabiły jej w ciągu kilku godzin. To właśnie dlatego wszystkie poprzednie eksperymenty na super odporności się nie udały. Ginęły nosicielki i Manticore przed moim rozmrożeniem już znało przyczynę problemu. Ja przeżyłam, ponieważ Sandman zapewnił mi nosicielkę z Familiars – Nancy. Nosicielkę z układem odpornościowym, który jakoś współpracował z moim do końca ciąży. I to właśnie było w papierach. Plus, na ostatnich dwóch stronach, był spis X5, na których kodzie manipulowano. Ja widniałam tam obok Biggsa. Szczęście, że jego nie wytypowali do tego eksperymentu, chociaż najwidoczniej nasza podstawowa odporność i tak jest wyższa niż u pozostałych X5, skoro bawiono się mną.

Tak więc ani ja ani Biggs nie jesteśmy zbyt chętni do mówienia o tym. Ogłaszając, że jesteśmy rodzeństwem, bliźniętami, wywołalibyśmy pytania, na które odpowiedzi byłyby zbyt trudne. Biggs zna dwoje tych, którzy stracili rodzeństwo przez eksperyment, z którego powstałam. Oni nawet nie wiedzieli, że mieli młodszych bliźniaczych braci! To tylko sprawia, że czuję się winna.

„Mogłabyś spojrzeć na to?” wyciąga kartkę z kieszeni. Rzucam okiem.

„Familiars, bez wątpienia. Poczekaj chwilę.”

Idę do mojego pokoju i otwieram plecak, by wyjąć wydruki i notatnik. Moje palce natrafiają na zdjęcie. Nie pamiętam, bym je tam włożyła.

Podnoszę je do światła i zaraz zaciskam oczy w udręce. Tata i ja, kiedy pojechaliśmy odwiedzić babcię Claudię podczas jej prac na wykopaliskach w południowym Meksyku. Miałam wówczas niespełna dziesięć lat i dawałam się we znaki całej ekipie, wypytując dosłownie o każdy drobny szczególik. Pod koniec czterodniowego pobytu wszyscy mieli mnie dość, tylko nie babcia i tata. Szczęśliwy moment, kiedy umorusana piachem z przejęciem pochylałam się nad czymś, co pokazywała mi babcia, a tata usiłował wcisnąć mi do buzi kanapkę. Fotograf uchwycił sytuację rewelacyjnie.

Westchnienie ucieka z moich ust. Chowam zdjęcie z powrotem. Być może Cece je znalazła, albo Biggs, albo tata włożył do pudełka, a Biggs potem włożył do moich rzeczy. Kto to wie, komu zawdzięczam ocalenie tego ułamka moich wspomnień?

Wracam w końcu do Logana i patrzę na symbole, zapisane na kartce. Moja fotograficzna pamięć nie jest zbyt dobra, ale po oglądaniu tego piekielnego pisma na ekranie uniwersyteckiego komputera, potem wywołując w myślach obraz dokumentów przez cały weekend, nauczyłam się kilku rzeczy. Od razu więc przechodzę do właściwego poukładania znaków we właściwego słupki i kolejność. Pismo Familiars jest dość sformalizowane, ma sztywne reguły. Zaczynam tłumaczyć i marszczę brwi. To nie ma sensu, póki…

„To po angielsku.” mamroczę „Ale zapisane ich alfabetem.”

Logan potakuje.

„Zdołałem to przetłumaczyć, ale chcę być pewien, że zrobiłem to właściwie.”

Spisuję ciąg kolejnych liter na kartkę, po czym przesuwam przez stół w jego stronę.

„Skończyłam. Brzmi jak… pomysły Sandmana.”

Logan rzuca mi spojrzenie.

„Coraz bardziej wygląda na to, że jednak miał swój mały, własny, prywatny cel, tworząc mutantów. A zwłaszcza piąta serię.”

„Co ty powiesz?” ironizuję „Sandman stworzył mnie, po czym doprowadził do tego, że znalazłam się poza Manticore. Facet  z d e c y d o w a n i e  miał prywatne cele, do których dążył po trupach.”

„Sandman stworzył ciebie? Skąd wiesz?”

Wznoszę oczy do sufitu.

„Czysta logika. Nie jestem tylko pewna, jaką rolę odgrywała w tym Nancy.”

„Nie widzę w tym żadnej logiki.”

„Po pierwsze, bez Sandmana nie byłoby w ogóle mowy o X-serii. Przynajmniej nie tak szybko.

Dwa, pochodził z Familiars. Jeśli ktoś hoduje nadludzi, prędzej czy później, uzna, że to on powinien rządzić światem i zechce przejąć władzę. Jak naziści. Z tym wyjątkiem, że Familiars raczej nie popełniliby błędu światowej wojny. Trzeba na to środków, no i członkowie tego kultu przez pięć tysięcy lat zdążyli rozproszyć się po planecie. A jest jedyne, co może w takiej sytuacji im pomóc: jakaś broń biologiczna. Choroba, wirus, coś, co uderzy w ludzi, ale członków Familiars zostawi nienaruszonych. Plus, to musi być coś, na co nie ma powszechnej szczepionki, a najlepiej nie ma szczepionki w rękach ludzi.

Po trzecie, nie wyobrażam sobie, by Sandman zezwolił na ucieczkę nosicielki z takim X5 pod sercem, jak ja. Gdyby uznano moją śmierć, odbyłaby się chyba sekcja, nieprawdaż? Pokroiliby Nancy i mnie, by sprawdzić, co spowodowało porażkę eksperymentu. Sama Nancy nie wspominała nic o tym, kto jej pomógł. Niewiarygodna historyjka, jak, gdzie i kiedy uciekła. Dziwne, nieprawdaż?

Po czwarte, jak do diabła była w stanie tak dobrze dobrać substancje blokujące? Jak ukryć nawet przede mną moją inność? Musiała dobrze wiedzieć, jakie będę miała zdolności, co jest w moich genach.

Po piąte, nie wyobrażam sobie, by Sandman nie zorientował się, że moja nosicielka jest z Familiars, jak tylko on. Więc albo od początku z nim współpracowała, albo zaczęła współpracować później, by uciec z Manticore.

Po szóste, Sandman zniknął w dość dziwnym momencie. Wokół mnie nie działo się nic ciekawego, żadna zmiana zachowania Nancy czy zmiana otoczenia. Więc albo ściśle współpracowała z nim wciąż, albo dokładnie przeciwnie – wróciła na łono Familiars.”

Logan siedzi przez chwilę, poważnie pod wrażeniem mojej mowy.

„Zadziwiające, jak pracuje twój umysł.”

Wzruszam ramionami.

„Miałam czas nad tym pomyśleć od piątku. Poza tym, tu chodzi o moje życie i sens durnych eksperymentów, przeprowadzanych na X5.”

„Co było w tych papierach?” patrzy na mnie nagle ze strachem.

„Powiedzmy, że początkowa setka X5 zmniejszyła się od razu, kiedy Sandman zaczął kombinować, wzmacniając naszą odporność. Nie jest to dokładnie mój ulubiony temat, ale pismo Familiars mogę tłumaczyć w miarę możliwości. Skąd wytrzasnąłeś swój fragment?”

„To ukazało się na skórze Max.”

Krztuszę się moim doskonale pachnącym obiadem.

„Miała to w kodzie genetycznym. Jak wasze kody kreskowe.”

„Brzmi jak plan.” wyduszam w końcu z siebie. Nic dziwnego, że Max chodzi taka skwaszona i z groźną miną. Mieć  t a k ą  wiadomość od Sandmana na sobie… brrr. Już wolę moją cudowną odporność.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *