Freak Nation (25)

25.

Po drodze przez pogrążone w ciemnościach ulice Terminal City Biggs opowiada, że laboratorium, do którego właśnie idziemy, zostało właściwie zrobione jako część ich własnego, małego szpitala. Z całego kraju wciąż napływają mutanci, nierzadko są w ciężkim stanie, kiedy nasze patrole zgarniają ich z ulicy albo sami docierają do Ziemi Obiecanej, jak złośliwie nazwał TC Mole. Poza tym niektórzy potrzebują różnych substancji, nieraz ciężkich do zdobycia. A ja myślałam, że progeria i regularne branie tryptophanu to coś ciężkiego. Wysłuchawszy całej listy tego, co muszą jakoś zdobywać na potrzeby innych, zastanawiam się, ile i jak tego dokonują. Zakrawa to wręcz na cud. Szczególnie pod czujnym okiem White’a oraz przy rozszalałej wściekłości ludzkiego tłumu.

Idziemy przez ulicę. Czasem się potykam. Nie widzę w ciemnościach, jak większość X5. Szczęście, że ulice tutaj wyglądają, ba s ą o wiele czystsze niż te, które widziałam na zewnątrz. Ale chyba nie powinno mnie to dziwić. Jesteśmy żołnierzami, elitą żołnierzy i porządek i organizację mamy niemal we krwi.

Osoby, które znają moją pedantyczność, planowanie i zamiłowanie do porządku, powiedzą pewnie, że dosłownie mamy to we krwi. Hm, zaprzeczyć nie mogę. Wciąż nie wiem tak wiele, jakbym chciała o naszych genetycznych cechach. I pewnie wiele wody upłynie, nim co chwila nie będę czymś zaskakiwana.

Wchodzimy w końcu do budynku, który z zewnątrz wygląda niemal zwyczajnie. Jest oczywiście podjazd – czasem przywiozą kogoś, kto nie ujdzie na własnych nogach… kończynach.

Nie bywałam zbyt często w szpitalu, nie licząc kilku dni, kiedy babcia Claudia zachorowała. To był smutny czas. Najgorsze, że jego efektem było zbliżenie moje i Maxa. Ech, może lepiej zmienię tok myślenia.

Idziemy na tyły budowli. Jest spore pomieszczenie, które tylko przypomina mi o białym pokoju. Głęboki oddech. Już lepiej. Czuję na sobie spojrzenie Biggsa i wiem dobrze, że on wie, co znaczy moja reakcja. Ale nie wspomina tego i jestem mu za to wdzięczna. Minutę później siedzę na stole, mój ulubiony X5 na krześle, rozmawiając z jednym z mutantów, którzy pracowali nad mieszaniem jakichś tajemniczo wyglądających substancji. To daje mi chwilę na uspokojenie. Nikt specjalnie nie zwraca na mnie uwagi, w przeciwieństwie do komitetu powitalnego. Więc lustruję pomieszczenie i zgromadzony tutaj sprzęt, a także to, co robią inni. Naprawdę, to robi wrażenie. Zdumiewające, co można dostać na czarnym rynku albo ukraść.

~ * ~* ~ * ~

Nie wiem, czego się spodziewałam. Naprawdę. Mimo, że przygotowywałam się na to od piątku, to nadal zaskakuje mnie. Głupia maszyna mieszająca naszą krew odwróciła mój los o 180 stopni. Znów. To już nawet nie jest fikniecie koziołka. To jest jak cios tonowym blokiem w głowę.

Maszyna oczywiście nie stwierdziła zupełnej, stuprocentowej zgodności. Był dosłownie kawałek, mikroskopijny kawałeczek razy dwa, który nie był identyczny z genami Biggsa. Jeden wyjaśnił nam inny mutant – najwyraźniej dobrze znający wydziwadła Manticore, bo wystarczyło mu spojrzeć na wyniki, bez wprowadzania w temat, by wiedział, co jest grane.

„To DNA odpowiedzialne za to, jak wygląda mutant.” wyjaśnił bez chwili wahania „Dokładniej wygląda mi na to, że to DNA żeńskiej X5, zmienione już w trakcie drugiego podziału.”

„Drugi podział?” nie kumam terminologii, ale muszę wiedzieć. To moje DNA.

„Tak nazywamy moment po rozmrożeniu, kiedy płód przygotowuje się do wszczepienia nosicielce. Pierwszy podział następuje oczywiście w momencie zapłodnienia. Manticore oczywiście było w stanie zaprojektować płeć X5, jak i wszystkich pozostałych. To dość proste. Zmiana wyglądu po wyjęciu z zamrażalnika embrionu jest możliwa tylko na żeńskich X5. Nie wiem, dlaczego to zrobiono, ale zrobiono to starannie. Układ genów pasuje idealnie do pozostałych. Ktoś się solidnie napracował.”

Robi mi się słabo. Ktoś się solidnie napracował, by ukryć fakt, że jesteśmy bliźniętami. Sandman. Jedyna możliwa odpowiedź.

„A ta druga różnica?” Biggs również nie wygląda na szczęśliwego. Raz, okazuje się, że jest o wiele cenniejszy, niż mu się wydawało. Dwa, ktoś z całkowitą premedytacją, poprzez manipulacje w moim kodzie genetycznym ukrył fakt, że jego siostra bliźniaczka przeżyła. Z drugiej strony, dlaczego w ogóle nadano mi takie oznaczenie? Dlaczego nie zmieniono mojego kodu?

Nagle przypominam sobie, co powiedziała Nancy. W Manticore myśleli, że nie żyję. Mój twórca także. Więc jednak nie skłamali Biggsowi.

Ach, kto się teraz tym przejmuje? Czy ja dopiero co broniłam w myślach Sandmana? Potrzebuję ochłonąć z szoku.

„Nie wiem, wygląda dość dziwnie. Nigdy nie widziałem takiej sekwencji. Przypomina coś związanego ze składem krwi, ale nie powiem wam na pewno. Może układ odpornościowy, może hormonalny, albo coś z komórkami macierzystymi. Nie wiem. W życiu nie spotkałem się z czymś takim.”

Uśmiecham się kwaśno. Pytanie, czy Biggs ma także super odporność, właśnie zostało zaprzeczone, zanim je zadaliśmy. Pochylam głowę, usiłując się otrząsnąć.

O niebiosa, mam brata.

Brata bliźniaka.

Starszego o niemal pięć lat.

Czy świat mógłby być bardziej chory?

Nie sądzę. Ja chyba… straciłam rozum. Jestem w jakiejś klinice psychiatrycznej.

Najpierw wizyta Maxa z przyszłości, potem moje mutanckie pochodzenie, potem członkowsko w klubie X – serii, oszustwa Nancy, przyjazd do Seattle, a wreszcie na sam koniec dostaję brata bliźniaka, który miał to szczęście i pozwolili mu urodzić się od razu, a nie po pięciu latach jak mnie. W dodatku po wyjęciu z zamrażalnika. Jestem cholernym X5, który przeżył cztery lata hibernacji z stanie embrionalnym.

Ciekawe, jak wiele takich dziwadeł jak ja wyhodowało w swoich laboratoriach Manticore?

„Maleństwo?” głos Biggsa jest niepewny. Podnoszę na niego swoje oczy. Wydaje się niepewny. Cholera, on czuje się dokładnie tak, jak ja.

„Cóż mogę powiedzieć? Tylko, że dostaliśmy od przewrotnego losu jeszcze jedną szansę.”

Przechyla głowę nieznacznie i przez sekundę mam wrażenie, że stanie się coś złego. Ale nie. On tylko uśmiecha się. Naprawdę  u ś m i e c h a  się, szeroko, radośnie, jakby nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Jest jeszcze wciąż błysk niepewności w jego spojrzeniu, którego nie może powstrzymać, tak samo jak cienia nadziei, który skrada się gdzieś tam, kiedy patrzymy to na siebie, to na wyniki, które wydrukowała maszyna.

Zabawne, ja też nie mogę.

~ * ~* ~ * ~

Brat. Bliźniak. Brat. Brat. Biggs. Brat. Starszy brat. Bliźniak.

Brat. Bliźniak. Brat. Brat. Biggs. Brat. Starszy brat. Bliźniak.

Brat. Bliźniak. Brat. Brat. Biggs. Brat. Starszy brat. Bliźniak.

Słowa te tłuką się po mojej głowie niczym echo bicia mojego serca. Tańczą wręcz do jego rytmu, do tej miękkiej melodii pełnej i szoku, i zdumienia, i nadziei.

Siedzimy razem na kanapie w jego mieszkaniu, usiłując zrozumieć coś z tego pokręconego chaosu. Biggs bawi się moimi włosami i jakoś wyjątkowo mi to nie przeszkadza. To jest nawet przyjemne. Hm, domyślam się, że właśnie przypieczętował sobie jeden z przywilejów starszego brata – ciągnięcie siostry za włosy.

Siostra. Jestem siostrą.

S I O S T R Ą ! ! !

O niebiosa.

Panika znów przetacza się we mnie niczym gwałtowny przypływ. Przeklinam moją dźwiękową pamięć, ponieważ dobrze wiem, co Biggs powiedział w piątek w kuchni Parkerów. Boję się, boję się nie spełnić oczekiwań.

Widzicie? Mówiłam, że nie zwiążę się z nikim znowu, nawet jeśli miałby to być wyczekiwany brat… a tu boom, rach ciach, mam starszego brata bliźniaka i jakoś w ciągu kilku chwil przekradł się przez te wszystkie ściany. Mój ulubiony X5 stał się nagle nie tylko przywódcą mojego… hm, gatunku?… ale i ucieleśnieniem kogoś, o kogo modliłam się przez dziesięć gwiazdek i dziesięć urodzin, które mogę spamiętać. Frustrujące uczucie.

Dochodzi do tego strach. I to jest strach inny niż te wszystkie, które znałam dotychczas. To nie jest strach o życie, nie jest strach o serce…  to po prostu we mnie tkwi. Nie boję się, że Biggs będzie czegokolwiek żałował. Nie, póki będzie miał choć jedno dobre wspomnienie związane ze mną… chociaż jedno.

O niebiosa.

I jego marzenie… jest w gruncie rzeczy marzeniem małego chłopca, dziecka, które tkwi gdzieś tam głęboko w nim. On nie chce kogoś, o kogo będzie się troszczył. Ma ich pod dostatkiem na co dzień. Odpowiedzialność zawsze ma swoją cenę. Troszczy się o innych X5, mogłam słyszeć to bez trudu w jego głosie, kiedy rozmawiał z Cody’m. On chce kogoś, kto by troszczył się o niego, i to nie byle kogo. Kogoś podobnego w swoich przekonaniach do Isabel, wspaniałego Anioła Stróża Maxa i Michaela.

Czy ja przed chwilą nie pomyślałam, że się boję?

Boję się, że to wypali. To jest  przerażające. Chcieć i jednocześnie bać się tego samego. Każde z nas chce tego samego. Kogoś, kto by troszczył się o drugiego bez pytania o powodów, kogoś, kto stanie ślepo obok i nie będzie niczego żałował. Kogoś, kto pewnego dnia nie przyjdzie i nie powie, że żałuje wszystkiego, co było.

I przewrotny los dał nam szansę.

O niebiosa, mam brata. Jestem siostrą. Czyż to nie jest zdumiewające?

~ * ~* ~ * ~

Moje zdumienie tego wieczoru sięga jednak jeszcze wyżej, kiedy Biggs nagle pyta się mnie, czy chciałabym z nim zamieszkać.

Jestem niema. Dla dobrych pięciu minut patrzę się na niego i zupełnie nie wiem, co powiedzieć. Nie wiem nawet,  j a k  cokolwiek powiedzieć.

Czy przypadkiem facet, którego znam tydzień, nawet trochę mniej, nie zaproponował mi, że będziemy razem mieszkać?

Czy przypadkiem brat bliźniak, którego znam ledwie kilka dni, nie zaproponował, żeby zamieszkać razem? Wykorzystać szansę, jaką przygotował dla nas los?

„Oczywiście mówię zarówno o tym mieszkaniu, jak i tym na zewnątrz, kiedy w końcu będziesz mogła opuszczać Terminal City.” Biggs nagle dodaje, chyba zaniepokojony moim przedłużającym się milczeniem. Jest słodki z tą niepewną miną.

Ciekawe, jak wygląda moja?

„Zgódź się!” patrzy na mnie w najlepszym wydaniu swojego błagalnego, proszącego wyrazu twarzy. Jego brązowe oczy po raz pierwszy przypominają mi moje własne, kiedy patrzę w lustro. To odkrycie zaskakuje mnie. Czy ja zawsze wyglądam jak szczeniak proszący, by podrapać go za uchem? Frustrująca myśl. „Obiecuję, że będę sprzątał co najmniej raz na tydzień…”

Udaję, że się zastanawiam. Poważnie. Biggs sprawia, że się śmieję. Całkiem przyjemne uczucie. Śmiać się ot tak sobie, z radości, a nie dlatego, że coś jest zabawne.

„Rano możesz siedzieć w łazience przez godzinę, nawet jeśli będę się spieszył do Jam Pony…”

On dobrze wie, że moja poranna toaleta jest jeszcze szybsza niż Aleca. Zazwyczaj jestem zbyt nieprzytomna, by siedzieć tam dłużej niż pięć minut. Grozi to zaśnięciem na stojąco.

„Tylko godzinę?” kpię w świętym oburzeniu.

„Ech…” drapie się po głowie i nagle uśmiecha się przewrotnie. Och nie, co on wymyślił? „I obiecuję trzymać Aleca z dala od ciebie!”

„Poważnie?” patrzę na niego spod oka. Podnosi dwa skrzyżowane palce.

„Słowo harcerza.”

„Umowa stoi!” uśmiecham się z satysfakcją. Wówczas Biggs pociąga mnie z kanapy.

„Zobaczysz swój pokój… i swoją łazienkę.”

Wilk w owczej skórze! A ja myślałam, że nabiera mnie z tą łazienką…

Otwiera drzwi.

Pokój jest nieduży. Jakieś trzy na cztery metry, może mniej. Ma za to ściany, które wyglądają na bardzo grube. Hm, to chyba nie przypadek. W Terminal City z wszystkimi mutantami z poprawionym słyszeniem wokół, prywatność musi być na wagę złota. Nawet okno jest podwójne, i w dodatku wygląda na absolutnie całe, czyste i solidne.

Ku mojemu zaskoczeniu, łazienka jest dokładnie po drugiej stronie, niż oczekiwałam. Zaglądam. Mała, ale przyjemna. Ma beżowo-pomarańczowe kafelki, nawet regał jest w odpowiednim kolorze. Nie sądziłam, że spotkam takie luksusy w Terminal City.

„Póki pokój jest jeszcze dzisiaj pusty, wybierz kolor ścian.”

Kolor ścian? W Seattle? Gdzie ja do diabła trafiłam?

„No wiesz… farby do malowania ścian… dodaje się barwniki, by uzyskać upragniony kolor, a potem się maluje. Mieliście chyba coś takiego w Roswell?”

Powstrzymuję złośliwy komentarz cisnący się na usta. Tak, tak, wiem, co to jest farba do malowania ścian. Nie sądziłam jednak, że w tym mieście wiedzą, co to takiego. Biorąc pod uwagę wygląd kwatery Aleca… Brrr.

„Granatowy.” decyduję w następnej sekundzie; nie znam innego koloru prócz czarnego różniącego jak tylko można od bieli „Skąd wytrzaśniemy meble?”

„Wybierzemy się na małą wycieczkę po Terminal City po kolacji.”

„Byle nie mleko ani zupa mleczna.” protestuję natychmiast.

„Ech, nie doceniasz mutanta zdecydowanego świętować znalezienie siostry, o której myślał przez 22 lata, że nie żyje. Zaufaj mi, to nie będzie nic z jadłospisu niemowlaka.”

Mam nadzieję, mam nadzieję.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *