Freak Nation (24)

24.

Wjeżdżamy do TC od innej strony. To chyba wjazd specjalnie dla motorów. Mole stoi po drugiej stronie, zatrzaskując natychmiast za nami wejście. Muszę przyznać, że jest szybki i ma refleks. Ale na jego twarzy jest wciąż ta skrzywiona mina, kiedy patrzy na mnie i nie mogę się nie uśmiechnąć. To chyba cecha mutantów – wiecznie ponury wyraz twarzy.

Pozostali wyłączają silniki, więc my też schodzimy i ściągam hełm. Uśmiecham się.

„Hej, Mole.”

Macha ręka jak do muchy, której chce się pozbyć. Uśmiecham się jeszcze szerzej. On jest tak różny od Aleca, jak to tylko możliwe.

„Witam w Terminal City.” mówi Max.

Hm, to chyba do mnie. Nadbiega kilkoro innych… mutantów? Z całą pewnością żaden z nich nie jest X5 i trochę tego żałuję. Jest ktoś, kto wygląda jak połączenie yeti i śnieżnego bałwana, kilku młodych, wyglądających mimo burego odzienia zdecydowanie na obdarzonych przez naturę… czy też genetyków. Domyślam się, że to są X6, ponieważ z całą pewnością nie mają dziesięciu lat, ale nie wyglądają też na szesnastolatków, jak najmłodsi z X5. Przyglądają mi się o wiele ciekawiej niż ja im. Po pierwszym spojrzeniu przyzwyczajam się do ich obecności obok i czekam, co dalej. Oni chyba nie, ponieważ lustrują mnie od stóp do głów.

Hej, wiem, że nie wyglądam jak mutant, ale nie przesadzajcie, dobrze? Wygląd może być mylący. Coś o tym wiem.

„Dan, wezwij X5 531.” Max wysyła młodego X6 po jego starszego kolegę.

Zaraz, 531 nie jest przypadkiem bliźniakiem 532? Czy „sąsiednie” numery nie oznaczają właśnie tego? To ważny szczególik, szczególnie kiedy myślę o liście przygotowanej przez Nancy.

„Zastępował Biggsa na stanowisku szefa X5.” Max kiwa głową w moją stronę. Unoszę brew. Biggs szefem całej serii? W pierwszej chwili myślałam, że zachowają strukturę z Manticore – Alec był przecież przez jakiś czas dowódcą jego jednostki – po drugiej sekundzie ten fakt mnie jakoś nie zaskakuje. Po pierwsze, Biggs jest równie zorganizowany i żyjący według planu, jak tylko ja jestem. Po drugie, nie wyobrażam sobie, by pokręcony zmysł humoru Aleca oraz jego zwyczaje dotyczące umawiania się na randkę przysparzały mu dyplomatycznych szlifów. Alec nie wygląda na faceta lubiącego tego rodzaju więzi. Nie, że ucieka od odpowiedzialności. Po prostu ciężko mi go widzieć w roli mojego szefa. Hm, może tu leży pies pogrzebany… Zresztą, mniejsza z tym.

Biggs zsiada z motoru, a Max kontynuuje.

„Nie wolno ci opuszczać Terminal City, bez obstawy któregoś z nas. Ewentualnie jeszcze Cece może cię zabrać na zewnątrz, ona zna twoje zwyczaje i zachowania. Dwa, co zrobiłaś z komórką? Miałaś wyłączoną, jak ci polecono?”

„Zostawiłam kamiennej ścianie pod łóżkiem.”

Biggs chichocze, a inni patrzą na nas jak na wariatów.

„Maleństwo, poziom twojej złośliwości wzrasta w postępie wykładniczym.”

„Cieszę się, że moja pomysłowość została doceniona!” rzucam sucho, powstrzymując ziewnięcie. Mój kierowca odbiera ode mnie plecak i ciągnie mnie już dalej.

„Chodź, zanim zaśniesz na stojąco.”

Zostawiamy zdumiony komitet powitalny. Kwadrans później ląduję na innej kanapie w jednym z mieszkań. Jest całkiem przyjemne, chociaż posiada zdecydowanie męski rys. Moją sympatię wywołuje fakt, że jest tutaj czysto, a wszystko wydaje się być poukładane na swoim miejscu.

Kuchnia i duży pokój są połączone w jedno pomieszczenie. Rozdziela je coś na kształt baru czy wysokiej lady – nie wiem nawet, jak to nazwać. Lodówka szumi cicho, kiedy Biggs wyjmuje karton mleka i otwiera to. Rzucam jeszcze spojrzenie na drzwi prowadzące najwyraźniej do sypialni i łazienki. Trzecie i czwarte drzwi służą chyba do ozdoby.

„Proszę.” podaje mi po minucie szklankę z ciepłym mlekiem. Ciepłe? Hm, chyba jednak w Seattle słyszeli o czymś takim jak kuchenka mikrofalowa. Przyjmuję napój z podziękowaniem i sięgam do kurtki, by wydobyć tryptophan. Jest uderzenie na drzwiach i po dokładnie dwóch sekundach wchodzi przystojniak razem z kimś, kogo rozpoznaję jako niejakiego Dana z komitetu powitalnego.

„Cześć!” brunet przygląda mi się ciekawie. Co jest z tymi ludźmi? Czy ja mam trzy głowy, czy co?

„Maleństwo, to jest Cody. Cody, to Maleństwo, X5.”

Oczy Cody’ego robią się podobne do spodków.

„X5? Ty?” pyta się z niedowierzaniem. Połykam tabletki i czekam najspokojniej w świecie na wyjaśnienie zagadki. „Nie zrozum mnie źle, ale ty nie wyglądasz na X5.”

„Więc dlaczego wywołuję taką sensację?”

Dobrze, że co najmniej nie zapytał o numer. Odkąd nie odbyliśmy z Biggsem poważnej rozmowy na ten temat, nie mam pojęcia, czy ujawniać numer, który Nancy przypisywała mojej skromnej osobie.

Cody uśmiecha się szeroko w odpowiedzi.

„Max jest tutaj liderem, zarówno samozwańczym, jak i wybranym jednogłośnie. Przejmuje się strasznie, a sytuacja z jej facetem tylko pogarsza jej humor i w rezultacie dostaje się każdemu, kto znajdzie się w polu rażenia jej humoru. Jawiłaś się nam jako rozwiązanie naszych kłopotów. Nie zrozum mnie źle, Max jest bardzo dobrym przywódcą, ale nikt nie może dobrze funkcjonować na dłuższą metę, kiedy ma problemy osobiste.”

Czy to oznacza, że jeśli ja nie pójdę do psychiatry, prędzej czy później skończę wąchając kwiatki od korzonków? Milutka perspektywa.

„Więc każdy w Terminal City wie, że należę do najbardziej odpornych na tej planecie?” unoszę brew w wyzwaniu. Cody przytakuje. Świetnie, jestem sławna zanim zdążyłam nawet coś zrobić w tym kierunku.

„Dobra, odkąd nie wyglądasz na X5, kilka zasad na początek…”

„Myślę, że Maleństwo pójdzie teraz spać.” Biggs natychmiast przerywa. Właściwie odkąd stanęliśmy, by poczekać na Maxa i Aleca, nie czuję tego sennego znużenia, co wcześniej. Wciąż mam ochotę zwinąć się w kłębek, ale tylko przezwyciężam reakcję mojego ciała. Muszę porozmawiać z Biggsem. Na osobności, a ten cały Cody – czemu mam wrażenie, ze zawrzemy bliższą znajomość? – trochę temu przeszkadza.

Patrzę na zegarek.

„Obudź mnie w środę wieczorem.” żartuję, opierając głowę o oparcie kanapy i zamykając oczy. Nie zasypiam, ale pogrążam się w coś przypominającego lekki letarg. Przynajmniej fizycznie trochę odpoczywam. Poprzedni długi sen nie miał wiele wspólnego z relaksem. Teraz moje ciało rozluźnia się i chociaż nie śpię, czuję, jak zmęczenie powoli ze mnie spływa.

Dan wychodzi, ale Cody zostaje przez chwilę i zdaje relację, co się działo podczas nieobecności swojego szefa. Jego słowa docierają do mnie z daleka. Trochę dzięki temu zyskuje pojęcie o metodach agenta White’a, ale i o samych X5 mieszkających w Terminal City też się trochę dowiaduję. Nie jest ich dużo. Najwyraźniej spora część jest „dochodząca”, ma życie poza Ziemią Obiecaną, pracuje i pomaga pozostałym w miarę możliwości.

To tylko przypomina mi, że ja nie opuszczę Terminal City przez najbliższe tygodnie. Znając moje szczęście ostatnio, te tygodnie mogą zamienić się w długie miesiące albo lata.

~ * ~* ~ * ~

Cody’ego nie ma już dłuższą chwilę. Siedzę na kanapie i przyglądam się moim dłoniom. Podrażnienie po kleju zeszło już zupełnie.

Biggs wychodzi z łazienki. Brał prysznic. Ma mokre włosy. Przenoszę wzrok na niego. Okrąża kanapę i usadawia się koło mnie.

„Wciąż senna?”

Potrząsam głową i związuję włosy w koński ogon.

„To nie był normalny sen. To najwyraźniej efekt uboczny odstawienia tych substancji.”

Przygląda mi się przez chwilę. Wiem, że sytuacja nie należy do łatwych, ale nie chcę być tą, która rozpocznie decydującą rozmowę. Przez ostatnie dni byłam silna i odważna i dawałam sobie radę ze wszystkim. Chociaż raz chcę mieć prawo do niepewności i słabości.

„Więc…” mówi cicho „Co, jeśli podejrzenia Nancy okażą się to prawdą? Co zrobisz?”

Robię dobrą minę do złej gry, ale chcę być przynajmniej szczera.

„Nie wiem. Nie mam pojęcia. Rozmyślanie o tym wcale nie przyniosło mi rozwiązania. Wciąż jestem w tym samym punkcie wyjścia, co w piątek wieczorem.”

„Chcesz sprawdzić te informacje?”

Kiwam głową. Nie wiem, czy wydobyłabym jakiekolwiek słowo ze ściśniętego w tym momencie gardła, tym bardziej coś przypominające „tak” lub „chcę”.

Biggs pochyla głowę i gapi się na dywan.
„Wciąż myślę o twoich słowach… tych z kuchni.”

Dobrze wiem, które to były słowa. Wiem, co mówiłam. Nie wiedziałam jednak wówczas, do kogo je kieruję. Mój żołądek skręca się w supeł. Czekam, aż coś powie.

„O swoich też.”

Mam ochotę westchnąć, ale trzymam mój oddech pod kontrolą. Co najmniej  s t a r a m  się trzymać go pod kontrolą.

„Oczywiście, podejrzenia Nancy mogą okazać się zupełnie chybione…” mówi patrząc na mnie w końcu „Ale mam głupie uczucie, że wcale nie były.”

„Dlaczego?” szepczę. Z jakiegoś głupiego powodu wydaje mi się niewłaściwe mówić głośno.

„Kilka drobiazgów, z pozoru nic nie znaczących. Im dłużej jednak szukam w pamięci, tym więcej znajduję. Ale i tak się nie dowiemy, póki nie zrobimy testu.”

„Jak to się robi? Czy w przypadku X5 istnieją jakieś wahania, w obrębie których uznaje się… więzy krwi?”

Jakoś słowo bliźnięta nie przechodzi mi przez usta. To wydaje mi się zupełnie abstrakcyjne, że mam prawie 5 lat starszego brata bliźniaka. Pochodzenie z próbówki to jedno, ale  t o ? Nawet moje pojęcie rzeczy akceptowalnych, tolerancja dla faktów z przeszłości, na które nie mam wpływu, wydaje się zupełnie zawodzić w tym przypadku. I, na Blue Lady, nie jesteśmy szczególnie podobni do siebie z wyglądu.

„Nie różni się to chyba od badania zgodności DNA. Po prostu bierzesz dwie próbki, określasz ich kod genetyczny, a potem porównujesz. Nie ma większego znaczenia, czy ktoś…”

„Przeleżał w zamrażarce pięć lat?”

Twarz Biggsa kurczy się na sekundę.

„Skąd u ciebie taki cynizm? Czechosłowacy?”

Potrząsam głową. Jak szczerość, to szczerość.

„Mogę zadać ci osobiste pytanie? Bardzo osobiste, i od razu zastrzegam, nie mające związku z informacjami na papierach Nancy?”

Waha się przez chwilę.

„Wal. Możesz zapytać, ale nie wiem, czy będę mógł na nie odpowiedzieć.”

Biorę głęboki oddech.

„Czy… gdybyś miał możliwość… teoretyczną możliwość… no nie wiem, zmienić los, zmienić bieg wydarzeń, sprawić, że przeszłość, którą doświadczyłeś i którą znasz, po prostu nie wydarzyła się? Albo wytrzeć pomysł Manticore w głów założycieli? Chciałbyś?”

Nawet nie mrugnął. Ani razu. Modlę się tylko, by odpowiedział szczerze.

„Nie.” mówi w końcu „Jakkolwiek całe to dorastanie tam, to, co robiłem… co robili inni, przyprawia mnie o koszmary podobne do twoich. Inni może i żałują przeszłości. Ja tylko… nie wiem. Przeszłość to także wczorajszy dzień, nie tylko Manticore, zabijanie, PsyOps i cała reszta. Nie znałbym Aleca, Cece, nawet ciebie. Żałując przeszłości i chcąc jej zapobiec, żałowałabym zarówno złego, jak i dobrego. Jak dla mnie, musiałbym być nieźle rąbnięty, by żałować, zwłaszcza tego dobrego…”

Szeroki uśmiech na mojej twarzy musi chyba mówić zbyt wiele o mnie. Ale co tam. Ściskam go mocno za szyję na krótki ułamek chwili.

„Dzięki. Już myślałam, że to ja jestem nienormalna.”

Sapie i udaje, że nie może złapać oddechu.

„Chodźmy, zanim mnie udusisz. Ktoś z twoją siłą zdecydowanie musi należeć do X-serii.”

Biggs wyciąga dokumenty z kieszeni. Prostuje dwie ostatnie kartki, a resztę kładzie do tekturowego pudełka w szufladzie biurka. Śmieję się więc i wstaję.

„Niektórzy twierdzą, że jestem X5 594.”

„Zabawne. Niektórzy twierdzą, że jestem X5 593.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *