Freak Nation (23)

23.

Patrząc na mapę naszej drogi, ostatnie, czego bym się spodziewała, to ujrzeć przedmieścia Seattle w niedzielę nad ranem.

Biorąc pod uwagę, że zatrzymaliśmy się kilkakrotnie na krótki odpoczynek i jedzenie, tankowaliśmy, a w miastach jechaliśmy z dozwoloną prędkością, to niemal swoisty rekord. Nie chcę nawet zgadywać, z jaką prędkością Alec kierował motocyklem. I to nie tylko na międzystanowych autostradach… wciąż lekko szumi mi w głowie.

Tak więc kilka minut po trzeciej niedzielnej nocy stanęliśmy na obrzeżach Seattle. Wjechaliśmy do jakiegoś magazynu. Seattle robi na mnie ponure wrażenie. Naprawdę, to miasto wygląda jak śmietnik. Jeśli obrzeża wyglądają tak, to strach pomyśleć, jak beznadziejnie wyglądają inne dzielnice. Ech, ale nie narzekam. Co najmniej żyję i co najmniej nie wylądowałam na jakimś laboratoryjnym stole. Nie chcę zyskać moich własnych, radosnych wspomnień z białych pokoi. Te od Maxa wystarczą mi w zupełności.

Patrząc wokół mogę zrozumieć bez trudu, dlaczego po pulsie ludzie tak rzucili się, by mieszkać w małych miasteczkach. Poza oczywistym spokojem i większym bezpieczeństwem, było po prostu łatwiej żyć we wszystkich tego aspektach. W Roswell nigdy nie uświadczyłbyś patroli na ulicach, nie było sektorów, korupcji i całego innego badziewia, które toczyło większe aglomeracje. Z Valentim jako szeryfem nie było nawet mowy o czymś takim. Nic nie umknęło jego wzroku. Pamiętna impreza w Starej Mydlarni – zamkniętej po pulsie – tylko dowodziła, że znał się na swojej pracy. Po kilku miesiącach ukrywania przed nim sekretu obcych, zaczęłam poważnie zastanawiać się, dlaczego informatorzy Valentiego nie donieśli mu o imprezie  p r z e d, a nie w jej trakcie. Po poznaniu przez niego sekretu obcych zrozumiałam jedną ważna rzecz: w przeciwieństwie do większości sztywnych, formalnych dorosłych, Valenti pozwalał czasem wyszumieć się dzieciakom z Roswell. Zapobiegało to większości innych rozrób i w mieście panował spokój. Psychologiczne podejście do tematu oszczędzało mu wiele pracy. Plus, każdy nowy w mieście był zawsze na cenzurowanym. Nie było łatwo przenieść się z jednego sektora do drugiego, nie mówiąc o stałej zmianie miejsca zamieszkania. Pewnie właśnie dlatego Topolski została nauczycielką. Nauczyciele mieli łatwiej.

„Coś nie tak?” Alec patrzy na mnie badawczo.

Potrząsam głową i wzruszam ramionami. Nie mam zamiaru dzielić się z nim wspomnieniami koszmaru Eagle Rock Military Base. Wystarczy, że Biggs wie o mnie więcej niż chciałam.

„Tylko wspomnienie imprezy, na której byłam w zeszłym roku. To miejsce mi ją przypomina.”

W jego zielonych oczach jest niedowierzanie, ale nie komentuje mojej odpowiedzi. Wyciąga komórkę i dzwoni gdzieś, gdy ja tymczasem kontynuuję lustrację tego miłego miejsca. W końcu siadam na jakiejś drewnianej skrzyni pod grubym filarem wbudowanym w ścianę zewnętrzną, z dala od okien. Co najwyżej nikt przez nią mnie nie zastrzeli.

Z rozmowy Aleca nie rozumiem nic. Mój hiszpański nie obejmuje takiego słownictwa. Widzę jedynie, że jest wkurzony i zaniepokojony. Mieszanka wybuchowa.

Ktoś przechodzi przez sąsiednie pomieszczenie, kierując swoje kroki w naszą stronę. Jest bardzo cichy i właściwie słyszę jego oddech, nie kroki. Ale skoro ja go słyszę, to moja niańka także. Mężczyzna wchodzi, nie zaszczycając mnie jednym spojrzeniem.

„Hej, Mole!” X5 kończy rozmowę „Teren czysty?”

Przypominam sobie słowa Cece. Mamy taki mały zwyczaj… W Manticore mieliśmy oznaczenie, numer. Jak rzecz. Na zewnątrz to oczywiście nie pracowało, więc zaczęliśmy nadawać sobie imiona. W przeciwieństwie do numeru, imiona odzwierciedlają to, kim i jacy jesteśmy. Hm, jak dotąd przekonałam się, że nadają imiona po cechach charakterystycznych. Więc nie zaskakuje mnie jego wygląd, kiedy światło księżyca pada na jego głowę. Chociaż, mówiąc szczerze, wygląd ma bardziej podobny do żółwia niż do kreta.

„Czysty. Nie spodziewaliśmy się ciebie tak szybko. Gdzie twoja przesyłka?”

„Za tobą.”

Kret odwraca się, chyba lekko zaskoczony. Mierzy mnie uważnym spojrzeniem. Najwyraźniej nie spodobałam się, ponieważ podchodzi do mnie z groźną miną. Nawet wyjmuje cygaro z ust. Notabene, czy palenie nie szkodzi zdrowiu? Pochyla się nade mną. Podnoszę pytająco brwi.

„Powiedziałeś jej?” ignoruje mnie. Ale Alec najwyraźniej wie, w czym rzecz.

„Skąd! Byłem ciekaw jej reakcji.”

„Reakcji?” marszczę nos. Może i nie spałam od wczoraj, przejechałam niemal cały kraj przez ostatnią dobę, ale jeszcze trochę mogę myśleć.

Alec uśmiecha się niewinnie, ale odpowiada.

„Pamiętasz swoją reakcję na pochodzenie z Manticore?”

Wznoszę oczy do sufitu… ee… nieba. Budynek nie ma sporej części dachu.

„Większość ludzi wpadłaby w trans, zaprzeczałaby, dostała histerii, a ciebie jedyne, co obchodziło to fakt, iż Jeff cię okłamywał udając twojego ojca.”

Mole patrzy to na mnie, to na Aleca, jakbym co najmniej była ciekawym szczurem laboratoryjnym. Jest co najmniej niedowierzający.

„Słyszeliśmy już, że nic nie wiedziała, ale Max ani słowem nie wspomniała o jej reakcji.”

Wzruszam ramionami i to jest cała moja odpowiedź. Co za różnica, czy pochodzę z próbówki czy nie? Jakoś musimy przyjść na ten świat, prawda? Cała ta sytuacja mogła wydawać się dziwna dla kogoś postronnego. Życie oczywiście nie przygotuje cię na takie rewelacje, ale biały pokój może. Wówczas zaczynasz cenić tych, których kochasz, rodzinę i każdą chwilę z nią spędzoną. Reszta nie ma znaczenia, zwłaszcza, jeśli nie możesz zmienić przeszłości.

„Biggs miał rację wczorajszej nocy.” 494 wzdycha, a ja nie mam zamiaru się przyznać, że słyszałam ich rozmowę „Ale do rzeczy. Max jest poza miastem, a ona miała dla ciebie przepustkę i nowe dokumenty. Musimy cię gdzieś przechować do poniedziałku rana.”

~ * ~* ~ * ~

Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, że to się skończy źle.

Czy muszę przypominać, że jestem tylko nieśmiałą dziewczyną z małego miasteczka?

Najwyraźniej Alecowi trzeba. Bo wylądowałam u niego na kanapie. No wiecie, nie przesadzajmy z tą troskliwością, przez ostatnie siedemnaście lat z okładem miałam jej pod dostatkiem. I niby dotarcie do jego mieszkania nie wymagało przebycia posterunku międzysektorowego… Hm, mogłabym przysiąc, że w miejscu, gdzie zniknęliśmy w jakimś ponurym kanale, słyszałam coś, co brzmiało bardzo jak policyjny motor. Ale zostawmy to. Jeśli Alec ma zamiar jakoś wynagrodzić mi ten szum w głowie, szaleńczą jazdę przez kraj, jego kwaśny humor i nocną pogawędkę z kimś, kto wygląda jak skrzyżowanie człowieka i żółwia i nazywa się Kret, to dam mu szansę. Jedną.

Alec siada na podłodze naprzeciwko mnie i patrzy się na mnie jak na okaz w laboratorium. Czuję się z lekka nieswojo.

„O co ci chodzi?” warczę w milutkim tonie.

Uśmiecha się niewinnie.

„Nie wiem, co masz na myśli.”

„Chcesz mi coś powiedzieć?”

Potrząsa głową.

„Dobrze.” uśmiecham się z satysfakcją i niejaką ulgą. Rozwijam koc, który przed chwilą mi przyniósł. Zrzucam poduszkę na podłogę i nakładam okrycie na głowę. „Dobranoc.” mamroczę. Zamykam oczy i w kilka sekund później odpływam w błoga krainę snu.

~ * ~* ~ * ~

Och, boli. To pierwsze słowa, jakie przemykają moją myśl, kiedy wraca mi świadomość.

Cała moja głowa pulsuje bólem. Zaciskam oczy, chcąc znowu zasnąć, ale to tylko nie pomaga. Naciągam koc na głowę i przewracam się na drugą stronę. Ledwo. Całe moje ciało jest zesztywniałe, jakbym przeleżała w jednej pozycji wiele godzin.

„Maleństwo się obudziło.”

Biggs? Otwieram jedno oko, ale pod powiekami mam z tonę piasku. Niemal słyszę, jak wysypuje się po moich policzkach i spada na podłogę.

„Spać!” mamroczę spod koca. Ale nie, pewien uparty blond mutant ma inne zdanie. Czuję, jak moje okrycie tylko zostaje niemal ze mnie zdarte. Obejmuję dłońmi głowę. „Nie lubię cię, 494!” syczę, wciąż nie otwierając oczu. Odpowiada mi śmiech.

„Musimy iść.”

„Hę?” otwieram jedno oko i napotykam brązowe spojrzenie. Biggs odgarnia włosy z mojej twarzy. Unoszę się nieznacznie. Nie lubię, jak mnie ktoś dotyka. Nie lubię, jak ktoś dotyka moich włosów. Nawet ulubiony mutant. Zbytnio mi to przypomina Maxa, jak kochał się nimi bawić.

Za oknem panuje ciemność, przyjmuję więc, że przespałam cały dzień i mamy niedzielę noc.

„Max miała wrócić w poniedziałek.”

Kiwa głową.

„Mamy poniedziałek wieczór.”

Wzdycham i siadam więc. Wcale nie czuję, jakbym spała dwa dni. No, może trochę jestem zesztywniała, ale naprawdę potrzebuję snu. Nigdy nie spałam długo, ale odstawienie substancji blokujących i awantury rodzinne ostatnich dni po prostu mnie wykończyły. Mój organizm potrzebuje snu i woła o niego na wszelkie możliwe sposoby. Oczy same mi się zamykają.

Biggs wciska mi gorący kubek w dłonie. Wącham. Kawa.

„Wiem, że nie słodzisz, ale nie jadłaś nic od soboty, a musimy się pospieszyć, by zdążyć przejść przez granice sektorów akurat w czasie zmiany warty.”

Sacharyna, cudowny wynalazek… wypijam niemal duszkiem. Potrzebuję obudzić się.

„Dzięki.” odstawiam kubek na blat kuchenny i maszeruję do łazienki. Ochlapuję twarz zimną wodą i pozwalam przez kilka sekund, by ciepło z mojego żołądka nieco rozprzestrzeniło się po moim ciele. Zdecydowanie lepiej. „Ok.” wychodzę pół minuty później z łazienki „Co potrzebuję wiedzieć z waszego doskonałego planu?”

Max chichocze ze swojego miejsca. Hm, dopiero teraz ją dostrzegłam.

„Sam stwierdził, że twoja podstawowa odporność nie została naruszona przez te substancje i możesz bez obaw mieszkać w Terminal City.”

Dlaczego w jej ustach nie brzmi to jak dobra wiadomość?

„A brzydka część tej informacji?” ziewam znowu. Kawa jeszcze nie zaczęła oczywiście działać i przez kilka chwil, zanim mój przyśpieszony metabolizm nie wyrzuci do krwi dużej dawki kofeiny, muszę się z tym pogodzić. Ale ziewanie to też „zastrzyk tlenu” dla mózgu, który w ten sposób domaga się swojego podstawowego pożywienia. Głęboki wdech, Parker… ee… X5.

„Nancy zniknęła.”

„Co za zaskoczenie…” wzruszam ramionami.

„Co oznacza, że mógł ruszyć za nami pościg. Lepiej będzie, jeśli przez jakiś czas nie będziesz opuszczać TC. Przecież dysponuje twoimi zdjęciami  i całą resztą.”

„Ok.”

Doprawdy, mutanci czasami zaskakują mnie swoim podejściem do mnie. Czego oni oczekiwali? Że rzucę się na podłogę, płacząc i tupiąc nogami w proteście? Strasznie dorośli się znaleźli.

~ * ~* ~ * ~

Terminal City to zamknięty kawałek miasta. Mam na myśli naprawdę zamknięty. Wszędzie jest co najmniej wysokie ogrodzenie z drutami kolczastymi, a budynki wokół tego stoją opuszczone. Zadziwiające, co może zrobić z ludźmi groźba choroby.

Hm, i kto to myśli? Ktoś, kogo stworzyli, by choroby nigdy więcej nie były problemem. Chyba naprawdę potrzebuję psychiatry. Nie powinno mnie to dziwić. Ludzie to ludzie. Ludzie stworzyli Manticore, Wydział Specjalny, wywołali dwie wojny światowe i spowodowali puls. Wyliczać dalej? Jestem dobra w historii.

Ale to, co sprawia, że teren jest zamknięty, to przede wszystkim reakcja ludzi. Jest jakaś reporterka, mimo późnej pory. Płonie X przy jednej z bram i jest kilku idiotów, rzucającym czymś w ogrodzenie, a jak mają szczęście, to przelatuje to nawet za nie.

Siedzę na motorze Biggsa. Zdecydowanie wolę jego styl jazdy. Chcę żyć, nieprawdaż?

Plus, nie mam nic przeciwko zacieśnieniu więzi z Biggsem. Nie po tym, co było na tych papierach. Po jego minie i taksującym spojrzeniu jakie mnie obrzucał w mieszkaniu domyślam się, że przejrzał papiery na wylot, zarówno tłumaczenie, jak i oryginał. Chociaż z drugiej strony, Max także posyła mi ciekawe spojrzenia. Równie dobrze ich obserwacja mogłaby dotyczyć zupełnie innej dziedziny mojego życia. I Aleca.

Co tylko dodaje jeszcze jedną, niepotrzebną informację do mojej wiedzy o 494.

Ech, zaczynam mieć obsesję na jego punkcie. Niedobrze.

Czekamy przez chwilę na resztę. Alec pojechał inną trasą, Max miała coś przywieźć i miała nieprzyjemną minę przy tym. Jakoś mnie to nie dziwi. Max jako lider i odpowiedzialny za wszystko nie był z tego powodu zadowolony. Zawsze, kiedy trzeba było podjąć decyzje, wyglądał jak chory szczeniak.

Zwolnij, X5. Jego tu nie ma. Już cię nie zrani.

„Terminal City ma niewielkie laboratorium. Jeśli chcesz… możemy sprawdzić informacje na tych papierach.” Biggs mówi lekkim tonem, niby przypadkowo. Ale dobrze wiem, co się kryje za tymi słowami. A może nie wiem. Rozumiem tylko możliwość, jaka odkrywa się przed nami.

Opieram czoło o jego ramię. Jakoś żadne z nas nie miało ochoty zsiąść z motoru. Zastanawiam się chwilę. Właściwie to nie wiem, co powiedzieć. Nie mam pojęcia, co w ogóle sądzić o tym. Co prawda przez całą jazdę do Seattle rozmyślałam o tym, co było na tych ostatnich dwóch stronach papierów Nancy, ale nie doszłam do niczego. Czuję się tylko zmieszana i zmęczona. Nie wiem, co czuć. Na tej liście było sześcioro martwych X5 i tylko dwoje żywych. My.

Szybciej słyszę ryk silników, niż dostrzegam dwa zbliżające się z dużą prędkością światła. Teraz albo nigdy. Podnoszę kask, by nałożyć go z powrotem.

„Naprawdę chcesz wiedzieć?” pytam się cicho, przestraszona, by nikt inny nie usłyszał naszej rozmowy „Co, jeśli podejrzenia Nancy okażą się to prawdą? Co zrobisz?”

Biggs nieruchomieje na sekundę. Potem jego ramiona rozluźniają się i słyszę, jak się uśmiecha.

„Cóż mogę powiedzieć? Tylko, że dostaliśmy od przewrotnego losu jeszcze jedną szansę.”

Uśmiecham się również, chociaż nie jestem tak pewna, jak on.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *