Freak Nation (22)

22.

Ciąg dalszy mojego patetycznego życia wydaje się nieznacznie zagrożony. Półleżę w fotelu przed monitorem komputera, którego moc obliczeniowa należy do najwyższych w świecie. Przysypiam jednym okiem. Czasami podnoszę się, by sprawdzić, jak idzie zdekodowanie znaczków. Z początku szło znacznie gorzej, ale jak tylko „powiedziałam” programowi, że pismo oparte jest na jakichś staroirlandzkich runach sprzed mniej więcej 5000 lat, wszystko poszło o wiele szybciej. Oczywiście pismo runiczne to dla mnie ciemna magia i nie mam zielonego pojęcia, jak to nawet nazwać… ale najwyraźniej program dekodujący został napisany dla takich amatorów, jak ja. Łatwość wprowadzania ograniczeń, zmiany parametrów, jest po prostu niesamowita. Wystarczyło zajrzeć do plików pomocy.

Czy muszę wspominać, że Alec nie miał ochoty zrobić tego?

Ale kiedy poszedł po świeżą kawę do automatu, otworzyłam, co potrzeba i od tamtej pory sprawa wydała mi się bardzo prosta. Aż mnie palce świerzbią, by skopiować ten program. Zrobiłby dużo dobrego w odpowiednich rękach. Z małymi poprawkami mógłby łamać hasła, programy zabezpieczające i wiele innych.

Od godziny program tworzy podstawy tego pisma. Zdecydowałam, iż od kiedy mamy niezbyt wiele czasu, lepiej zdobyć najpierw coś, co pozwoli poznać język, alfabet, słowa i gramatykę, niż tłumaczyć papiery. Jeśli zdobędziemy informacje o języku, papiery da się łatwo przetłumaczyć. Jeśli przetłumaczymy papiery, to będziemy mieli tylko przetłumaczone papiery i nic więcej. Wybór był więc oczywisty.

Alec zagląda do kodu programu i mamrocze coś pod nosem. Chyba programy komputerowe to nie jest jego dziedzina. Ja usiłuję zasnąć od pół godziny i niemal mi się to udaje. Rozluźniam całe ciało, zmęczone po tych stresujących godzinach. Ale niestety, mój umysł goni we wszystkie strony, nie pozwalając tak łatwo zapaść w sen. Normalnie przy takim zmęczeniu zasnęłabym na stojąco. Teraz tylko leżę w fotelu i udaję przed innymi, że śpię. Mam tylko nadzieję, że ten krótki odpoczynek pozwoli mi odzyskać chociaż trochę siły, czeka mnie nie tylko długa jazda, ale i jazda tylko i wyłącznie w towarzystwie Aleca. Jakieś dwa tysiące kilometrów według trasy, którą ustalili z Biggsem i Max. Nie wiem, jak oni sobie wyobrażają, że przejedziemy to na motorach… ale skoro wcześniej oni zrobili tak samo do Roswell, domyślam się, że to jest możliwe do zrobienia. Mam tylko nadzieję, że nie będą mi potrzebne jakieś szczególne cechy mutantów. Moja wytrzymałość jest na granicy załamania i nie wiem, co zrobię, kiedy adrenalina krążąca w moich żyłach i utrzymująca mnie na powierzchni tego bagna, skończy się.

Marzę o tym, by zasnąć. To jest tylko tak, że mój umysł odmawia odpłynięcia, czepia się każdej pojedynczej myśli, która się w nim pojawia. I nie wszystkie z nich są piękne, wspaniałe albo dotyczą zamieszania z mutantami. O nie. Sporo z nich dotyczy kosmicznej otchłani. Kiedy zobaczyłam ten komputer, zastanawiałam się, czy byłby w stanie przetłumaczyć Książkę Przeznaczenia. Zapewne tak. To pomogłoby czwórce w wypełnieniu ich misji. I moje myśli popłynęły automatycznie w stronę Maxa z przyszłości.

Aż do dzisiejszego ranka nie zdawałam sobie sprawy, jak głęboko to we mnie tkwiło. Wyładowanie gniewu i bólu na Maxie z tego czasu było co najmniej nie w porządku. On nic nie zawinił. Och, oczywiście, to od niego dostałam wspomnienia białego pokoju, ale to Max z przyszłości pchnął mnie przez krawędź. To on żałował życia ze mną, żałował swojej miłości do mnie. Rozumiałam to tak długo, jak długo pamiętałam o wojnie, która się zbliża. Moje serce nie rozumiało, ale umysł zmuszał się, by rozumieć, by iść dalej mimo złamanego serca. Ale zaraz potem… zaraz potem Nancy odkryła część kart mojej historii i wszystko runęło ponownie. Przecież Max z przyszłości nie dał żadnego znaku, żadnej sugestii, w niczym nie wspomniał o tym, czego miałam się dowiedzieć następnego ranka. Nie przygotował w żaden sposób, chociaż wiedział, że nie jestem w stanie tego spokojnie objąć. Minął zaledwie tydzień i wszystko pogmatwało się jeszcze bardziej… za każdą odkrytą tajemnicą zastanawiam się, co do cholery myślał sobie Max. Miłość w jakiś niedostrzegalny sposób zamieniła się w ciągu zaledwie tygodnia w piekącą, wyżerającą od środka nienawiść. Pamiętam wciąż dobrze, że Max uczynił mnie odpowiedzialną za przyszłość. „Musisz coś zrobić…” wciąż słyszę jego na wpół zdesperowany, na wpół oskarżający i wymagający glos. Zupełnie jakby młoda, nastoletnia dziewczyna była w stanie zapobiec wojnie!

Ale wtedy dociera do mnie, że Max z przyszłości wiedział, że jestem genetycznie zaprojektowanym żołnierzem i cała złość i rana i gniew ponownie wylewają się do mojej duszy. To jest tylko tak przygniatające, tak dołujące, że nie jestem w stanie łapać normalnie oddechu. Jak to się stało, że my, że Max i ja skończyliśmy w ten sposób? Jak zła była przyszłość, że Max z nieśmiałego, niewinnego i dobrego chłopca zamienił się w kogoś, kto z czystym wyrachowaniem doprowadził do takiego rozłamu w grupie i do mojego załamania się?

Przecież gdyby Max mnie zaakceptował, gdyby wiedział o moim pochodzeniu, gdybyśmy w noc koncertu Gomeza kochali się… przecież zostałabym w Roswell. Jestem pewna, że Alec i inni X5 pomogliby rozwiązać problem Nancy. I kiedy myślę „rozwiązać problem” nie mam na myśli zabójstwa. Istnieje wiele dróg, by wymóc współdziałanie. Poddaliby ją takim samym próbom jakie robiono w PsyOps i prawdopodobnie wszystko skończyłoby się dobrze.

Aż nadszedłby koniec świata.

Wzdrygam się w moim półśnie. Wspomnienie tortur Pierce’a przechodzi przez mój umysł. Nic nie mogę poradzić na dreszcz bólu i strachu, który przenika moje ciało. Kurczę się nieznacznie, mając nadzieję, że nikt nic nie zauważył. Moje palce zaciskają się na oparciu fotela. Czuję, jak milimetr po milimetrze, ostrze stalowe ostrze sunie po mojej skórze, oświetlonej specjalnymi, chirurgicznymi lampami. Ściany pokoju są prawie białe, zbudowane z jakiegoś rodzaju kasetonów. Mój żołądek zaciska się, kiedy łapię przelotne spojrzenie kpiących oczu, wpatrzonych we mnie, jak ojciec, karzący niegrzeczne dzieci. A nie mówiłem? zdają się mówić, szydzić ze mnie. Moje usta otwierają się do wrzasku, ale tylko pozostaję niema. Ból ściska moje gardło i tylko jęczę cicho.

„Sh…” czuję nagle na głowie jakieś ciepłe dłonie. Głos dobiega mnie z daleka. Jest jakoś znajomy, ciepło palców przebiegających po moich włosach także. Powoli, powolutku odprężam się, chociaż ból przewierca moją pierś na wylot i trzyma mój oddech płytkim.

Odpływam. Wszelkie zakończenia nerwowe nagle odmawiają posłuszeństwa i obręcz bólu na moim ciele tylko ustępuje, jak dłoń gładzi mnie delikatnie po głowie. Druga ostrożnie wodzi po skórze mojej twarzy. Czuję opuszki palców, ciepłe, badające każdy zakamarek, jakby niezdolne oderwać się ode mnie.

„Jezu, Alec, nie mógłbyś chociaż raz odpuścić?” słyszę nagle drugi głos, dochodzący gdzieś spoza mnie. Co za dziwny sen… myślę.

Wszystko, co mogę, to tylko wsłuchiwać się w ten drugi, męski głos, brzmiący tak gniewnie, ale i z ostrzeżeniem. Lubię ten głos. Wydaje się troszczyć o mnie. I to jest bardzo miłe i przyjemne i ciepłe uczucie wzbiera wokół mojego serca. I jak tylko słyszę go ból i białe ściany odchodzą w dal. Jakby ktoś przyniósł mnie do światła.

I kocham światło.

„Jest taka śliczna… i niewinna.” w tym zmysłowym głosie słyszę zdumienie.

„Jest jeszcze dzieckiem, wbrew temu, co mówi twoja druga głowa. Maleństwo. Sam ją tak nazwałeś, nie pamiętasz?”

Jest ciche westchnienie, pełne rezygnacji. Dłoń opuszcza moją głowę i czuję gwałtowne uczucie straty, które przywraca mnie powoli do rzeczywistości.

Otwieram oczy i widzę wpatrzone we mnie z troską brązowe oczy.

„Dziękuję…” poruszam bezdźwięcznie ustami, kiedy widzę, że Alec siedzi przy monitorze, odwrócony do nas plecami. Biggs kiwa powoli głową i wraca do monitorowania pomieszczeń uniwersytetu, przylegających do naszego małego pokoju.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *