Freak Nation (2)

2.

„Boże, na kogo mama tak krzyczy?!” przewracam się na łóżku. Spojrzenie na zegarek. Kilka minut po dziesiątej. Zaspałam do szkoły. Teraz zaczyna się chyba już trzecia lekcja. Ale kogo to obchodzi? Mój świat skończył się poprzedniej nocy. Nie ma już nic, dla czego warto by było walczyć.

Westchnienie i ponowny przewrót w skotłowanej pościeli. Głowa boli jak nigdy wcześniej. Czuję, jak pulsuje krew w moich żyłach. Bicie serca staje się z każdą minutą coraz bardziej irytującym, jednostajnym bębnieniem.

Naprawdę staram się zignorować te wrzaski, ale głos mamy wrzyna się niczym sztylet w moją zmaltretowaną głowę. Nie łapię sensu toczącej się awantury. Język jest dziwny. Przypomina bardzo angielski i coś dziwnego, śpiewnego. Może ojczysty język mamy? Nie wiem, nie słyszałam go nigdy. Mimo wszystko słowa, które dochodzą do moich uszu nie mają żadnego sensu.

Wzdycham i drepczę do łazienki. Z lustra patrzy na mnie własna wymizerowana twarz. Jestem cieniem samej siebie. Na moment wspomnienie poprzedniego wieczoru przenika moją obolałą głowę, wspomnienie spojrzenia taty, kiedy przekroczyłam próg Crashdown.

Wydawało się, jakby wszelki kolor spłynął z jego twarzy. Zanim zdążyłam zrobić dwa kroki, już trzymał mnie mocno w swoich objęciach. Jak wspaniałe to było uczucie! Wiedzieć, że wszelkie troski odpłynęły daleko, że cokolwiek złego się stanie, zawsze będzie dla mnie miejsce w ramionach taty. Nie mogę się nie uśmiechnąć na to wspomnienie. Tym jednym uściskiem roztopił we mnie cały lód. Jedyne, co mnie wówczas bolało, to fakt, iż tak wiele muszę przed nim ukrywać. Wszystkie kłamstwa, jakie zaserwowałam przez ostatni rok… to wszystko wciąż tam jest, wciąż oddziela mnie od rodziców. Jakże mocno chcę wyrzucić z siebie wszystko, co mam w sercu: Maxa z przyszłości i własne połamane uczucia. Jak mała dziewczynka chciałam, by mnie przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze.

Lecz zamiast tego wyswobodziłam się z jego ramion i poważnym tonem spytałam, czy mógłby zapłacić taksówkarzowi. I zaraz potem, jak tylko wyszedł na zewnątrz, zebrałam resztkę sił i umknęłam do pokoju. Zaszyłam się w łazience.

Obojętnie jak długo stałam pod prysznicem, obojętnie ile gorącej wody spłynęło po moim ciele, nie mogę zmyć z siebie obrzydzenia do samej siebie. Nic nie zmyje ze mnie piętna zdrady.

Zabawna piżamka nocna, kupiona razem z ciotką Mandy podczas wakacji na Florydzie, wydała mi się wówczas tak nagle nie na miejscu. Wcisnęłam ją w kąt kosza na bieliznę i otuliłam się tylko szlafrokiem.

Kiedy wyszłam z łazienki, zastałam zasłane łóżko, a tata zamykał właśnie ono prowadzące na balkon. Na kluczyk. Wydawało mi się to wówczas… ironiczne. Obojętnie jak bardzo chciałby mnie chronić przed złem świata, to już się stało. Dawno temu. Obcy, biały pokój, koszmary o Piersie… cała plejada.

Położyłam się. Nie było innej opcji, nie posłuchać jego troskliwego i zaniepokojonego głosu. W rezultacie przewracałam się niespokojnie na łóżku przez prawie całą noc. Zasnęłam dopiero nad ranem, kiedy obudziły mnie wrzaski, które teraz wbijają się sztyletem w moją głowę. Chyba naprawdę powinnam iść do lekarza.

Cichaczem przemykam się do Crashdown. Na szczęście w restauracji panuje zwyczajny gwar i nic więcej nie słychać. Tata stoi za ladą i robi wiśniową colę do większego zamówienia. Jego spojrzenie wyraża ciche pytanie, czy wszystko dobrze. Mogę tylko uśmiechnąć się uspokajająco. Wraca więc do swoich zajęć, ale posyła mi od czasu do czasu zatroskane spojrzenie. Muszę więc opanować ból głowy, ponury nastrój i ze spokojem zjeść spóźnione śniadanie.

Siedzę w pustym boksie. Metodycznie przekładam wszystko z tacy. Nawet sztućce układam z niemal matematyczną precyzją. Co mi szkodzi? Niech uznają mnie za wariatkę i zamkną w odosobnieniu. Przynajmniej nie będę musiała iść do lekarza – zbadają mnie na miejscu.

Po namyśle stwierdzam, że to jednak zły pomysł. Mogliby odkryć, że wciąż jestem dziewicą. Cały plan runąłby dokładnie tak, jak moje życie ostatnio: jak domek z kart.

Więc jem. Normalnie. Mój organizm potrzebuje tego; potrzebuje pożywienia, by mnie nie zamknęli.

Czuję na sobie czyjś wzrok. Pewnie znowu tata. Ale kiedy unoszę oczy, widzę spojrzenie, które wcale nie należy do taty. Nie ma w nim ciepła i miłości. Nie ma troski. Za to wyraża zapiekłą nienawiść i wrogość. Jest coś naprawdę przerażającego w  tym spojrzeniu. Zupełnie jakby uleciało w dal wszystko to, co się stało przez ponad rok. Wszelkie porozumienie zanikło. Dzieli przepaść jeszcze większa niż kiedykolwiek.

I nagle Isabel obojętnie odwraca wzrok, zupełnie jakby patrzyła na stary, zużyty mebel. Tłumię wrzask, który nagle pojawia się w moim gardle. Zostaje cichy jęk, którego praktycznie nikt nie słyszy.

Zawsze twardo przyjmowałam wszelkie przeciwności, następstwa swoich pomyłek i błędów. Nie lubiłam ich, nie lubiłam patrzeć jak z powodu moich błędów, staje się coś złego. Ale to… to jest bardziej bolesne, niż kiedykolwiek doświadczyłam. To nie jest głupia pomyłka czy słowo wypowiedziane nieopatrznie w gniewie. Zaplanowałam i odsunęłam od siebie Maxa w najbardziej dotkliwy i okrutny sposób, jaki przyszedł do mojej głowy… z wybitną pomocą Michaela Kamiennej Ściany Guerina. Jak więc mogło nie przyjść mi dotychczas do głowy, że raniąc Maxa, staję po przeciwnej stronie barykady? Isabel, Max… i Michael. Mieli tylko siebie, dopóki ja nie weszłam do ich małego, bezpiecznego światka i nie zburzyłam ścian kryjówki, wynosząc sekret na światło dzienne…

Zadałam ranę. Tym boleśniejszą, że przysięgałam nie skrzywdzić, chronić. Przysięgałam miłość i oddanie.

Jak więc Isabel ma nie zwrócić się teraz przeciwko? Jak może nie stanąć po stronie jedynej rodziny, jaką ma? Przez chwilę pali mnie uczucie zazdrości. Zazdroszczę Maxowi. Siostry. Jej lojalności. Być może niektórzy nazwą ją wredną, zimną Księżniczką Lodu, ale w tej chwili ja – wobec której Isabel zwraca teraz swoją niechęć – mam ochotę wrzeszczeć do świata, że chcę, by ktoś tak przy mnie wiernie stał, popierał, kochał… nie ważne, co się stanie, co zrobię.

Ale sama pozbawiłam się kogoś takiego. Jest taki mały głosik w mojej głowie, zwany powszechnie sumieniem. Mówi mi on prosto z mostu, że sama jestem sobie winna. I że będzie tylko gorzej.

Mam ochotę schować się w ciemnej szafie, kiedy to do mnie dociera w całej okazałości – jak zareagują inni. I nawet Kyle będzie płacił za moje błędy. W przeciwieństwie do mnie samej, wydaje się, że nie ma on nic przeciwko staniu po przeciwnej stronie barykady. Jego tata wciąż przypomina mu, że zawdzięcza Maxowi życie… a Kyle ripostuje, że nigdy by go nie stracił, gdyby nie Max. Najgorsze, że ma rację i wszyscy o tym wiemy. Kyle nie prosił, by zostać członkiem klubu Znam Kosmitę. O nie. Z chęcią by się wypisał… ja także. Ale to niemożliwe. Członkostwo jest dożywotnie.

Wzdycham i jem dalej. Naleśniki z bitą śmietaną i musem truskawkowym… Truskawki.

Tracę ochotę na jedzenie. Truskawki przypominają mi marcowe dni… głodne pocałunki Maxa, pasję, nieprawdopodobne pragnienie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. To były dwa szalone dni i jedna szalona noc. Kiedy w apartamencie Michaela leżeliśmy na łóżku, całując się i dotykając, nie pragnęłam niczego bardziej niż poznać jego całego. Niczym gorączka, pragnienie zaćmiewało mój umysł. Nie byłam w stanie myśleć racjonalnie, nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.

A jeszcze nie tak dawno temu twierdziłam, ze nie jest na to gotowa. Teraz jednak rozumiem doskonale, jak doszło do tamtej przyszłości… Teoria Maxa zaczyna mieć sens. Zaczyna docierać do mnie.

Wzdycham ponownie i upijam łyk mojego koktajlu. Krzywię się z niechęcią, czując na języku smak. Też truskawkowy. Ale potrzebuje czegoś, co mnie ochłodzi. Samo wspomnienie tamtych dni sprawia, że ciało ogarnia bardzo przyjemne ciepło. To jest ostatnie uczucie, jakie chcę w tej chwili doświadczać. To tylko torturuje bardziej… mocniej… uświadamia tak dotkliwie z czego zrezygnowałam. A nie czuję się na siłach, by zostać świętą męczennicą.

Isabel ponownie patrzy na mnie, wysyłając absolutnie doskonałe śmiercionośne-obce-spojrzenie. Tracę wiec zupełnie ochotę na jedzenie. Rozglądam się pod restauracji – ani śladu taty. Korzystam z szansy, stawiam wszystko z powrotem na tacy – już bez matematycznej precyzji – i idę na zaplecze. Nie uciekam przed Isabel. Tylko straciłam ochotę na jedzenie.

Nagle czuję, jak włoski na moim karku stają dęba. Znajome uczucie niebezpieczeństwo!  uderza we mnie z niesamowitą siłą.

„Hej. Jak tam głowa?” słyszę za moimi plecami. Odwracam się i uśmiecham do brunetki. Tym razem ubrana jest w seksowny, czarny strój, a w ręku trzyma kask. Wygląda jeszcze lepiej niż poprzedniego wieczora. Tłumię uczucie zazdrości. Ja sama wyglądam okropnie po nieprzespanej nocy, bez makijażu. A propos makijażu, przydałby się jakiś. Dobry wygląd podobno pomaga przy stawianiu czoła przeciwnościom. Teraz… teraz potrzebuję wszystkiego. Tak czuję. Chociażby niech głupi makijaż będzie maską, za którą mogę się skryć.

„Dziękuję.” uśmiecham się. „Nie za dobrze, ale  to przejdzie. Widzę, że znalazłaś Crashdown…”

„Taaak. To ostatnie, czego  się spodziewałam, a zarazem było tak, jak przewidywałam. I mam na imię Max. Max Guevara.”

„No dobrze… Max.” mrużę oczy, bo w końcu do mojego otumanionego mózgu dociera, że dziewczyna prowadzi ze mną pogawędkę. Prawdopodobnie, by pozbyć się widocznego zdenerwowania. Ponieważ nie uderza mnie ona jako wyładowująca-zdenerwowanie-podczas-rozmowy-z-obcą-dziewczyna typ, musi być naprawdę zdenerwowana… i przestraszona. Nie wiem, czego. Być może ma to związek z faktem, iż przyszła porozmawiać z moją mamą. „Czy moja mama na ciebie wrzeszczała… czy to tylko echo moich dzisiejszych koszmarów.” podnoszę pytająco brew.

Powszechnie wiadomo, że najlepszym lekarstwem na własne kłopoty, jest zajmowanie się cudzymi. Łapię się więc desperacko tego tematu w nadziei, że jakoś zajmie moje samoudręczające myśli… na jakieś 5 sekund.

„Ty… jesteś jej córką?” dziewczyna szepcze w niesamowitym tonie. Jest w nim niepewność, zdumienie, jak i coś na kształt ulgi. Nie jestem dobrym psychologiem. „Dlaczego wczoraj nic nie powiedziałaś?”

„Zwykła ostrożność.” wzruszam ramionami, jakby to była duża sprawa. Budzisz się po napadzie w obcym łóżku bez portfela i pieniędzy… przezorność, chociaż zdecydowanie spóźniona, wciąż jest w cenie. Mogłam przecież stracić życie lub coś jeszcze. Na samą myśl robi mi się słabo.

Dziewczyna otrząsa się ze zdumienia. Potem patrzy na mnie i studiuje uważnie, powoli. Co dziwne, nie jest to spojrzenie oceniające. Jakoś wiem – nie wiem, jak ale wiem, że zostałam zaakceptowana. Zupełnie jakby bycie córką Nancy Parker wciągało mnie automatycznie na listę jej ulubionych znajomych. Zadziwiające, biorąc pod uwagę bezsprzeczny fakt, iż wrzaski mojej mamy na tę dziewczynę wbijały nie tak dawno sztylety w moją zmaltretowaną przez złodziei głowę.

„Więc o czym rozmawiałyście?” pytam się tym razem prosto z mostu.

„Nie słyszałaś?”

Wznoszę oczy do nieba… ee.. sufitu.

„Słyszeć nie znaczy zrozumieć. Właściwie to słyszałam mamę, nie ciebie.” nagle przychodzi mi na myśl coś nieprzyjemnego. „To chyba nie były złe wieści, nieprawdaż?” pytam zdjęta nagłym lękiem.

„Zależy dla kogo!” dziewczyna parska śmiechem. Co jest zabawnego w tym? Mam na myśli, ona naprawdę jest czymś jednocześnie rozbawiona jak i zdumiona. I jest to niesamowite uczucie w moim żołądku, że dotyczy to mojej niewiedzy o temacie awantury. „Poprosiłam ją o pomoc, ale wygląda na to, że to pani Parker potrzebuje, by ktoś pomógł wyprostować jej pomyłki przeszłości.”

Dziewczyna mówi wolno, badając moją reakcję. A ja wciąż jestem jak dziecko w cyrku, czekające by z kapelusza maga wyskoczył kolejny biały królik.

„No cóż, chyba jednak lepiej będzie dla ciebie nie odwiedzać lekarza. A dla mnie będzie lepiej, jak się zmyję, zanim ona zobaczy, że się znamy. Jeszcze byłaby gotowa oskarżyć mnie o tamten napad.”

Brunetka przechodzi koło mnie. Oszołomiona patrzę, jak znika za tylnymi drzwiami. Po chwili dociera do moich uszu ryk odpalanego silnika. Hm, może nawet dwa. Ale po chwili dźwięk niknie w zwyczajnym gwarze miejskim.

Co mnie ominęło? Wchodzę więc po schodach. Co ta dziewczyna ma na myśli? Czy chodziło o pochodzenie mamy? Wiem, że mama była nielegalną imigrantką. Pochodzi z Irlandii, ale ten temat stanowi tabu w naszym domu. Cokolwiek wygnało ją z ojczystego kraju, zostało zakopane głęboko.

Wchodzę do dużego pokoju i staję naprzeciwko mamy. Podczas gdy Max była zdenerwowana, przestraszona i lekko zdziwiona moją niewiedzą, tak bijące od mojej mamy fale przerażenia i rozpaczy po prostu oślepiają.

I nagle, po raz pierwszy w ciągu tych ostatnich dziwnych dni, zaczynam rozumieć, że nie tylko przyszłość jest ważna. Ważna, być może nawet ważniejsza, jest przeszłość.

~ * ~* ~ * ~

Kiedy tylko ta myśl dociera do mojego mózgu, w moim wnętrzu budzi się gniew. Co ukrywa mama? Jaką przeszłość? Czy to ma jakiś związek z irlandzkim pochodzeniem? Co takiego sprawiło, że mama – wbrew swojej woli jak mi wiadomo, ponieważ podsłuchałam kiedyś rodziców – uciekła z ojczystego kraju i już nigdy nie wypowiedziała słowa o nim? Co ją tak przeraża?

„Mamo…” robię kilka niepewnych kroków. Ale ona tylko potrząsa głową, zrywa się i wpada do sypialni. Huk zatrzaskiwanych drzwi słychać chyba na drugim końcu miasta. Jakoś nie rozbija to mojej głowy. O nie. Dociera za to do innej części mnie, raniąc o wiele boleśniej.

Patrzę na tatę, który staje pod drzwiami. Niepewnie podnosi rękę, waha się, czy zapukać… W końcu jednak jego wysiłki dotarcia do mamy spełzają na niczym. Patrzę, jak wychodzi z sypialni, jego ramiona opadnięte są w poczuciu bezradności. Na szczęście jednak widzę w jego spojrzeniu jakiś błysk. Błysk, który bardzo chcę interpretować jako odrobina nadziei.

Obejmuje mnie mocno i głaszcze po głowie. Wydaje się, że zapomniał o moim wielkim siniaku… ale ból głowy nie wydaje się niczym wobec tego prostego faktu, że moje życie zamienia się w przerażającą ruinę… a ja nic nie mogę zrobić.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *