Freak Nation (19)

19.

To było złe. Paskudne. Odesłanie Biggsa przed rozmową z pozostałymi członkami klubu ZK było jedna z najmniej mądrych rzeczy, jakie zrobiłam w życiu. Biggs teraz przechadza się ulicą. Wyjątkowo, nie chciałam, by podsłuchiwał, chociaż wiedział o obcych. Nie chciałam, by inni wiedzieli o jego obecności, ponieważ to tylko uczyniłoby sytuację jeszcze bardziej niezgrabną.

Jak mogłam być tak głupia?

Jak mogłam tego nie przewidzieć?

Max przyszedł pierwszy. Sam. Kwadrans przed czasem.

Michael pojechał po Marię. Byliśmy więc sami z Kyle’m w mieszkaniu. Skorzystałam z okazji i spytałam się, gdzie położyć coś, co musi przeczytać tylko i wyłącznie Michael. I musi się natknąć na to szybko, zanim ktokolwiek inny to znajdzie.

Kyle zaproponował łóżko… czy też pod nim. Nie mam pojęcia, co faceci trzymają pod łóżkiem, ale był tak pewny swojego wyboru, że tylko odsłoniłam narzutę… i znalazłam całą kolekcję filmów VHS. Król Lew, Mała Syrenka, Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy…

„Zaginione dzieciństwo Guerina?” ton Kyle’a jest żartobliwy, ale żadnemu z nas nie jest do śmiechu. Kładę pamiętnik koło kaset i poprawiam narzutę. Nagle słyszę, jak Kyle łapie wdech.

„Co jest?” zerkam na niego niepewnie. Patrzy się na mnie osłupiały.

Jego wzrok wędruje po mojej szyi.

„Przeglądałaś się dzisiaj w lustrze?” pyta się mnie po chwili, z niedowierzaniem w głosie.

Wzruszam ramionami.

„Parę razy.”

„Więc lepiej obejrzyj się jeszcze raz, zanim zobaczy to Evans i dostanie zawału serca.”

Wparowuję do łazienki i zapalam światło, przecierając szybę. Nic szczególnego nie widzę.

Kyle opiera się o framugę i zakłada ręce na ręce.

„Zgięcie szyi.”

Odchylam bluzę, już wiedząc, o czym prawdopodobnie mówi. Ślady wcześniejszego zapomnienia. Nikt, kto to zobaczy, nie będzie miał najmniejszej wątpliwości, co to jest.

Dotykam ostrożnie. Nie boli. Nic nie czuję. Mimo to jest ciemny znak na mojej skórze, który tylko przypomina mi pewnego zniewalającego mutanta.

Kto jeszcze to widział?

Biggs? Na pewno.

Cece? Możliwe. Podobnie Michael.

Niech tylko cię dorwę w swoje rączki, Alec…

Śmiech Kyle’a mówi mi, że wypowiedziałam to na głos. Psiakrew.

„Tak myślałem.” kręci głową „Cieszę się w twoim imieniu. Tylko uważaj na Maxa. On wciąż nie może uwierzyć w to, co widział. Albo nie. Raczej usiłuje to zepchnąć na bok. Facet desperacko wierzy, że znów będziecie razem, mimo twojego błędu.”

„Błędu?” czy mój głos brzmi tak zdumiony, jak tylko ja się czuję?

Gaszę światło i wracamy do głównego pokoju. Siadam na kanapie, Kyle obok mnie.

No cóż, kanapa także może być. Co prawda nie jest tak idealna, jak schodki, ale…

Chyba mi odbija. Naprawdę potrzebuje psychiatry. Albo kogoś innego, kto pomoże wyjść mi z tego psychicznego chaosu.

„Nie tak dalej jak wczoraj wieczorem słyszałem rozmowę Isabel i Maxa… chciała przyjść do ciebie, wiesz?”

Kiwam głową. Czy wiem o tym? Była u mnie. Ale na razie tego nie mówię.

„Wiesz, co powiedział? Że to był jednorazowy błąd, chwila słabości. Że więcej to się nie powtórzy.”

Wstrzymuję oddech, kiedy kontynuuje z niejakim zdziwieniem w głosie.

„Potem zaczął oskarżać mnie o branie korzyści z twojego stanu duchowego. Najwyraźniej masz jakieś kłopoty rodzinne, o których nie chcesz mówić. Podobno rozmawiał z Marią, która to potwierdziła. Gdyby tylko znał prawdę…”

Obejmuję ramionami głowę. Nie mogę uwierzyć.

Kiedy świnie zaczęły latać?

Niedobrze mi.

Przestałeś mnie kochać, Max.

Zrywam się na nogi i biegnę do drzwi. I wówczas tylko one otwierają się gwałtownie i staje w nich Max z rozpromienionym wzrokiem.

~ * ~* ~ * ~

Ignoruję go. Kompletnie. Cofam się najpierw do pokoju i słyszę jak Kyle przeklina pod nosem.

A niech to. Jednak mam poprawiony słuch.

Wiwat geny X5!

Max wchodzi powoli do środka. I wówczas tylko zrywam się i wychodzę szybko na zewnątrz, zanim on zdąży zareagować inaczej niż rozkochanym wzrokiem, który wlepił we mnie od pierwszej sekundy.

Musiał słyszeć co najmniej słowa Kyle’a.

Robię zaledwie kilka kroków na chodniku, kiedy Max chwyta mnie gwałtownie za ramię. Obraca. Jego uścisk jest bolesny i wcale mi się to nie podoba.

Wyrywam się.

„Liz?” Biggs wyrasta nagle jak spod ziemi. Może nawet tam był. Nie obchodzi mnie to. Ważne, że jest tutaj. Przy mnie.

„Musimy porozmawiać, Liz!”

Wzdrygam się. Jego głos jest tak pełen nadziei, tak pełen desperacji, że to niemal dociera do mojego serca. Czy też resztek tego, co zostało po tym, jak je rozbił tydzień temu. Niemal, bo wciąż żyję, wciąż oddycham.

„Zostaw mnie w spokoju, Max. Nie mamy o czym mówić.” silę się na spokój.

Max robi krok naprzód, ale Biggs jest szybszy. Zresztą, nie sądzę, by jakikolwiek kosmita był szybszy niż mój ulubiony X5, który staje pomiędzy nami.

„Słyszałeś! Zostaw ją!” mówi spokojnie. Jego ton nie pozostawia wątpliwości, że Max porozmawia ze mną po jego trupie. Mam ochotę uścisnąć go w podzięce.

Ramiona Evansa opadają, szczęka zaciska się. Przypomina tygrysa czającego się do skoku.

„Nie masz żadnego prawa  m ó w i ć  mi, co będę robił!” warczy.

„Racja. Ale mam święte prawo  d e c y d o w a ć, co będzie robić Liz. I jeśli mówię, że nie ma ochoty na pogawędkę z tobą, to jej nie ma.”

Max gapi się na niego przez chwilę, ale potem bursztynowe spojrzenie wraca na mnie. Nie mogę powstrzymać dreszczu. Jego oczy błagają i proszą mnie o zrozumienie.

„Dobrze.” mówi wreszcie i cofa się do mieszkania Michaela. Oddycham z ulgą. Biggs odwraca się do mnie i przytula.

„W porządku?” szepcze niemal bezgłośnie do ucha. Kiwam głową.

„Tak. I chyba naprawdę wraca mi słuch.”

„Chociaż jedna dobra nowina. Chodź, przejdziemy się, zanim inni przyjadą.”

~ * ~* ~ * ~

Spotkanie przebiega w bardzo napiętej atmosferze. Czechosłowacy nic nie wiedzą, Courtney także. Wszyscy gubią się w domysłach. Jedyne, co jest pewne, to fakt, że pogrzeb ma się odbyć w „rodzinnym” miasteczku kongreswoman – Copper Summit. Siedzę sobie na kanapie, obok Kyle’a i słucham ich paplaniny. Przyglądam się szeryfowi. Wygląda na zmęczonego i zaniepokojonego. No i mojej uwadze nie uciekają niechętne spojrzenia, jakie rzuca Maxowi.

Isabel stara się trzymać Maxa z dala ode mnie. Jestem jej za to wdzięczna, a już zwłaszcza, kiedy odpowiada na pytania skierowane do mnie. Nie czuję się na siłach uczestniczyć w tej jałowej dyskusji.

Kyle także rzadko się udziela. Po jego minie wnioskuję, że ma ogromną ochotę zdzielić nieustraszonego lidera czymś naprawdę ciężkim. Za każdym spojrzeniem, które Max posyła mnie, szczęka Valentiego zaciska się coraz mocniej. Zaczynam obawiać się, czy nie dojdzie do jakichś rękoczynów.

I wówczas nagle dzwoni moja komórka. Patrzę na wyświetlacz i strach ściska moje serce.

Nancy.

Wstaję z kanapy i podchodzę do okna. Liczę w myślach do dziesięciu, naciskam zielony przycisk i mówię głosem, z którego byłby dumny nawet Lydecker. Nie ma w nim śladu mojego strachu, tylko lekkie rozbawienie i zaniepokojenie ewentualną rodzicielską reprymendą.

„Cześć, mamo. Tak, tak, wiem, nie wolno mi wychodzić bez pozwolenia…” mówię szybko, zanim zdąży cokolwiek powiedzieć „Ale tylko Maria wpadła w swój tryb huraganu i zagroziła, że jeśli z nią nie wyjdę na zakupy, to koniec naszej przyjaźni. Możesz się nie wściekać?”

Mój głos ma odpowiednią błagalna nutkę. Łapię absolutnie zaskoczone miny Czechosłowaków i samej Marii. Szeryf marszczy brwi, a Kyle jest spokojny. W końcu pomógł mi wcześniej uniknąć problemów.

Nancy ciężko wzdycha.

„No dobrze, mam nadzieję, że to jedyny i ostatni raz. Te zakupy wisiały nad tobą od soboty.”

Oddycham z ulgą.

„Ale to nie oznacza, że nie ominie cię kara.”

„Mamo…” jęczę.

„Złamałaś zasady, Liz. Odchodziliśmy od zmysłów ze zmartwienia!”

„Biggs jest z nami!” protestuję „Ledwo zipie od jej nieustannej paplaniny.”

Nancy chichocze. Tak, podejść wroga psychologicznie. Niech wierzy w iluzję.

Obca substancja, która zabija komórki macierzyste.

„Długo to jeszcze potrwa?”

Hm, świetne pytanie. Nie mam pojęcia, ile jeszcze zajmie to spotkanie i ile czasu mogę bezpiecznie podać, żeby być daleko od Roswell, kiedy Nancy zacznie mnie szukać.

„Nie mam pojęcia. Ale postaram się wrócić wcześnie, bo Kyle obiecał mi przynieść lekcje z tygodnia. Nie wiesz może, czy…?”

„Tak, przyniósł.”

„Świetnie!” uśmiecham się z satysfakcją. Po chwili rozłączam się i odwracam z powrotem od grupy. Widzę ich pytające spojrzenia, ale wybieram zignorować je.

„To na czym stoimy?” pytam po raz pierwszy w tej dyskusji.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *