Freak Nation (16)

Freak Nation 16.

Unoszę wzrok na Aleca. Jest poważny, żadna aluzja rozbawienia czy flirtu w jego oczach. Szereg pytań, ale i pewność tego, co wie, co mówi. Mój umysł zatrzymał przyjmowanie informacji po słowach, które rozpruwają moje wnętrzności: Ktoś ci ją podaje dość długo. Słyszę bicie mojego serca, słyszę każdy szmer w tym pokoju. Moja głowa pulsuje w oczekiwaniu na to, co powie.

„Jesteś X5.” mówi w końcu.

Zaciskam oczy, zupełnie jakby to miało sprawić, że jego słowa nie dotrą do mnie, nie wwiercą się w mój umysł i duszę. Jakby to już się nie stało, jakby jego wcześniejsza uwaga o substancji zabijającej komórki macierzyste nie harcowała po mojej głowie, po całej mnie, maltretując moje wnętrzności. Ściśnięty żołądek protestuje ostrym bólem, zaciśnięte dłonie palą żywym ogniem, ale kto do cholery o to dba?

Nie ma sensu zaprzeczać.

Zaprzeczenie nie prowadzi donikąd. Możesz udawać, że pewne rzeczy nie istnieją, ale potem to i tak cię dopada, rani jeszcze dotkliwiej. Mogę zaprzeczać, że oprócz testu DNA nie istnieje żaden głupi dowód na moją tożsamość, ale cichy, wredny głosik w mojej głowie tylko powtarza obca substancja, która zabija komórki macierzyste. Co jeszcze krąży we mnie, że nic nie zauważyłam dotychczas? Jakie paskudztwo noszę w sobie? I kto do cholery dawał Nancy tę substancję? Manticore? Inny mutant? Albo ona sama potrafiła to zrobić?

Czuję, jak palce Aleca przebiegają po moich włosach, odsłaniając kark. Jego dłoń jak zwykle jest ciepła. Ale ten dotyk nie sprawia mi przyjemności. Wręcz obrzydza. Cofam się.

„Nie mam kodu.”

„Wiemy.”

Zamykam oczy. X5. Ja? Mój umysł już goni, już wyszukuje luki w tej wiadomości. Zupełnie jak po tym, jak Max z przyszłości zniknął.

Krzywię się. Nie chcę myśleć o Maxie. Od porannej rozmowy z Isabel nie myślałam o nim wcale.

„Wykrył może jak była podawana ta substancja?” mój głos jest szorstki i nawet mnie się nie podoba. Alec cofa w końcu dłoń.

„Nie. Za wcześnie. Wygląda jednak na to, że od kilku dni jej nie otrzymujesz.”

„Czy… wymyślono coś, co blokuje inne cechy?”

„Nie Manticore!” Biggs zeskakuje z parapetu. Przechodzi przez pokój i wyjmuje z szafki jakąś teczkę. Podaje mi ją. Otwieram na doskonałym zdjęciu agenta White’a. „Facet pochodzi z kultu zwanego Familiars. Pojęcia nie mamy, co jest ich celem, ale oni najwyraźniej od pięciu tysięcy lat prowadzą coś w rodzaju hodowli ludzi. Mają lepsze zmysły i nadludzką siłę. I za wszelką cenę chcą wytrzeć mutantów z powierzchni ziemi. Prawdopodobnie z powodu naszej odporności… oraz faktu, że Sandman, o którym słyszałaś, pochodzący także z kultu, zbuntował się i odszedł, przyłączając do Manticore. Niektórzy sądzą, że chciał zbudować prywatną armię przeciwko Familiars.”

„Jaki to ma związek z tym, że nie widzę w ciemnościach, nie mam siły X5 i całej reszty?”

„Familiars żenią się też ludźmi na zewnątrz, jeśli zależy im na genach. Dzieciaki dorastają nie zauważywszy u siebie żadnych oznak inności. Dopiero kiedy przejdą coś w rodzaju próby, ujawnia się ich siła, mówi im się prawdę. Familiars musi dysponować jakimiś środkami, które hamują nadludzką siłę… czy chociaż ukrywają kod czy zabijają komórki macierzyste. W końcu mają pięciotysięczną historię.”

„To by wyjaśniało, jak udało się jej uciec z Manticore…” mamroczę, wciąż z czołem na kolanach. Czuję absolutnie niezdolna do wstania. „Nadludzka siła i pomoc innych… Ale dlaczego chcieli mnie? Dlaczego po prostu nie zabili od razu, skoro chcą wytrzeć mutantów z powierzchni ziemi?”

„Twoja odporność. Prawdopodobnie chcieli włączyć cię w swój program hodowli. Dlatego nigdy nie powiedziano ci o twoim pochodzeniu. Nasz przyjazd zagroził ich planom.”

Więc tego bała się Nancy. Bała wykrycia substancji w mojej krwi. Bała odkrycia jej prawdziwej tożsamości. Bała się, że wszystkie plany runą w gruzy.

„Więc dlaczego ryzykowała odstawiając te substancje? Kilka dni i moja pamięć dźwiękowa uaktywnia się. Słuch też. Może jestem po prostu bardziej świadoma dźwięków, ale myślę, że zaczynam słyszeć naprawdę lepiej. No i sen. Wczorajszy dzień był koszmarny… mogłam zasnąć na stojąco, ale nie zasnęłam. Teraz nie czuję w ogóle braku snu.”

Podnoszę głowę. Biggs stoi naprzeciwko, dobrze wiedząc, o czym mówię. Mina Cece także wskazuje na to, że pamięta wczorajszy dzień. Uśmieszek Aleca jest na miejscu. Najwyraźniej uważa, że to za jego sprawą nie chciało mi się spać. Może i to prawda? Może wpadam w paranoję? Może po prostu wszędzie teraz doszukuję się zdrady?

„Nie chciała, byśmy wykryli to w twoim organizmie!”

„To jest w każdej komórce jej ciała, nawet w głupich włosach!” zaprzecza Cece „To niekoniecznie musiało być podawane w jedzeniu. Jedzenie jest bardzo niepewne. Liz często je to, co podają w Crashdown, wcześniej w szkole. To musi być coś innego, regularnego, coś, z czym nie miałaś kontaktu od około tygodnia.”

Napięcie w końcu dociera do mnie. Moje ręce zaczynają drżeć. Zaciskam pięści. Wszyscy patrzą na mnie i wiem, że oczekują odpowiedzi.

Cholera, myślałam, że ta karuzela przestała się kręcić. 72 godziny skończyły się, nieprawdaż?

Milczę, wpatrując się w dywan. Jest gładki, szary w niebieskie kwiatki. Wygląda jak wyposażenie jakiegoś biura, nie element wystroju milutkiego mieszkanka.

Marzę, by mój tata był tutaj. Wtulić się w jego ramiona, zapomnieć o całym cholernym świecie, o całym tym bagnie, które mnie otacza. Chcę, żeby był przy mnie, chcę żeby wszystko było jak dawniej. Chcę być znowu małą Liz Parker, nie żadną dziewczyną przywódcy kosmitów, nie chcę ratować świata, wyrzekając się szczęśliwego życia, nie chcę siedzieć na kanapie tego cholernego mieszkania i słuchać, jak inni mutanci zastanawiają się, w jaki sposób Nancy oszukiwała i truła mnie przez 17 lat mojego życia.

Ale moje kolana są jak galaretka. Nie jestem w stanie stać, nie jestem w stanie zrobić żadnego kroku. Nie jestem w stanie ruszyć się z tej kanapy. Nie sama.

„Liz?” dobiega mnie głos Aleca. Czuję znowu jego ręce, jego ciepłe ręce, ujmujące moją twarz. Czuję na skórze jego oddech. Hm, chyba lubi cukierki. Pachnie słodko.

„Maleństwo. Nie pamiętasz naszej wczorajszej umowy?”

Uśmiecha się. Naprawdę. W jego uśmiechu jest prawdziwa ulga, ale w jego oczach wciąż widać zmartwienie i niepokój. Ciekawe, co widać w moich? Szok? Obrzydzenie? Niepewność? Niechęć?

Nie wiem, nie mam lusterka.

„Chcesz się położyć?”

Kiwam głową. Alec podnosi mnie bez trudu. Tym razem nie stosuje metod neandertalczyka. Jestem ułożona w kołysce jego ramion, kiedy niesie mnie do sypialni.

~ * ~* ~ * ~

W przeciwieństwie do reszty mieszkania, sypialnia wygląda prawie przyjemnie. Pomijając głupi dywan, to miły pokój. Łóżko jest szerokie, miękkie i ciepłe. Dokładnie takie jak lubię. Zwijam się z westchnieniem w kłębek i naciągam koc na głowę, kiedy słyszę jak otwierają się drzwi.

Koniec wakacji. Witajcie problemy.

„Rozgrzana?” miękki głos Aleca sączy się prosto do mojego ucha. Podskakuję nerwowo. Odwracam się. Zamiast być wściekłą, wyskoczyć z jakąś ciętą ripostą czy syknąć do niego cokolwiek, podnoszę się po prostu i opieram o stos poduszek.

Alec trzyma tacę z cudownie pachnącymi kartonowymi pudełkami i uśmiecha się niewinnie. Jego zielone oczy są jasne i podróżują po mojej zaspanej twarzy. Dłonią odgarnia kosmyk z mojej twarzy.

Hej, tylko ja to mogę robić, jasne?

„Wygłodzona!” uśmiecham się. Alec kręci głową z politowaniem i jęczy.

„Ja tu usiłuję zrobić dobre wrażenie, a ty mi mówisz, że zjesz wszystko, co wygląda w miarę jadalnie?”

Wyrywam mu tacę z rąk i zaglądam do kartoników. Chińszczyzna. Ryba w ostrym sosie. Moja ulubiona. Jest nawet deser – zapiekane w cieście banany. Kiedy to wszystko zdobył?

Zerkam na zegarek. Miał na to czas.

Alec przełazi przeze mnie, po czym opiera się o poduszki nieco nade mną. Jego ramię wędruje za mną, by w następnej sekundzie przenieść mnie bliżej do niego. Opieram się teraz o niego plecami. Czuję przez cienki materiał ciepło jego ciała, jak pracują jego mięśnie. Niesamowicie przyjemne uczucie. Palce wręcz swędzą, by zbadać bliżej tę pracę.

„Myślałem, że jesteś głodna?” Alec mruczy mi do ucha, wsadzając nos w moją szyję. Moje myśli odlatują.

„Co? Ach. Tak. Jestem.” mamroczę. Słyszę jego cichy, pełen zadowolenia śmiech. W następnej sekundzie czuję dotyk jego ust na mojej skórze. Ciepłych i gładkich ust.

Odchylam głowę, dając jemu lepszy dostęp. Alec ciągnie wilgotną ścieżkę pocałunków na mojej szyi, zanim jego wargi spotykają moje. Ostrożnie, badawczo, jakby pytając o pozwolenie, język rozchyla usta. Jego pocałunek jest miękki i powolny i niemal czuły. Ciepłe dłonie powoli wędrują po moim brzuchu.

„Liz…” mamrocze gdzieś pomiędzy moim obojczykiem a szyją. Jęczę, czując jak jego kciuk wędruje na linii dżinsów. Moja krew wrze.

„Hm?”

„Nie… jesteśmy sami.”

Psiakrew.

Czy on tylko nie powiedział, że nie jesteśmy sami?

Ale wówczas on tylko sięga poza mną i odstawia tacę na ziemię. Jedzenie? Kto o to dba?

Zanurzam dłonie w jego włosach, przyciągając bliżej do pocałunku, próbując pchnąć go poza kontrolę. Ale Alec ma inne pomysły. Chwyta ostrożnie moje dłonie i zmusza do wycofania. I wówczas jest ten diabelski błysk w jego oczach. Pochyla się i delikatnie ssie miejsce, gdzie szyja styka się w obojczykiem. Wszystkie myśli ulatują z mojej głowy, nerwy całego ciała skupiają się na tym jednym wrażliwym miejscu, chłonąc każdy ruch jego warg, jego języka.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *