Freak Nation (14)

Freak Nation: 14

Moja skóra pali i piecze. Poważnie. Moje dłonie są podrażnione, a skóra zaczerwieniona. To efekt „kuracji klejowej” z wczorajszego wieczoru i niemal całej nocy. Z obrazkami szło mi dość opornie. Siedzieliśmy nad tym do północy. Nawet rodzice nie zwracali na nas uwagi. Spytali tylko, jak badania. Nancy odetchnęła z ulgą słysząc, że to na razie koniec badań. Przez moment miałam ochotę nawrzeszczeć, że to mnie traktują jak królika doświadczalnego, nie ją. Naprawdę nie wiem, czego ona tak się obawia.

Ale potem? Potem było już coraz lepiej. Palce, sklejone z palcami Aleca nie miały wyboru, tylko poruszać się tak, jak on chciał. Co prawda, dłonie Aleca mają zupełnie inny rozmiar i było przez to całkiem wesoło… Ale nad ranem to ja grałam, a Alec tylko był wiernym naśladowcą. Nie wiem jakim cudem, ale jego metoda naprawdę zadziałała.

Co tylko oznacza, że do końca życia będą nazywana „maleństwo”. Jakoś to przełknę. Mam wybór? Nie. Sama mu to obiecałam.

Nie cierpię, jak on zawsze trafia na moje chwile słabości.

Wychodzę po porannym prysznicu odświeżona. Nie czuję wcale, że nie spałam. Moje zmutowane geny najwyraźniej ostatnio poważnie fiksują. Z jednej skrajności w drugą.

Siedzę na łóżku i osuszam włosy ręcznikiem, kiedy nagle drzwi trzaskają otwarte i do środka, niczym gniewna burza wpada Isabel Evans. Jej brązowe oczy są utkwione we mnie, lecz tym razem nie nienawiść, lecz gniew i ból wyzierają z nich. Jasne włosy ściągnięte w elegancki kok nadają rysom twarzy surowy wygląd. Prawa dłoń wymachuje gwałtownie torebką, dopasowaną do prostej, czerwonej sukienki. Stukot jej obcasów rozbrzmiewa w mojej głowie niczym ostateczne odliczanie do wojny.

Kurczę się, uświadamiając sobie, że wciąż jestem w szlafroku, nieumalowana i z mokrymi, potarganymi włosami. To tylko uświadamia mi kontrast między księżniczką Isabel a mną, szarą myszką Liz.

Co najmniej ją zaprojektowano tak, by przyciągała męskie spojrzenie. Mnie zamierzali trzymać w laboratorium.

„Nienawidzę cię!” warczy.

Opuszczam ręcznik na łóżko. Za Isabel, w drzwiach, stoi zaniepokojony Biggs. Jego postawa wyraźnie sugeruje, że ma ochotę wyrzucić blondynkę. Dwa, znaczy to, że Aleca nie ma w domu. Chociaż jedna dobra wiadomość. Nie będzie świadkiem mojego upokorzenia.

„Co za zaskoczenie… Nie musiałaś fatygować się dzisiaj, by mi to oznajmić. Wyraźnie dałaś to do zrozumienia w zeszły piątek rano.” mówię patrząc jej prosto w oczy „Jeśli nie masz nic więcej do dodania, to możesz sobie iść. Właśnie wzięłam prysznic. Potrzebuję ubrać się i wysuszyć włosy.”

Isabel sapie z zaskoczenia. Mogę tylko się domyślać, że nie spodziewała się tego. Pewnie myślała, że skulę się w sobie i uderzę w potok łez, pozwalając jej powyżywać się. Ale nie. Przeżyłam tydzień z Aleciem depczącym mi po piętach i teraz jestem w stanie przetrwać naprawdę wiele. Może mnie zranić, jeśli chce. Jej brat zrobił to o wiele dotkliwiej, podeptał uczucia i marzenia schowane tak głęboko, gdzie ona nigdy nie uzyska dostępu.

„To kiepsko, bo nie zamierzam się stąd ruszyć, póki nie wysłuchasz tego, co mam do powiedzenia!” mówi ze złością spływającą z każdego słowa. Ale nagle Biggs jest tuż za nią, łapie ją za rękę i wykręca do tyłu.

„Co z nią zrobić?” pyta się w absolutnie nieprzyjemnym tonie. Isabel szarpie się w szoku, ale on nie pozwala jej na większą swobodę.

„Puść ją. To przyjaciółka.” wzruszam ramionami.

Biggs śmieje się szyderczo. Będzie nieprzyjemnie.

„Tak, jasne. I dlatego od tygodnia nie zadzwoniła, nie rozmawiała z tobą czy Parkerami, nie interesowała się w ogóle. Chryste, nawet Amy DeLuca przysłała ci kokosowy placek!”

Biggs obraca blondynkę twarzą do siebie i lustruje uważnie jej wściekłe oblicze. Potem nadyma wargi w pogardzie. Dreszcz przerażenia przechodzi przez moje ciało. W jego spojrzeniu widzę żądzę mordu. W oczach X5 takie spojrzenie oznacza wyrok śmierci.

Zrywam się z łóżka.

„Zostaw ją. Powie, co chciała i sobie pójdzie. W przeciwnym razie będzie wracać dopóki jej nie wysłucham.” mówię tak cicho, by Isabel nie usłyszała.

Jedyny X5, jakiego naprawdę lubię, patrzy na mnie przez chwilę, szukając oznak niepokoju. I znajduje je! Ale do diabła, wolę to mieć za sobą.

„Zaczekam w kuchni.”

„Nie podsłuchuj!”

„Nie jestem Aleciem!” parska cicho, po czym wychodzi, zamykając za sobą drzwi.

Stoimy naprzeciwko siebie w milczeniu. Isabel waży słowa.

„On troszczy się o ciebie.”

„Wiem.” to wszystko, co mówię. Siadam z powrotem na łóżku i składam ręcznik, by zaraz włożyć go do suszarki. Isabel idzie za mną do łazienki, zupełnie jakby obawiała się, że ucieknę. Niepotrzebnie.

„Dlaczego tu jesteś?” pytam się po kilku minutach.

„Aby porozmawiać.”

„Więc dlaczego nic nie mówisz? Kiedy przyszłaś, wydawałaś się pełna słów i zapału do ich wypowiedzenia.”

Gapi się na mnie.

Znam to spojrzenie.

Rana.

„A może przyszłaś tutaj, by zobaczyć potwierdzenie plotek, krążących po szkole?” pytam szyderczo „Która wersja teraz krąży? Którą rozpowiedział Max?!”

Policzek Isabel drga jakby w bólu. Moje słowa dotykają ją. Dziwne i godne zazdrości jednocześnie. To ona ma tu prawo do goryczy i nienawiści, nie ja.

„Masz rację.” przyznaje wreszcie „Chciałam przekonać się na własne oczy, co się dzieje. To tak niepodobne do ciebie…”

„Naprawdę?” ile jadu można zmieścić w słowie? Tony.

„…do Liz, którą znam.”

„Więc może nie znasz mnie wystarczająco?” sugeruję tym samym tonem „Wiesz, paradoksalnie przyjaciół poznaje się w biedzie.”

„No właśnie, Liz. Ty nigdy nie zawiodłaś.”

„Nigdy?” śmieję się. Gorycz rośnie we mnie w zastraszającym tempie.

„Obiecałaś nie skrzywdzić go. Droga 285 na południe, pamiętasz? I nagle…”

„Obiecałam nie odbierać ci go.” przerywam „I wiesz co? Po ponad roku szarpaniny wiem, że dotrzymałam tamtej obietnicy. On nigdy nie należał do mnie.”

„Nie mów tak. Nie wiem, dlaczego to zrobiłaś, kto ci to podsunął, ale to wcale nie sprawiło, że przestał cię kochać. On tylko przestał o ciebie walczyć.”

„Michael.” rzucam nagle.

„Co Michael?”

„Podsunął mi pomysł.”

Gapi się na mnie jednocześnie zaintrygowana i przerażona.

„Nic nie wspominał!”

„Bo wciąż nie wie. Pomógł nieświadomie. Kiedy Maria rozpaczała po historii z Courtney i ręcznikiem, powiedziała, że nic tego już nie naprawi.”

Pozwalam, by zrozumienie wsiąknęło w Isabel.

„Więc po prostu to zrobiłaś… żeby go skrzywdzić?” pyta się zduszonym głosem.

„Nie. Zrobiłam to, aby przestał mnie kochać.”

~ * ~* ~ * ~

Mówię w końcu Isabel wszystko to, co Marii. Moje słowa padają na bardziej podatny grunt niż wcześniej. Słucha uważnie, nie roniąc ani słowa, czasem pytając o coś, co wydaje się jej bez sensu. Ale myślę, że w końcu pojęła mój tok myślenia. Chociaż oczywiście nie znaczy to, że się ze mną zgadza. A może po prostu przez lata widziała Maxa oddychającego miłością do mnie, żyjącego marzeniami o mnie i normalnym życiu.

Niemal płaczę, kiedy Isabel mówi o jego roli lidera. O tym, że Max nie udźwignie tej odpowiedzialności beze mnie.

„Jesteś jego życiem, Liz. Bez ciebie jest niekompletny. Nic nie ma dla niego znaczenia. Przyszłość, Skórowie… to się nie liczy, jeśli nie ma cię przy jego boku.”

Moje serce zamienia się w papkę.

„Max nie jest w stanie zrobić tego bez ciebie. A Tess? Kto o to dba? On jej nie kocha i  n i e  c h c e  jej uczucia. Ona to wie i godzi się z tym.”

Potrząsam przecząco głową. Ale być może Isabel chce tak widzieć te sprawę.

„Być może… być może ja nie chcę miłości Maxa.” słowa ledwo wydobywają się z mojego gardła, lecz w końcu to mówię. Isabel patrzy się na mnie przez chwilę. Ujmuje moją twarz w swoje dłonie i zagląda do oczu.

„Powiedz mi to szczerze, Elizabeth!” warczy „Powiedz mi to szczerze prosto w oczy, a obiecuję, że już nigdy oprócz dzisiejszego dnia nie podejmę tego tematu.”

Drżę. Przez myśl przemyka mi obraz martwego ciała 532, płonący X, opowieści Aleca o żołnierskim życiu, o ludziach, których Manticore uczyło go krzywdzić, obraz Pierce’a rozcinającego klatkę piersiową Maxa… Cała skręcam się w sobie i krzyczę, ale przypominam sobie dalej każdy ból, każdy koszmar, wyobrażając sobie, że za czternaście lat żołnierze obecnego władcy Antaru zrobią to każdemu mieszkańcowi Ziemi. Nam, mutantom zwłaszcza. Do cholery, stworzono nas do obrony tego kraju. Nie zmienię tego. Alec, Max, Biggs, Cece… będą pierwszymi z ofiar. Ja także.

I wszystko przez miłość Maxa do mnie. Ona sprawia, że nie chce zaakceptować swojego przeznaczenia. Cały ten przeklęty koszmar przez to.

Głupią, obsesyjną, nieposkromioną w porę miłość.

Dlaczego to  o n  nie może się zmienić? Dlaczego to musze być  j a ?

Odciągam dłonie Isabel. Patrzę prosto w jej czy z siłą, która zaskakuje nawet mnie.

„Nie chcę miłości Maxa. Nie chcę, żeby mnie kochał. Jego miłość zamieniła moje życie w ruinę. Dosłownie.” widzi szczerość w moich oczach i słyszy ją. Nawet ja to słyszę. „Nie prosiłam, by mnie kochał. Jestem wdzięczna, że powstrzymał tamtego dnia moją śmierć… ale nie uratował mojego życia. On mi je odebrał.”

Isabel łapie ostro wdech. Lecz brutalnie kontynuuję, wiedząc, że muszę zranić ją do głębi, by zaakceptowała moja wolę.

„Sama wiedza o was! Marię i Alexa FBI miało sprzątnąć jako niepotrzebnych cywilów. Pamiętasz, jak mówił o tym Valenti? A ja jestem idealnym królikiem doświadczalnym. Jestem chodzącym przykładem jak działają wasze zdolności. Kyle również. Nie chcę przeżywać na jawie tego, co przeżywam w koszmarach. Wiesz, że Max przekazał mi w  błyskach swoje wspomnienia z białego pokoju?”

Kolor spływa z jej twarzy. Niemal dusi się.

„Uzdrawiając mnie po śmiertelnym strzale, zadecydował sam, że moje życie już nigdy nie będzie bezpieczne.”

Oddycham głęboko. Zagalopowałam się. Stop. Nie mogę wyrzucać nienawiści do federalnych na Isabel. Nie jej wina, że ludzie są chorzy.

„Pal licho, że moje pochodzenie stawia mnie i tak w niebezpieczeństwie. Chcę normalnego życia. Rodziny, domu, bez oglądania się przez ramie w strachu, że za każdym rogiem czai się wojsko, Skórowie czy inny wróg. Może i udźwignęłabym ten ciężar. Strach, sekrety, kłamstwa, to było moim życiem od zeszłej jesieni. Ale jest jeszcze Tess. I wiesz co? Nie chcę być tą trzecią. Nie chcę spędzić życia w oczekiwaniu, aż ją sobie przypomni, swoją miłość do niej i odejdzie. Prędzej lub później.”

Puszczam dłonie Isabel i cofam się, zamykając oczy. Moje serce jest znowu roztrzaskane. Wyciągnęłam z ciemnego kąta moje najgorsze strachy i koszmary. Blue Lady mi świadkiem, że więcej tego nie uczynię. Nie będę w stanie.

Oddycham, usiłując uciszyć szaleńczo bijące serce. Głuchy odgłos tłucze się po mojej głowie. To chyba tętno.

„Przepraszam, Isabel. Nie było innej drogi…”

Dziewczyna potrząsa głową, wychodzą powoli z szoku.

„A ten cały Alec?”

Zadziwiające, jak działa mózg Isabel.

„Zostałam napadnięta w zeszłym tygodniu. Biggs, Cece i Alec są cały czas ze mną, by mnie pilnować.”

„Brzmi poważnie.” jej głos wciąż nie brzmi jak przekonanej osoby.

„To pomysł taty. Kiedy mnie znaleziono, leżałam Bóg wie ile czasu na zimnym chodniku po uderzeniu w głowę. Obudziłam się dopiero dwie godziny później.”

„W piątek bolała cię głowa.” mówi nagle.

Poważnie, ona mnie przeraża. Wszystko wyciągnie.

„Wciąż troche pobolewa. Piętak rano był najgorszy.”

Myśli znowu przez chwilę.

„Alec nie zachowuje się jak ochroniarz.”

Wznoszę oczy do sufitu.

„Domniemana rola chłopaka zapobiega niepotrzebnym pytaniom. Plus, on jest taki cały czas. Naprawdę, jeszcze parę dni w jego towarzystwie i zgłoszę się dobrowolnie do zakładu psychiatrycznego.”

Isabel patrzy się na mnie i widzę, że w końcu wierzy moim słowom. Co za ulga.

Wówczas robi krok w tył.

„Przepraszam, Liz… już więcej nie będę cię nachodzić.” waha się prze chwilę „Dziękuję za szczerość. Ja… powinnam była wiedzieć, że robisz to, co ci dyktuje serce. Mam tylko nadzieję, że Max pewnego dnia to zrozumie.”

„Ja także, Isabel. Ja także…” mamroczę kilka minut później, stojąc na schodach i patrząc na drzwi prowadzące na salę Crashdown, za którymi zniknęła. Ciężkim krokiem wracam do mieszkania i wchodzę do kuchni. Biggs siedzi nieruchomo przy stole. Nie mam wątpliwości, że słyszał  w s z y s t k o.

„Wiesz…” mówi nagle „Miałem mieć siostrę bliźniaczkę… ale się nie urodziła. Nigdy nie żałowałem tego, wręcz cieszyłem się, że nie przyszła na ten brutalny świat. Ale teraz…”

„Żałujesz?”

„Tak. Chciałbym, żeby była choć trochę podobna z charakteru do Isabel. Jaka siostra zdobyłaby się na coś takiego? Tak ochronna, tak zdecydowana was pogodzić, mimo swojej oczywistej niechęci do ciebie po zeszłotygodniowej nocy… Zazdroszczę Evansowi.”

„Ja też.” przyznaję cicho „Przez całe dziesięć pierwszych lat życia życzyłam sobie braciszka na wszelkie okazje. Ale ani Mikołaj ani Urodzinowa wróżka nie chcieli spełnić mojej prośby.”

Biggs patrzy na mnie spod oka.

„Dlaczego akurat braciszka?”

Uśmiecham się smutno.

„Jakoś to we mnie tkwiło. Zawsze lepiej dogadywałam się z tatą, co widać na każdym kroku. Moim najlepszym przyjacielem jest Alex. Status Kyle’a zamieniłam z eks – chłopaka na dobrego przyjaciela.”

„Może po świecie chodzi jeszcze jeden mutant jak ty? Ty masz jeszcze szansę.”

Kręcę głową przecząco i wzdycham.

„O nie. Już nie. Nie zamierzam się przywiązywać. Za dużo do odkręcania później. Poza tym…” siadam naprzeciwko niego „…geny to nie wszystko. Trzeba włożyć dużo wysiłku i starań, by uczynić z kogoś rodzinę. Przykład mam pod nosem. Ja i Parkerowie. Sam widzisz, co się teraz dzieje. Unikają mnie.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *