Freak Nation (12)

Freak Nation:  12

Kyle zostaje na kolacji. Atmosfera jest prawie przyjemna. Jemy i śmiejemy się. Po raz pierwszy od tygodnia czuję, że oddycham, że nic mnie nie dusi od środka. Kyle traktuje mnie tak samo, jak zawsze. Zupełnie jakby czwartkowo-piątkowa noc czy wcześniejsza rozmowa na schodach nie miały znaczenia. Ach, uwielbiam Kyle’a za to. Sprawia, że moje życie znów wraca na właściwe tory. Znów, chociaż przez chwilę, czuję, że mam nad nim kontrolę.

No i Alec. Nie wiem czy to przez moje wcześniejsze uwagi czy po prostu obecność innego faceta w „jego” wieku przy stole, ale nagle przystosował. Do dzisiejszego wieczoru nawet nie zdawałam sobie sprawy, jakie napięcie niesie ze sobą ciągła obecność blond-mutanta. Wiecznie w pogotowiu, wiecznie przygotowana na jakieś komentarze, sugestie, zaskakujące mnie gesty i bliskość. Ileż razy musiałam zdusić w sobie nerwowy odruch, kiedy był w pobliżu i mnie dotknął? Wymuszona bliskość jest dla mnie dość krepująca. Alec jest mężczyzną w pełnym znaczeniu tego słowa. Moje ciało podświadomie reaguje na niego. Nie chcę tego. Nie dlatego, że jest moją tymczasową ochroną. O nie. Podejrzewam po prostu, że moja reakcja ma zbyt wiele wspólnego z odrzuceniem przez Maxa. Jakaś część mnie chce mu pokazać, że mogę mieć każdego. Ta sama część mnie jednocześnie pragnie uwagi, czułości i troski. Zabójcza, wybuchowa mieszanka. Sposób, w jaki traktuje mnie Alec, nie pomaga sytuacji wcale.

Alec. Patrzę na niego przez stół, kiedy sięga po koszyk z pieczywem. Robi to z naturalną, niewymuszoną swobodą. Każdy jego ruch jest obliczony na minimum, zupełnie jakby w Manticore uczyli, jak nie tracić sił podczas spoczynku. Hm, i może tak było? Nie wiem. Kiedy zadaję pytanie odnośnie „domu”, Alec wpada w sarkastyczny ton. Jest w stanie powiedzieć  n a p r a w d ę  dużo o mutantach z Manticore, ich umiejętnościach i imponuje nieprzebraną wiedzą o genetyce. Ale kiedy tylko pytanie jest nieco bardziej osobiste, zahaczające o jego dorastanie tam, Alec nabiera wody w usta. Nie, żebym była ciekawa. I tak to, co słyszę z jego ust, sprawia, że zaczynam uważać agenta Pierce’a za aniołka z maleńkimi różkami. Opowieści o metodach stosowanych w Psy-ops wywołują przerażenie nawet u Nancy, obeznanej przecież z tematem.

Ale oczywiście nie każda jego historia wywołuje u mnie skręty żołądka… Czasem Alec przytoczy niektóre z jego solowych misji. Pomijając krew, zlecanie zabójstw i inne mało przyjemne szczegóły, to jego opowieści są naprawdę barwne i żywe.

Jakoś po drodze przenikają do mojego mózgu informacje o stosowanych obecnie materiałach wybuchowych, rodzajach broni czy technikach rozpracowywania zorganizowanych grup przestępczych. Ale kto się o to troszczy? Nie ja. Jeśli Alecowi czy Max zależy na tym, bym liznęła trochę wojskowej wiedzy, to ich sprawa. Ja nie zamierzam żyć jak oni.

Z zamyślenia wywołuje mnie entuzjastyczny głos Kyle’a. No tak. Duże dziecko. W telewizji właśnie zaczęła się powtórka ostatniej serii Dragon Ball. Jak dla mnie, za dużo łubu – dubu, dziwacznych fryzur i głupich, szowinistycznych scenek. Wszystko, co kochają mężczyźni.

Wznoszę moje oczy do sufitu, kiedy Alec dołącza do Kyle’a. Po minie Aleca widzę, że nigdy nie oglądał tego paskudztwa, więc odpuszczę sobie uwagę o ciasnocie i niedotlenieniu jego mózgu z wiadomych przyczyn. Czasem naprawdę mam wrażenie, że cała krew z jego organizmy jest pompowana do jednego miejsca… Staje się wówczas niemożliwy do wytrzymania.

Mówię dobranoc i idę do siebie. Z ulgą zamykam drzwi do mojego pokoju i padam na łóżko. Chwila wytchnienia. Blue Lady mi świadkiem, że zasłużonego.

~ * ~* ~ * ~

Następnego poranka otwieram oczy, czując się, jakbym zupełnie nie spała. Ciało mam zesztywniałe, a każdy miesień pobolewa. A niech to.

„Podobno stres wpływa niekorzystnie na zdrowie…” mamroczę kwaśno, stawiając stopy na podłodze. Ostrożnie przeciągam się.

I wówczas słyszę muzykę.

Ubieram się i zaciekawiona wychodzę z pokoju. Rodzice są już na dole, otwierając Crashdown, wiec to zapewne Alec. Nie miałam pojęcia, że potrafi tak pięknie grać na pianinie. Nie miałam pojęcia, że w ogóle potrafi grać!

W drodze do salonu mijam kuchnie i w przejściu miga mi wysoka sylwetka. Mamroczę „Cześć!” i idę dalej. Właśnie zostałam przedstawiona Biggsowi lub Cece. Pojęcia nie mam. Nie chce mi się bardziej otwierać oczu niż na wysokość zapałek. Pewnie wyglądam jak Chińczyk.

Docieram do salonu. Klapię na kanapę, tuż obok ciemnowłosego chłopaka. Znowu mamroczę, ale tym razem dodaję też imię.

„Cześć, Biggs!”

„Cześć… Liz!” mężczyzna ma miły, męski głos. Decyduję, że mi się podoba. Wtedy otwieram w końcu moje oczy i patrzę na niego. A on patrzy na mnie z ciekawością i rozbawieniem. Miła odmiana po serii groźnych spojrzeń, jakie wiecznie posyłała mi Max.

„Co jest grane?” tłumię ziewniecie. Nie jest to zbyt eleganckie, ale mnie to guzik obchodzi. Jestem senna, zmęczona i skołowana. Pochylam głowę i kładę czoło na kolanach. Już chciałabym, by dzień się skończył. Ale to niemożliwe. Dzisiaj jest  t e n  dzień. Doktorek Sam będzie mnie badać, testować i co tam jeszcze przyjdzie mu do głowy. Powstrzymuję nerwowy ścisk pustego żołądka. Niestety, muszę być na czczo. Kawa i inne używki dzisiaj są surowo zabronione. Dzisiaj i jutro, bowiem badania będą trwać dwa dni.

„Nie wyglądasz za dobrze!” Alec rzuca współczującym tonem, który zapewne ma wyrażać troskę, ale mnie tylko irytuje.

„Mówisz, jakbyś nigdy nie zobaczył dziewczyny rano, bez makijażu i masy innych sztuczek!” burczę, ziewając drugi raz. Marzy mi się długa, gorąca kąpiel. „Więc lepiej przymknij swoje złote usteczka, zanim z całą pewnością nie będziesz zdolny widzieć płci przeciwnej w takim stanie.”

Biggs chichocze. Ma miły śmiech.

„Już cię lubię, mała.”

„Nie jestem mała!” protestuję i już wiem, że stałam się dzisiejszą poranną rozrywką Aleca. A niech to… Mój umysł jest zbyt zaspany, bym mogła jasno myśleć.

„Jesteś.” Alec toczy słowa na języku, a ja toczę groźne spojrzenie po jego sylwetce. Patrzę na dłoń, wciąż bawiącą się klawiszami. Ten facet jest pełen zaskoczeń. „Wiekiem odpowiadasz najmłodszym z naszej serii. No i jesteś nawet mniejsza niż Max.”

„Czyżbym słyszała dwie charakterystyczne cechy?” blond dziewczyna wchodzi do pokoju z trzema kubkami gorącej, pachnącej kawy. Kusząca woń drażni moje nozdrza. Krzywię się. Wszystko mnie drażni i dociera do mojej głowy silniej niż zazwyczaj.

„Podać trzecią?” pyta Cece. Śmieją się w odpowiedzi i X5 lustruje mnie uważnie. Co do diabła piszczy w trawie?

„Mamy taki mały zwyczaj… W Manticore mieliśmy oznaczenie, numer. Jak rzecz. Na zewnątrz to oczywiście nie pasowało, więc zaczęliśmy nadawać sobie imiona. W przeciwieństwie do numeru, imiona odzwierciedlają to, kim i jacy jesteśmy.” wyjaśnia Cece, wciąż przyglądają mi się badawczo. W końcu uśmiecha się.

Hm, teraz wiem, skąd imię Alec. Ciekawe, jakie były inne wybory. Wacek?

„Miałeś rację, Alec. Maleństwo brzmi doskonale.”

Próbuję nie pokazać, jak mnie to dotknęło. Fakt, że Elizabeth Amy mam z woli osoby, która pomogła uciec Nancy i mnie z Manticore, nie oznacza, że nie lubię swojego imienia. Lubię je. Sugeruje, że jestem zwyczajna. W dodatku nie muszę go zmieniać, by być względnie bezpieczna. Nie chcę drugiego imienia. Szczególnie nadanego przez chodzący okres godowy.

„Była jakaś druga opcja?” pytam sucho.

Alec marszczy brwi, ale odpowiada grzecznie.

„Mała pani. To propozycja Biggsa, według którego jesteś najmniejszą z odpowiadających ci wiekiem X5. Wyglądających ludzko mutantów poza X-serią można policzyć na palcach.”

„Fajnie. Brzmi o niebo lepiej.”

„Maleństwu nie podoba się imię?” blondyn kpi otwarcie. Gotowa bym była oddać Blue Lady wszystkie zęby, byleby trzasnęła go w tej chwili jakimś piorunem.

Niestety, pioruny kuliste, które wpadają do mieszkań i porażają ludzi, nie występują na terenie tego stanu, więc nawet Blue Lady tutaj by nie pomogła.

„Nie podoba mi się, bo ty mi je nadałeś!” podnoszę buńczucznie podbródek. Pal licho ostrożność… przesadził. Alec zrywa się z krzesła i w następnej sekundzie jestem przerzucona przez jego ramię. Szamoczę się i wrzeszczę, ale on jest silny jak… X5.

„Co ty sobie wyobrażasz?!?”

„Musisz oprzytomnieć i obudzić się w końcu…”

„Doprawdy?” mówię zjadliwie. Odkrycie stulecia.

„… bo zdaje się, że Max kazała ci bezwzględnie słuchać moich poleceń.”

„To chyba nie ja potrzebuję przestać śnić!” warczę, kątem oka rejestrując zdumione miny innych X5 i nagle dociera do mnie, gdzie Alec mnie niesie. Do mojej łazienki.

„Co robisz?!”

„Kofeina nie jest opcją… ale zimny prysznic jak najbardziej.”

Psiakrew. Niemal słyszę w jego głosie ten uśmieszek, który musi teraz zaszczycać jego usta.

„Jeśli myślisz, że będę brała prysznic z tobą w tym samym pomieszczeniu, to…” wręcz ze złości i frustracji brakuje mi słów.

„Nie w tym samym pomieszczeniu, lecz razem.” jego głos jest gładki jak miód. Moja szczęka uderza o podłogę. Dosłownie.

Alec stawia mnie nadzwyczaj delikatnie w kabinie prysznicowe. Chcę uciec, ale on tylko nie pozwala mi. I jest ten niebezpieczny błysk w jego szmaragdowych oczach. Czy powinnam się bać?

Nagle czuję na skórze deszcz lodowatych igiełek i wrzeszczę. Alec odkręcił zimną wodę! Pojmuję, że nie żartował wcale. W kilku sekundach jestem przemoczona i zlodowaciała. On też, ale zimno najwyraźniej nie robi na nim takiego wrażenia. Mrużę oczy w złości, kiedy przez moje ciało przebiega dreszcz, nie mający nic wspólnego z lodowatą wodą.

„Będziesz grzecznym maleństwem?” pyta się, zapraszając do głosu ton, którym zapewne posługiwał się wobec ledwo odrastających od podłogi maluchów. A jednocześnie jego głos sugeruje, że może w nagrodę za dobre sprawowanie… drżę.

„Ja zawsze jestem grzeczna!” syczę. Kociak we mnie nienawidzi w tej chwili Aleca, tym bardziej, że Biggs i Cece stoją w drzwiach z wysoce niepewnymi minami. Cece wygląda na rozbawioną, Biggs na zaintrygowanego, ale i trochę przerażonego. Dzięki, Blue Lady, za chociaż tę pokrewna duszę. Ale i tak muszę skapitulować.

Alec bez trudu odczytuje to z moich oczu, bo uśmiecha się z satysfakcją i zakręca wodę. Mimo to wciąż trzyma mnie przyciśniętą do ściany swoimi ciepłymi dłońmi. Wszystkie zakończenia nerwowe z mojego ciała skupiają się w tych dwóch miejscach, gdzie jego ciepło przenika moją skórę.

Nie cierpię wrażenia, jakie robi na mnie. Psiakrew!

„Wierzę, maleństwo…” mówi miękko, puszczając mnie w końcu. Niemal tego żałuję. Bierze ręcznik z półki i bezceremonialnie suszy swoją głowę, uśmiechając się niewinnie.

„Kiedy to z wirusem się skończy, skopię ci tyłek.” mamroczę trzęsącym się głosem, kiedy drzwi zamykają się za nim. Ale nie, 494 ma przecież poprawiony słuch i musi wszystko usłyszeć.

„Musiałabyś najpierw nauczyć się… walczyć!” śmieje się zza drzwi.

„To nie może być takie trudne, skoro nawet taki idiota jak ty się nauczył!”

Odpowiada mi tylko cichy chichot. Przysięgam, w tej chwili jedyne, czego pragnę i o czym marzę, to zobaczyć Aleca tarzającego się u moich stóp, błagającego na kolanach o wybaczenie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *