Freak Nation (1)

Freak Nation

Mieszanka  Dark Angel z Roswell; X-tremer (Alec/Liz), po odcinku TEOTW
Streszczenie: po odcinku TEOTW. Kyle sobie poszedł do domciu, a Liz wyszła na spacer ciemną nocą…

X-tremerek, opowiadanie o Alec i Liz. Grupa transgeników nagle ląduje w Roswell, wywracając życie Liz do góry nogami… w dodatku zaczyna się w nim panoszyć pewien bezczelny wampirek 😉
Czas w opowiadaniu – z Roswell. Puls wspomniany w Dark Angel zdarzył się, ale w roku 1989. Obecnie mamy 2000 rok. Alec ma 21 lat, Max G. 20, a Liz 17.

NA: to opowiadanie pisane jest w pierwszej osobie czasu teraźniejszego, co wymusza pewną jednostronność w przedstawianiu świata 😉 i zawdzięczacie go Calinii oraz jej rewelacyjnemu When the Rain Begins to Fall. Więc kto kocha parę Alec/Liz i zna chociaż trochę angielski lub niemiecki (bez obaw, zrozumie!), niech rusza czym prędzej tutaj  i czym prędzej o tym napisze. Calinia kocha komentarze i bez nich niestety nie będzie aktualizacji (zupełnie jak ja!).

Wpis pierwszy

Zzastanawiam się, co los rzuci jeszcze na mojej drodze. Mam na myśli coś w stylu: kolejny wróg, dziwaczny rodzic, bawiący się w Stwórcę czy kolejna przyjaciółka, która potrafiła fiksować z powodu uczucia przez kilka lat… Dlaczego nad tym się zastanawiam? Dlaczego po raz pierwszy od dawna znów zapisuję czyste strony… Hm, chyba by dokonać przeglądu ostatnich miesięcy, które wywróciły wszystko do góry nogami. Nie tylko moje życie – życie wszystkich mieszkańców Ziemi, włączając w to kosmitów.

Chociaż ostatnie miesiące mojego życia do zwyczajnych czy łatwych nie należały, nie żałuję ani jednej sekundy tego czasu. Ten czas sprawił, że dorosłam. Znalazłam moje miejsce na tym świecie. I być może miłość. Nie wiem tego jeszcze. Dlaczego? To bardzo proste, protsze niż się komukolwiek wydawało. Prawdziwe uczucie istnieje tylko wówczas, kiedy jest obustronne. Zrozumienie tej prostej prawdy zabrało mi wiele czasu. Ale teraz, kiedy jestem tego świadoma, nie zamierzam tracić ani sekundy więcej…

Życie nauczyło mnie, że potrafi przynieść niejedną niespodziankę. Czasem – naprawdę czasem – do moich myśli skrada się zradzieckie: Co by było, gdybym po odejściu Maxa z przyszłości nie wybrała się na wieczorny spacer? W następnej sekundzie zazwyczaj odrzucam takie rozważania. Powodują zbyt dużo bólu, zbyt dużo goryczy. Część mojego życia byłaby wówczas co najmniej fałszywa. Co ja mówię! Całe życie.

Poza tym… czy też przede wszystkim, nie chcę, by pomyślał, iż czegokolwiek żałuję… Przeszłabym to wszystko dziesięć razy, byleby tylko móc spotkać jego ponownie. Wniósł do mojego życia nadzieję. Nadzieję, że potrafię czuć. Nadzieję, że sami kształtujemy swoją przyszłość. Chociaż wciąż boję się tego, co przyniesie przyszłość, co przyniesie rok 2014, nie obawiam się jej. Jest w niej także nadzieja. Dzięki niemu.

1.

Świetny pomysł? Chyba musiałam upaść na głowę. Naprawdę, tylko idiota wybrałby się na spacer w nocy. Samemu. Do parku.

Ale nie mogłam wytrzymć w czterech ścianach mojego pokoju. Po prostu dusiły mnie. W którąkolwiek stronę spoglądałam, widziałam Maxa, błagającego mnie, bym zrezygnowała z niego. Zrezygnowała z wielu lat szczęśliwego małżeńskiego pożycia… może nie było to życie w domku z ogrodem i białą palisadą. Jednak spoglądając na sylwetkę mężczyzny, który w nieistniejacej już przyszłości był moim mężem, który przez całe swoje życie należał tylko do mnie, czuję na ustach słony smak własnych łez.

Max, którego znam dzisiaj nie uwierzyłby ani mnie, ani Maxowi z przyszłości. Nie uwierzyłby, że miłość może zniszczyć świat. Ja prawdopodobnie również bym nie uwierzyła. Wciąż nie pojmuję tego sercem. Mój umysł już goni, już kalkuluje, wyszukując luki w teorii Maxa z przyszłości. Ogromna część mnie krzyczy i płacze w agonii, podczas kiedy na zewnątrz… spoglądam w witrynę sklepową i co widzę? Nic się nie zmieniło. Może jedyny ślad tego, co się wydarzyło to zapłakane oczy i opuchnięty nos. Rzeczywiście. Nie dziwię się Maxowi, iż z perspektywy czasu wolał być z Tess.

Tess. Tess Harding. Ona jest wszystkim, czym ja nie jestem. Jest śliczna, jest ponętna, ma ogromną moc i królewskie pochodzenie… Nawet w naukowych pasjach mnie przewyższa. Wszystko to, co ja zdobywam zazwyczaj z ciężkim wysiłkiem, ona zdobywa skinieniem małego paluszka. Dzięki kosmicznemu pochodzeniu Tess naprawdę korzysta ze swojego umysłu… ona może mieć to wszystko, o czym ja marzyłam od dziecka, nawet nie dbając o to szczególnie. Ale w tej chwili, w tym właśnie momencie, na tej ciemnej i zimnej ulicy, nie dbam o marzenia, przyszłość czy cokolwiek innego. Jedyne czego pragnę to ponownie ujrzeć światło w oczach Maxa. Świadomość, że to ja je zgasiłam… ja sprawiłam mu ból… poświęciłam wszystko, co dla mnie najcenniejsze – jego serce – po prostu rozbija mnie na kawałki.

Może pewnego dnia się pozbieram. Będę musiała. Chociaż z tego irracjonalnego powodu, iż Max uważał, że będzie mi lepiej z człowiekiem. Chęć spełnienia jego prośby jest głupia i naiwna… ale w tej chwili to jest wszystko, o czym jestem w stanie myśleć. Wszystko, co mi pozostało. Wszystko, co mam.

Pal licho. To nie może chyba boleć bardziej niż teraz, prawda? Podobno czas leczy rany. I nie mam na myśli świadomości, że zdruzgotałam serce jedynego mężczyzny, którego kochałam. Mam na myśli – co może zaboleć bardziej niż fakt, iż ukochany mężczyzna wraca z przyszłości i oznajmia, że ich – że jego – miłość była błędem? Że żałuje? Żałuje każdej chwili, każdego pocałunku, każdego uśmiechu przeznaczonego tylko dla niego… żałuje miłości, która łączyła nas przez lata?

Co tak złego zrobiłam w poprzednim życiu, iż teraz tak muszę krzywdzić tych, których kocham? Wiem, jestem tylko człowiekiem… ale jednak? Czy aż tak różnię się od Maxa? A może to nie chodzi o różnice, tylko o coś głębszego? O… przeznaczenie. Ale czy przeznaczenie zabrania mu czuć? Co złego jest w ludziach? Co we mnie jest nie tak, co we mnie jest złego? Dlaczego muszę krzywdzić innych, a potem… potem żyć do końca mych dni ze świadomością, z winą tego, co zrobiłam? I nie ważne, że nasz swiat przetrwa – zdruzgotałam dusze tych, których kocham! Co może być gorszego? Co może być gorszego niż odebrać komuś wolę życia? Z powodu jednego wieczoru. Wystarczyła tylko jedna noc, by wszystko, naprawdę wszystko, się zmieniło.

Moje własne odbicie w witrynie sklepowej wzbudza we mnie obrzydzenie. Odwracam więc w końcu wzrok i idę dalej. Cóż mi pozostało?

~ * ~* ~ * ~

Mrugam. Światło jest ostre, więc mrugam jeszcze raz. Wówczas to wraca do mnie.

Witryna sklepowa. Spacer. Mój wspaniały nastrój. I nagle łup, prosto w moją głowę. Co najmiej tak myślę.

„Oh, obudziłaś się…” słyszę młody, zdecydowanie kobiecy głos. Napinam się. Nie. Nie dlatego, że się boję. Czy ja się nawet boję? Nie wiem. Ale… to jest pierwsza rzecz, pierwsza sytuacja, o której nie wspominał Max. Coś, co się nie wydarzyło wtedy.

Nagle światło gaśnie i widzę dziewczynę. Jest drobna, ale coś w jej sylwetce sugeruje mi, abym nie zwracała uwagi na te pozory. Wszystko we mnie na jej widok wrzeszczy: niebezpieczeństwo.

Nie wiem, skąd to uczucie nagle się wzięło. Postanawiam je zignorować i pytam się nieśmiało:

„Co się stało?”. Mój głos jest zachrypnięty. Ciekawe, dlaczego? Chyba od połkniętych łez.

Dziewczyna uspokaja mnie samym swym uśmiechem. Mimo, że dziwne uczucie niebezpieczeństwa nie opuszcza mnie, pozwalam, by ten uśmiech dotarł do mojego serca.

„Zostałaś napadnięta. Znalazłam cię nieprzytomną na chodniku dwie godziny temu.”

Desperacko przeszukuję kieszenie. Portfel i dokumenty… nie było nawet śladu po nich. Wspaniale. Miałam tam moje miesięczne kieszonkowe.

„Pamiętasz, kim jesteś? Skąd jesteś?”

Teraz budzi się we mnie oburzenie. Dlaczego miałabym tego nie wiedzieć?

„Oczywiście. Jestem Liz. Czemu pytasz?”

„Masz naprawdę niezłego siniaka. Chyba powinnaś iść jutro do lekarza.”

„Oh…” to wszystkjo, co mówię. Odwracam wzrok i rozglądam się po pokoju. Czysty, motelowy pokój. Niedokładnie luksusowy, ale też i nie najgorszy. Zwyczajny, bezosobowy, jakich wiele w Roswell.

Niepewność wraca ponownie. Patrzę na dziewczynę, która wciąż trzyma dłoń na wyłączniku lampy. Jest śliczna. Nieskazitelna skóra, słodkie, niemal dziewcięce rysy twarzy kontrastujące z pełnymi ustami. Jej oczy są po prostu jak marzenie. Głębokie i tajemnicze.

Chyba zauważa moje ciekawskie spojrzenie, ponieważ zaczyna wiercić się niespokojnie. Siadam więc na łóżku. Ku mojemu zdumieniu nie czuję się inaczej niż dwie godziny wcześniej. Złamana, rozgoryczona, zrozpaczona… o tak. Poza rozbitym sercem i podeptanyui marzeniami nic mi nie jest. Zupełnie jakbym nie leżała nieprzytomnie jak kłoda przez dwie godziny.

„Mogłabyś wezwać dla mnie taksówkę?”

„Pewnie” dziewczyna wzrusza ramionami. Nie dziwię się jej. Nie chce mieć u siebie takiego straszydła z zapuchniętymi oczami. „Tylko skąd wytrzaśniesz pieniądze na taxi?”

„Pracuję jako kelnerka… trzy czwarte Roswell wie, kim jestem. Pojadę prosto do domu. Rodzice pewnie jeszcze nie śpią, więc problemu z zapłatą nie będzie.”

„To dobrze.” Dziewczyna sięga po telefon i po kilku sekundach sprawa jest załatwiona. Wówczas odzywa się moje sumienie. To, że zmieniłam przyszłość nie oznacza, że przestałam być małą Liz Parker, zawsze miłą i uczynną.

„Hm… mogę ci jakoś podziękować? Wiesz, gdybyś mnie nie zabrała z tej ulicy… nie wiadomo, co by mogło się stać…”

Hm, wyglada na to, że moje życie składa się z samych sytuacji typu: „co mogłoby się stać, gdyby…”. Jak do tego doszło, iż tak bardzo straciłam kontrolę nad swoim życiem?

Brunetka wahała się przez chwilę, ale o czymkolwiek myślała, musiała pokonać to, ponieważ w następnej sekundzie słyszę pytanie, które wstrząsa mną naprawdę nieźle:

„Wiesz może… gdzie mieszka Nancy Parker?”.

Podnoszę moje oczy w stronę sufitu. Pytasz się jej córki, dziewczyno.

„Crashdown. Znajdziesz najpopularniejszą restaurację w mieście, znajdziesz Parkerów. Nancy Parker jest właścicielką.”

Wydaje się, że ten powszechnie znany w Roswell fakt cokolwiek porządnie wstrząsa moją wybawicielką.

„Poważnie? Jak długo?”

Zastanawiam się chwilę. Mój mózg nie funkcjonuje jednak zbyt dobrze, skoro muszę sobie przypominać, kiedy to było. Restaurację założył tata, kiedy miałam ledwie parę miesięcy. Praktycznie dorastałam w Crashdown.

„Siedemnaście lat. Crashdown to niemal tutejsza instytucja.”

Nie wiem, co bawi tę dziewczynę… ale zaczyna się śmiać. Za oknem jednak widzę światła taksówki i czas na pytania kurczy się niemiłosiernie. Właściwie to się skończył.

„To chyba mój transport.”

Odprowadza mnie do pojazdu. Kiedy taksówka rusza, uświadamiam sobie, że nie podziękowałam dziewczynie za pomoc. Ba, nie znam nawet jej imienia.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *