ETIC: przed czy po (9)

9.

Nem weszła na zaplecze, pchając przed sobą wózek pełen szkła. Musiała to robić ostrożnie, jednak najchętniej trzasnęłaby tym wszystkim o ścianę i rzuciła przeklętą pracę. Nie płacili jej tyle, by z chęcią zostawała po godzinach. Zwłaszcza z dziwnie zakotwiczonym w głowie obrazem półnagiego Irlandczyka rozłożonego na jej łóżku.

Diabeł miał niesamowite ciało, ale najcięższą pokusę stanowił sposób jego poruszania się. Niczym duży, leniwy, zadowolony kot. Drapieżnik.

Uch, lepiej żeby ta kicia nie przyzwyczaiła się zbytnio do jej posłania. Co ją podkusiło, żeby go zaprosić? Prowokacja i okazja oczywista… Ach. Liz.

O wilku mowa. Zerknęła na drobną brunetkę, która właśnie zamieniała ukochane teńsówki na pantofle.

„Tez ciebie ściągnęli?” jęknęła „Gdyby nie te temperatury, przysięgałabym, że to Syberia za Aleksandra I.”

Liz uśmiechnęła się nieśmiało.

„Wystarczająco niesprawiedliwe, że musimy pracować w weekendy… to nas bezczelnie odrywają od irlandzkich blondasów…”

„Hm?” Liz mruknęła mało przytomnie.

„No wiesz, zdaję sobie sprawę, że Alec potrafi zawrócić w głowie, ale nie trać od razu rozumu.”

„Hm?” powtórzyła z jeszcze większym niezrozumieniem.

Nem westchnęła tragicznie.

Chyba jednak powinna była wykorzystać McDowella jak się dało, zamiast pozwolić mu spać.

„Elena zrzekła się wreszcie obywatelstwa toaletowego?”

Drobna brunetka potrząsnęła przecząco głową.

„Niee… przynajmniej od kiedy przyszłam nawet stamtąd nie wyjrzała. Naprawdę, niech pójdzie do lekarza… który to raz ma takie sensacje?”

Nem parsknęła, blokując koła wózka i siadając na krześle. Wyprostowała bolące nogi. Cały przeklęty dzień… Właściwie to już półtorej zmiany. I do końca daleko. Ale przynajmniej dostała kilka przyzwoitych napiwków. Rekompensowało to na pewno stracony dzień czy usługiwanie tabunom tych wyfiokowanych blondi w różowych bluzeczkach. Nie cierpiała różowego.

„Nie pójdzie, bo się boi.”

„Czego? Lekarza?”

O święta naiwności…

„Bo lekarz postawi diagnozę, która dla niej brzmi jak wyrok… i którą zresztą znają tu wszyscy prócz szefa. El jest w ciąży. Podejrzewam, że dlatego ten gnojek ją rzucił…” pokręciła głową z niechęcią. Zmarnował dziewczynie życie… Elena była ledwie wyrośniętym dzieckiem.

„Przecież jest niewiele starsza ode mnie.” Liz wyszemrała, otwierając szeroko oczy „Jesteś pewna?”

„Jestem.” Nem zdążyła odmówić w duchu krótką modlitwę, nim do jej zmęczonego mózgu dotarł jeden szczególik „El jest starsza? To ile masz lat?”

„W październiku skończę siedemnaście.” Liz mruknęła, podnosząc się. W głowie miała już słowa babci Claudii, która na wszystko znajdowała radę. Na ciążowe mdłości też. Pogrążona w planach, jak zdobyć zwyczajne herbatniki, nie zauważyła niemrawej miny koleżanki.

Szesnaście lat? Nie no, Alec, będziesz smażył się w piekle. Ale najpierw wykastruję tępym pilniczkiem ciebie i twojego bliźniaka.

~ * ~

Alec spojrzał na zegarek. Prawie dwie godziny siedział już w kawiarni. I przez dwie godziny był uparcie ignorowany przez Liz. Obsługiwała go Nem, ale od spojrzeń mu rzuconych mógł służyć za chłodnię pełną posiekanego mięska. Ciekawe, co jego braciszek nabroił. Nie widzieli się od rana, a on miał tendencję do wpadania w kłopoty już w sekundzie, w której spuścił go z oczu. Nie dlatego, że był gorszy, głupszy czy złośliwszy. Sam miał sporo na sumieniu, ale Ryan po prostu miał przeogromny talent do przyciągania kłopotów i ludzi, z którymi nie powinien się zadawać.

Zwłaszcza takich, którzy lubili zaglądać mu do portfela. Koronnym przykładem była Agnes i doprowadziło to do tragedii. A ten tydzień jego braciszek spędzi nie śpiąc, nie jedząc, ale zapijając wspomnienia wywołane przez rocznicę. A ich rodzice jeszcze doleją oliwy do ognia.

Zza jego pleców dobiegł go chichot rozbawionych panienek. Już od jakiegoś czasu obrały go sobie za cel i jedna przez drugą kłóciły się o to, która go poderwie myśląc, że nie słyszy tego.

„Zajęty…” ironiczne mruknięcie Ryana przedarło się przez ten zgrzytliwy chichot. Usiadł naprzeciwko. Całkowicie trzeźwy. „Co tu jeszcze robisz?”

„Liz mnie unika.” Alec podrapał się po głowie.

„Spłoszyłeś ją czymś?”

Potrząsnął głową przecząco.

„Nic nowego. Prawdopodobnie przestraszyła się…”

„Przecież nic nie zrobiłeś.” Ryan ziewnął „I to nie problem raczej. Ona tego nie widzi. Może się po prostu wstydzi tamtego załamania?”

„Nie wiem, ale zamierzam się dowiedzieć. A ty co tu robisz?”

„Czekam na Nem.” ziewnięcie zamieniło się w uśmiech, oops, niewątpliwie zbliżała się Lodowa Siekaczka Mięska „Obiecałem jej parę szczegółów, jak omotały cię pewne teńsówki.”

„Dzisiaj ich nie ma…” mruknął z niekłamanym żalem.

Nem przysiadła się, zerkając czy szef cokolwiek widzi. Nie widział, i całe szczęście.

„Wiesz, co to tępy pilnik?” spytała z fałszywym uśmiechem „Ostatnia rzecz, którą kiedykolwiek poczujesz między nogami.”

Alec mimowolnie parsknął. Ktoś tu potrafi nabroić…

„A ty poczekasz grzecznie na swoją kolejkę…”

Jego mina zrzedła.

„Co takiego zrobiłem?”

„Wiesz, ile Liz ma lat?”

„17 października skończy siedemnaście.” uniósł brew „No i ? 17 razy nasz zaszlachtujesz? Wybacz, ale nawet kociaczki mają tylko dziewięć żyć…”

Posłała mu mordercze spojrzenie.

„No i nie chcę, żeby podzieliła los El!” warknęła zimno „Może i ledwo ją znam, bo nikomu się nie zwierza, ale to dobre i miłe dziecko. A po kontakcie z wami, to już nawet diabeł byłby świętym…”

Ryan uśmiechnął się niewinnie.

„Fukająca Kiciuś?”

„Nie nazywaj mnie tak!” fuknęła na niego.

„Zaraz kończysz, nieprawdaż?”

„Tak.” zwęziła oczy „Nie jestem w nastroju do gierek. Czego chcesz?”

„Umowa jest umową.” jego uśmieszek tylko pogłębił się.

„Nie ma nawet mowy, nie mam sił na znoszenie twojego irlandzkiego poczucia humoru.”

„Aach, trzeba więc kicię ululać do snu.”

„Śnij dalej.” odburknęła „Ja wracam do pracy. Ma was tu nie być, jak skończę.”

Ale uśmieszek razy dwa raczej nie wróżył tego.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *