ETIC: przed czy po (8)

Dzisiaj historii tostowej ciąg dalszy… Swoją drogą, gdyby bohaterowie moich opowiadań ożyli, miałabym bardzo powolną i okrutną śmierć…

8.

Nem mimowolnie uśmiechnęła się na obrazek młodszego McDowella ochrzaniającego na całe gardło tego starszego. Bo mimo wszystko w tym duecie Ryan wydawał się młodszy, ale metryka mówiła co innego. Był bardziej beztroski niż Alec, który powagą również nie grzeszył na co dzień. Częściej balował, wybitnie przeskakując z kwiatka na kwiatek i używając życia. Wyglądał na beztroskiego dzieciaka w pełnym tego słowa znaczeniu mimo swoich dwudziestu trzech lat. Miał pracę, miał mieszkanie, studiował. Nie musiał się o nic martwić.

Najwyraźniej jednak zdanie młodszego brata było dla niego świętością. Słyszała nieraz o więzi łączącej bliźniaki, ale takiej osobliwości jak McDowellowie raczej nie uświadczyła dotąd. Obaj przystojni, za każdym ciągnęły się sznury panienek, aroganccy, bezczelni, pewni siebie, ze złośliwym poczuciem humoru, bystrymi, ciętymi gadkami i niewątpliwym urokiem. Jedno miasto to chyba było za mało dla dwóch młodych McDowellów. Jeden drugiemu musiał wykaszać konkurencję.

Albo powstrzymywać panienki, których uwagi sobie nie życzyli.

Spojrzała na zegarek. Dochodziła północ. Ciekawe, co Ryan miał na myśli mówiąc o bezpiecznej porze… zapewne rano. Wątpiła, by Alec odpuścił bratu. Bywał niemiłosiernie uparty. To wiedziała na pewno… Nie było co do tego wątpliwości…

Ale wszystko inne było jedną wielką mieszaniną zakłopotania i jej własnej głupoty. Jakim cudem nie dostrzegła wcześniej, że zielone oczy były tak utkwione w Liz? Chyba wszyscy wokół to widzieli prócz niej samej.

Chryste, żeby było jeszcze się do czego przyczepić w Liz. Poza obecnym niewątpliwym stanem depresyjnym, nic nie miała jej do zarzucenia. I to było najgorsze! Gdzie tu taką rywalkę nienawidzić? Zwłaszcza jak Liz nie miała najmniejszego pojęcia, że nią jest…

„Zawrzemy umowę.” uśmiechnęła się miło do Ryana. Nie zaszkodzi. Był w takim stanie, że raczej potrzebował życzliwej dłoni.

Ale jego niebiesko-szare spojrzenie stało się natychmiast czujne. Nie ma to jak irlandzka krew…

„Opowiesz mi jakim cudem takie niewiniątko jak Elizabeth Parker owinęło sobie wokół małego paluszka jednego z McDowellów nie wiedząc nawet o tym…”

„W zamian?” spytał bardzo podejrzliwie.

„Kanapa.”

„Równie dobrze mogę iść do hotelu.” odparował.

„A hotel zapewni ci alibi dla Aleca na całe popołudnie i noc?” spytała obojętnie „Potrafię wcisnąć kit, jeśli trzeba. Ty dojdziesz do siebie, przestaniesz mi dokuczać, a ja się, do cholery dowiem, co ze mną jest nie tak… Może psiakrew powinnam poddać się zabiegowi przywracania, skoro niewiniątka przyciągają zielonookie bestyjki…”

W jego stanie zajęło mu dobrą chwilę, zanim zrozumiał, o jakim zabiegu mówiła. Przetarł dłonią twarz. Desperacko potrzebował w tej chwili tylko jednego. Zapomnienia.

„Łóżko. Rano pogadamy.” stłumił ziewnięcie „Daleko mieszkasz?”

~ * ~

Nem cichutko postawiła tacę na stoliku, licząc że rozwalony aktualnie po przekątnej jej łóżka chłopak śni jeszcze snem sprawiedliwego. Niestety, to były próżne nadzieje. Kiedy tylko przysiadła koło łóżka, opierając ramię na materacu, powitało ją znajome, całkiem przytomne spojrzenie.

„Dzień dobry.”

„Nie wiem czy taki dobry…” wykrzywił się komicznie, drapiąc się po nosie „Rany boskie, czy mi się wydawało, czy zasnąłem na kanapie i nagle budzę się w łożu przyszłego niewiniątka?”

Sama skrzywiła się na wspomnienie nocy. Akurat skończyła sprzątać kuchnię, Ryan spał kamiennym snem na kanapie, kiedy do środka wpadła jej matka z Tomem. Musieli się wyjątkowo szybko ewakuować do jej pokoju. Ryan marudząc coś pod nosem o napalonych nerwusach przeparadował przed tamtą dwójką w samych dżinsach… i całej swej sławie McDowella. Psiakrew, mina Toma była świetna… chociaż z drugiej strony, po wyglądzie jej mamy, mogła się spodziewać mało przyjemnych komentarzy rano.

„Moja mama wróciła razem ze swoim przyjacielem. Przykro mi, nie wiedziałam że tu będą.” mruknęła pod nosem, starannie omijając wzrokiem jego na wpół roznegliżowane ciało. Wystarczyło, że sama miała problemy z hormonami, nie potrzebowała dodatkowego bodźca.

„Nie ma sprawy.” uśmiechnął się, w gruncie rzeczy nie pamiętał, kiedy spał tak spokojnie. Może po prostu fizyczna odległość dała mu jakiś spokój, poczucie bezpieczeństwa od tamtych problemów. Albo dziwna świadomość, że jednak nie jest aż tak okropny, iż nawet Nem się nad nim zlitowała… założył ręce pod głowę i spojrzał na nią zawadiacko. „Więc… co dzisiaj robimy?”

„My? Nie przypominam sobie żadnego ‚my’ w moim terminarzu.” zauważyła najspokojniej w świecie, ignorując jego zaczepkę „A już uwzględniającego ciebie zwłaszcza.”

Wydał wargi z żalem.

„Szkoda. A już miałem nadzieję, że opowiem o gwałceniu teńsówek w wykonaniu mojego nadzwyczaj niewinnego ostatnio brata…”

„Będzie musiało poczekać.” potrząsnęła głową „Mam na siódmą do pracy.”

„Rany boskie, kto otwiera lodziarnię o tej godzinie? Chyba tylko nienormalni…”

„Niestety za takie właśnie ‚nienormalne’ godziny lepiej płacą w wakacje, tak więc często albo ja albo Liz je bierzemy. Wszyscy inni wolą się wylegiwać w łóżkach albo nie są w stanie się z nich zwlec…”

Zaśmiał się mimowolnie. Przypomniała mu się zrelacjonowana przez brata rozmowa o porannych usługach z Liz. Hm, a propos porannych usług, jego ciało wywiązywało się wzorowo z obowiązków. Lepiej nie doprowadzać Nem do szału. Chwilowy rozejm mógł mu przynieść więcej korzyści niż bezustanne dręczenie…

„Wolę być zdecydowanie tym ostatnim…” wcisnął twarz w poduszkę.

„Wcale mi nie szkoda… przynajmniej całe śniadanie będzie dla mnie.” rozsiadła się wygodnie i zdjęła tacę ze stolika „Mhrr…” zamruczała wciągając wspaniały aromat do płuc. Niebo.

„Co mnie ominie jak się nie ruszę?”

„Tosty.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *