ETIC: przed czy po (7)

7.

„No to powodzenia z mandarynką…” Ryan uśmiechnął się, chowając komórkę do kieszeni czarnych bojówek i wchodząc do pubu. Wyglądało na to, że wreszcie do jego brata dotarło, iż rzeczywiście Liz była zupełnie niekumata jeśli chodziło o relacje damsko-męskie. A pełen dwuznaczności, podtekstów i swoistego humoru styl bycia Aleca brała za dobrą monetę. Biedna Liz, kiedy Alec ją wreszcie dopadnie… Po dzisiejszych wydarzeniach wydawało się że ten dzień nadejdzie o wiele szybsze niż później. I chociaż przez ostatnie tygodnie zastanawiał się, co się stało z niezłą inteligencją jego brata – w końcu byli bliźniakami, nie mógł być taki głupi… – to teraz mógł jedynie podziwiać mistrza. Miał cierpliwość do tej małej, by zaczekać na odpowiednią okazję.

Po wcześniejszym wydarzeniu w kawiarence sam już wiedział doskonale, iż okazując jej typowo męskie zainteresowanie (nie, żeby je dotychczas dostrzegła, chociaż nawet ich mały kuzyn o tym świetnie wiedział), nie wskóra niczego. Tutaj trzeba było zupełnie innego podejścia. I ton cierpliwości, aby przedrzeć się za jej bariery.

Swoją drogą, nie tylko cierpliwość się przyda. Może i jego wzrok mylił, w końcu całą noc pił, ale Alec chyba coś skombinował przez sieć podczas rozmowy Liz z przyjaciółką. Co jak co, ale porządny kawałek wiedzy o poprzednich związkach dziewczyny z pewnością znacznie ułatwi zadanie. Może nawet po prostu… umożliwi.

W każdym bądź razie Alec wręcz mistrzowsko wślizgnął się w życie kogoś, kto prowadził żywot pustelnika i nijak nie dało się dotychczas tam dotrzeć  i wyglądało na to, że nieźle się zadomowił.

Usiadł przy barze. Barman był ten sam, co poprzedniego wieczoru… po prostu genialnie. Może chociaż będzie pamiętał o napiwkach, jakie zostawił i nie spojrzy krzywo na niego… Zamówił Gumisia. Obawiał się, że po tej ilości kawy, jaką wlał w siebie i pustym żołądku nic mocniejszego na razie nie da rady. Albo co najmniej do rana, jak się w końcu prześpi i zje coś porządniejszego niż przyniesione przez Liz w przerwie tosty.

Hm… pachnące, gorące, parujące tosty z mnóstwem szynki i podwójnym serem… jego żołądek aż skręcił się z tęsknoty. Alec robił świetne tosty – niewątpliwie wynikało to z jego niechęci do gotowania – ale Liz była wprost genialna w obsłudze serka topionego. Dostał za ten komentarz od swojego bliźniaka bardzo mordercze spojrzenie. Już wiedział, by nie wracać do domu, póki Alec nie będzie spał twardym, kamiennym snem… z Liz w roli głównej, oczywiście. Inaczej mógł nie dożyć poranka. Alec zrobił się niewiarygodnie przeczulony na wszelkie komentarze o jego pani. Wpadł jak śliwka w kompot. Krzyżyk im na drogę.

Mimo zamglenia potężnym kacem i opary dymu zdołał jednak dostrzec samotną postać, ukrytą przy stoliku po drugiej stronie lokalu. Nie wiedział, czemu akurat. Może dlatego, że wszędzie kręciły się tłumy młodych ludzi, towarzystwo szalało, a ona siedziała sama nad swoim kuflem i miała dosyć niewesołą minę? A może po prostu że jakoś miał nieprawdopodobne szczęście ostatnio do wpadania na tę drobną osóbkę. Ciągle gdzieś mu mignęła, gdzieś jego oko wychwyciło te ciemne włosy, brązowe oczka i zadziorną minę.

Z Gumisiem w dłoni zostawił bar i przedarł się przez rozszalały parkiet, co prawie skończyło się z jakąś rozchichotaną blondi uczepioną jego ramienia. Zdołał jednak strząsnąć ten niepotrzebny balast i dotrzeć do wyznaczonego celu.

Nem niemal podskoczyła, kiedy usiadł naprzeciwko.

„To znowu ty…” mruknęła ze skrajną niechęcią „Jeszcze ci mało?”

„Wybacz, przez te skacowane opary nie kumam, o co ci biega.” uśmiechnął się mile, chociaż w duchu zazgrzytał zębami. W tym stanie nie powinien jednak był zaczynać. Była zabawna i podniecająca, kiedy się złościła, ale teraz pewnie musiała mieć ekstremalnego dołka. Co innego walczyć z anonimowymi paniusiami lecącymi na upatrzony obiekt, a co innego jego własne uczucia wobec dziewczyny, którą sama uważała za nieświadome życia, ale nadal urocze dziecko…

Nie ma to jak wpływ zielonookiego Irlandczyka na Nem… skwitował w duchu.

„Upokarzać mnie.”

Następnym razem chyba będzie musiał dwukrotnie upewnić się, że podczas porannego prysznica dokładnie wyczyścił uszy, bowiem wydawało mu się, że w głosie zadziornej brunetki brzmiała najprawdziwsza i totalna rezygnacja. Chyba miała zadziwiającą zdolność do popadania z jednej skrajności w drugą. Kobiety. Nigdy ich nie pojmie. W jednej chwili rozświergotane i urokliwe skowronki, w drugiej straszne wiedźmy o ciętym języku. Wolał to pierwsze wcielenie, oczywiście, a od drugich starał się, trzymać na mile. Co go podkusiło, by ją zaczepić?

Raczej nie instynkt samozachowawczy. Ale teraz szybko przydałoby się jego wsparcie, inaczej będzie kiepsko.

„Wolę inne rozrywki.” mrugnął do niej wymownie. Prychnęła, na ułamek sekundy znów zamieniając się w fukającą kotkę. Ale w jej oczach i tak brakowało dawnej iskry.

„Typowy facet.”

Wzruszył ramionami obojętnie, wypijając nieco swojego trunku. Sok porzeczkowy mile połaskotał suche gardło. Przydałoby się więcej wilgoci…

„Każdy facet woli. Ale seks to nie wszystko.”

„Niee…” spojrzała na niego żałośnie „Bawiło cię obserwowanie moich wpadek, gdy tymczasem Alec… Drugie na waszej liście przyjemności jest jej czerpanie z głupoty innych?”

Westchnął, kładąc głowę na blacie stołu. Tak bardzo chciał zasnąć… odpocząć, nie użerać się z dołkiem innych, bo sam miał swój własny… oddać się w czułe objęcia Morfeusza, niepomnym zupełnie niczego… zostawić to wszystko co najmniej do chwili, kiedy budzik okrutnie zadzwoni rano.

Z niejakim zaskoczeniem poczuł jej ostrożne dotknięcie, potargała mu włosy.

Zamrugał, podnosząc głowę i patrząc na nią mało przytomnie. Potargała?

„Idź do domu. Nie powinieneś tutaj siedzieć w tym stanie.” powiedziała cicho, zupełnie neutralnym, pozbawionym sympatii czy współczucia głosem. Ale zapewne musiała w nią uderzyć jednak ich niezła dawka, skoro nagle dawała mu życzliwe rady. Upił kolejny łyk, zwężając oczy i jednocześnie walcząc z nagłym przypływem senności. Dzięki Bogu, że nie miał popołudniowego dyżuru. Zasnąłby za kontuarem na amen. Dopiero by mu się dostało… żadne wstawiennictwo Aleca tym razem by nie pomogło. Ich rodziców jego balangi naprawdę zaczynały denerwować. Szczególnie, że już jego młodszy braciszek się z grubsza uspokoił i ucywilizował. A Liz była jeszcze wisienką na tym torcie. pomyślał z ciężkim westchnieniem. On sam dostał raczej arszenik zamiast deseru.

Wypił ostatnie krople Gumisia. Zmaltretowany, teraz różowawy plasterek cytryny kpił do niego z dna szklaneczki. Czuł się gorzej niż to coś, co zostało po drinku. Wysuszony, wyciśnięty i zupełnie niepotrzebny.

Cholera, nie powinienem był zamawiać alkoholu. Nawet tak słaby w jego stanie działał dziwnie na jego głowę. Już sam fakt, że rozmawiał z Pierwszą Fukającą Kicią miasta Miami i gdzieś między wierszami pojawiały się nuty współczucia i sympatii mówił sam za siebie.

Źle z nim. Ale też raczej nie pozwoli jej być świadkiem własnego załamania.

„Nie podoba ci się towarzystwo… napalony nerwusie?” sławetny uśmieszek McDowellów był na miejscu razem z wyzywającym, aroganckim spojrzeniem. Sam nie wiedział, skąd wykrzesał na to siły i entuzjazm. Ale przy Nem zawsze jakoś wiedział, które struny poruszyć, by wywołać jej złość i gniew. W końcu nie na darmo mówili o nim, że lubił zabawy ogniem…

„Nie jestem nerwusem!” fuknęła momentalnie tracąc resztki sympatii dla niego. Dwie sekundy później zorientowała się, że nie użyła przymiotnika rozpoczynającego się na literkę n… agrr. Zazgrzytała zębami. Odsunęła piwo, kładąc głowę podobnie jak on na blacie.

„Dwójka złamanych życiem staruszków.” pokpiwał Ryan „Idź do domu. Nic ci nie przyniesie roztrząsanie, co zrobiłaś źle albo czy zrobiłaś z siebie idiotkę. Wierz mi, gdyby Alec cię nie lubił, nie tolerowałby ciebie w pobliżu…”

Parsknęła.

„Jassssneee…”

„Alec może być młodszym z naszej dwójki, ale wierz mi, złośliwości i nieraz okrucieństwa ma zanadto do obdzielenia dla nas dwóch.” coś szybko mignęło w oczach Ryana. Nem zmarszczyła brwi. Nie mówił tego raczej bez powodu.

„Czemu mi to mówisz?”

„Uwierzysz, że muszę przeczekać aż Alec zaśnie, więc przez następne dwie godziny będę tu tkwił… a że kac wcale ze mnie nie wyparował, i najprawdopodobniej przewrócę się pod stół zanim nastanie bezpieczna pora powrotu, i wcale nie mam ochoty na to, by znaleźli się świadkowie tego, którzy mu doniosą… tak więc nie mam ochoty na twoje towarzystwo i po prostu usiłuję się ciebie pozbyć z horyzontu?” uśmiechnął się bezczelnie. Nem przewróciła oczami w myślach. Faceci i ich ego. Niezmierzone. Najprawdopodobniej chciał się znów zalać i nie chciał świadków swojego upadku.

Ale wówczas dotarła do niej jeszcze jedna zakodowana w jego słowach wiadomość.

„Czemu musisz zaczekać aż Alec zaśnie?”

Stłumił potężne ziewnięcie.

„Bo mnie opieprzy aż będą słyszeć na drugim końcu miasta.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *