ETIC: przed czy po (6)

6.

Alec zazgrzytał zębami, zastanawiając się w duchu, co takiego do diabła napisała ta cała Maria DeLuca… albo być może to był ktoś zupełnie inny, używający jej identyfikatora. Chłopak? Przyjaciel? Bo raczej na działalność psiapsiółki to nie wyglądało.

Chyba, że psiapsiółka z triumfem donosiła o podbiciu jej chłopaka.

Sam nawet nie wiedział, co go bardziej wkurza. Niemożliwość dowiedzenia się, co się stało, iż z promiennego nastroju nagle zaczęła płakać czy też fakt, że nie mógł jej pocieszyć. Cokolwiek. Cokolwiek zrobić, żeby znów się uśmiechała, żartowała i nieświadomie doprowadzała go do szału swoim zachowaniem i słowami o porannym leniuchowaniu w łóżku.

Sam widok jej pochylonej głowy sprawiał, że odechciewało mu się wszelkich przyjemnych zabaw. Miał za to ogromną ochotę rozwalić szczękę gościa, przez którego płakała.

Dziewczyna nie płakała tak tylko dlatego, że koleżanka coś jej napisała.

Schował flasha do kieszeni i podniósł się, ustępując miejsca Ryanowi. Kilka sekund później pochylał się nad stanowiskiem numer cztery, zasłaniając ją od innych i udając, że coś zmienia w systemie. Dając jej czas na opanowanie kolejnej fali łez. Tylko niestety zanosiło się na to, że cokolwiek je wywołało, nie chciało dać za wygraną.

Nie zauważył zatroskanego niebiesko-szarego spojrzenia brata, ani pełnego zazdrości brązowego, gdy bez słowa trzasnął kciukiem w wyłącznik zasilania i  praktycznie pociągnął bezwolną dziewczynę w stronę wyjścia na zaplecze.

~ * ~

Gdyby ktoś tego ranka powiedział Alecowi, że będzie niósł Liz na rękach, a potem umieści ją na samym środku swojego łóżka, powiedziałby takiemu jednemu, że zostawił mózg w przedszkolu. To było równie prawdopodobne co lądowanie kosmitów na Ziemi.

Ale jednak… podejrzewał, że jednak kosmici wylądowali.

Liz nie tylko nie przestała płakać, ale wręcz jej płacz zamienił się w bezradne szlochanie. Przyklęknął obok łóżka, nie wiedząc co zrobić. Normalnie miał na ustach dziesiątki dowcipnych albo złośliwych odzywek, był znany z równie ciętego języka co jego starszy bliźniak. Potrafił rozproszyć każdy ponury nastrój, ale kompletnie roztrzęsioną Liz zupełnie nie miał pojęcia jak się zająć. Nie wiedział, co powodowało jej stan, nie byli też na tak bliskiej stopie, by mógł bezkarnie robić, co chciał. Równie dobrze mogła wpaść w histerię. Innymi słowy, mógł bardziej zaszkodzić niż pomóc. Nie pamiętał, kiedy czuł się równie bezradny co teraz. Chyba może wtedy kiedy Ryan wdał się dziesięć lat temu w swoją pierwszą poważną bójkę w szkole, wykorzystując swoje umiejętności. Rodzice nie nakrzyczeli, nawet nie upomnieli, ale zawód w oczach ojca sprawiał, że chociaż jego to osobiście nie dotyczyło, jego żołądek wręcz skręcał się z gwałtownej potrzeby naprawienia błędu. Jak teraz. Po prostu nie mógł patrzeć na jej głowę, schowaną w poduszkę, na trzęsące się ramiona, nie mógł słyszeć tego łkania.

Ostrożnie położył się na łóżku tuż obok niej i lekko dotknął jej włosów. Praktycznie przesypywały się w jego palcach, lekkie, delikatnie… Niepewnie zaczął gładzić ją po głowie. Mógł zrobić milion innych rzeczy, włącznie nawet z rzuceniem się na to drobne ciałko, ale coś mu mówiło, że wywoła reakcję odwrotną do zamierzonej. Więc po prostu tak leżeli.

Szloch szybko ucichł, Alec z zadowoleniem pochylił się nad dziewczyną, odgarniając włosy z jej twarzy. Miała zamknięte oczy, ślady łez na policzku, a  cała poduszka była mokra. Jej oddech był równomierny, nie zmienił się nawet na chwilę, kiedy się przybliżał. Uśmiechnął się. Najwyraźniej emocjonalnie wyczerpana po prostu usnęła…

…albo to masaż głowy podziałał tak usypiająco?

Walcząc z szerokim uśmieszkiem przesunął się, bardzo ostrożnie by jej nie zbudzić. Chwilę mu to zajęło, ale wkrótce drobna brunetka leżała przy jego boku, z obejmującym i przytrzymującym ją blisko niego ramieniem. Jej oddech łaskotał nieznacznie w szyję, była tak blisko, że czuł bicie jej serca… i niestety swój własny, wręcz boleśnie uderzający do głowy puls. Najwyraźniej jego ciało wzięło sobie za punkt honoru reagować jak ser do tostów w jej obecności. W jednej sekundzie niemiłosiernie twardy a w następnej zupełnie roztopiony po wpływem ciepła… nie wiedział, co było gorsze. Bezustannie dręczące go fantazje o niej czy fakt, że żadna się nie chciała jak na złość spełnić.

No, chyba, że leżenie zupełnie niewinnie z nią obok można było nazwać spełnieniem…

Wolał raczej by to niewinne leżenie odbywało się po. A nie lata świetlne przed. Poważnie obawiał się, że nie dożyje z nadciśnienia albo będzie już tak siwy i pomarszczony, iż nie będzie pamiętał, do czego mogła posłużyć praktycznie każda pozioma… pionowa też… powierzchnia w tym apartamencie. Z prędkością, z jaką Liz reagowała na jego podchody, druga możliwość była jak najbardziej prawdopodobna.

Nie, żeby się skarżył. Co to, to nie. Leżeć tak, trzymając ją w objęciach było niesamowicie przyjemnie. Cieszyć się samą jej obecnością tutaj, możliwością nieskrępowanego dotknięcia – co prawda ostrożnego, by się nie zbudziła, ale jednak, widokiem jej ufnie wtulonej w jego szyję główki… Kiedy był młodszy zawsze się zastanawiał, jak to było. Potem przestał się przejmować ‚tymi bzdurami’. Dziewczyny same lgnęły do niego. Do Ryana też. Jakoś nigdy nie doświadczył ‚normalnej procedury’, jak nazwał to jego bliźniak. I przez ostatnie lata jakoś za tym nie tęsknił. Spotkanie Liz obudziło w nim wręcz wariacką potrzebę. Jasne, występowała w każdej chyba jego fantazji i śnie. Ale sam chciał wziąć się do rzeczy powoli, nie przyspieszając zbytnio spraw, jakby coś w nim bało się, że mógłby coś przez to stracić. Co było zupełnie niemożliwe, biorąc pod uwagę, że Liz praktycznie nie zauważała jego zainteresowania. To będzie wyjątkowo ślimacze tempo, myślał, przesuwając się niewygodnie na posłaniu. Tylko jak to przetłumaczyć ciału?

Niecały kwadrans później jego ciało wcale nie chciało słuchać ani poddawać się jego woli. A myślał, że lata nastoletniej hormonalnej gorączki miał już za sobą. Z drugiej strony jak mógł być niewzruszony i spokojny, kiedy trzymał to małe, ciepłe cudo w swoich rękach? To było naprawdę zbyt przyjemne uczucie, miękkie krzywe jej ciała tak doskonale pasujące do twardych krzywizn… pachnące śmietanką i owocami włosy tuż po jego nosem, przywodzące na myśl niewiele mającego wspólnego z pożywianiem się wykorzystywanie tych drobnych, nie tak dawno drżących od płaczu usteczek… I ten pierwszy dzień, kiedy zobaczył ją podczas pisania smsów…

Nie, musiał przestać inaczej sam obudzi Liz albo zostanie jakimś tępym pilniczkiem brutalnie sprowadzony z krainy własnych fantazji… Mimowolnie uniósł jej dłoń, zerkając na drobne paluszki… tak drobne, a jednocześnie niewiarygodnie sprawnie stukające w klawiaturę… niejednokrotnie prześladowała go wizja jak siedzi w tej swojej czerwonej sukieneczce na krześle, ząbkami maltretując kuszącą czerwień ust, a paluszki raz po raz wstukują odpowiedź na klawiaturze albo wodzą niezwykle sprawnie myszką…

Nic go nie przygotowało na delikatnie drgnięcie jej powiek i trzepot jej rzęs, zostawiający na skórze niewiarygodne uczucie mrowienia. Jeszcze nie, błagam, jeszcze niech śpi… błagał staruszka tam w górze.

Dwie sekundy później napotkał zaskoczone i bardzo zmieszane brązowe spojrzenie. Uśmiechnął się uspokajająco, ale to wcale nie wypełniło pełnej napięcia ciszy.

Długi, uporczywy dźwięk, jaki chwilę później zaskoczył ich oboje, bynajmniej nie pochodził z jego własnego żołądka. Liz zarumieniła się nieznacznie i już otwierała usta, by przeprosić…

„Szsz…” dotknął delikatnie palcem tej miękkości, skutecznie uciszając ją na kilka potrzebnych sekund „Jestem beznadziejnym kucharzem, ale co powiesz na tosty z szynką?”

Przysięgał, oczka Liz rozbłysły jak gwiazdy na sam dźwięk słowa ‚tosty’. Albo to mu się przywidziało?

„Lubisz tosty? No wiesz, dwa spłaszczone ciałka chlebka, szyneczka i błyskawicznie topiący się serek?” mrugnął do niej.

„Ser?” uśmiechnęła się entuzjastycznie, zmieszanie obudzeniem się z nim przy swoim boku zostało natychmiast zapomniane wobec pysznej wizji „Kocham topiony ser… jest taki miękki, kiedy rozpływa się w ustach…”

Alec z ogromnym trudem powstrzymywał uśmieszek, który odgrażał się by zepsuć całą niewiarygodną scenkę. Liz zupełnie nie rozumiała. Kompletnie. Była rozbrajająco zabawna. Nieco mniej śmieszny był fakt, że przyjdzie mu się przebijać się przez te mury niewinności… ale obiecywał za to baaardzo ślimaczo długą przyjemność.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *