ETIC: przed czy po (49)

49.

Sytuacja zdecydowanie wymagająca interwencji… skonstatowała Amanda, oglądając scenę rozgrywającą się na środku salonu. Czy też jej końcówkę, bo Alec jakby się paliło, odwrócił się na pięcie i niemal wybiegł z pomieszczenia. Westchnęła cichutko. To nie był dobry znak, szczególnie, że jak na złość każda inna, wolna i godna zainteresowania dziewczyna na tym przyjęciu widziała komunikację między tą przeklętą kelnereczką a jej synkiem.

Czy też ewidentnie jednostronne sygnały wysyłane przez zielone oczka, bo kelnereczka nadal uparcie głupio grała kartą „nic nie widzę, nic nie rozumiem”.

A już wszystko tak dobrze się układało. Przestali się spotykać, sytuacja się ochłodziła i jedyne, czego z niecierpliwością wyczekiwała, to początku roku szkolnego i powrotu panienki do swojej zapyziałej dziury Roswell, też coś. Parę ulic na krzyż i sam piasek.

Mała brunetka powiedziała coś do swoich rozmówców, po czym odwróciła się i spokojnym krokiem podążyła śladem jej synka.

Zmrużyła oczy z irytacją. Wkroczyć teraz nie mogła bo śmierć z rąk Aleca była gwarantowana. Ale na szczęście istniała na tym świecie jedna jedyna osoba, która mogła bez konsekwencji przemówić mu do rozumu… Nie podejrzewała jednak, że wyciągnięcie go ze starego pokoju okaże się tak czasochłonne…

„Reasumując…” głos jej Ryanka był zadziwiająco spokojny, biorąc pod uwagę okoliczności. Rzadko widziała go tak spokojnego, a jednocześnie nie okazującego buzującej w nim złości. Bo Ryan był naprawdę wściekły to nie ulegało najmniejszej wątpliwości. „…nie podoba ci się, że Alec spotyka się z tą dziewczyną i akurat teraz odczułaś potrzebę podzielenia się tą informacją z nami.”

Amanda McDowell nie zmieszała się ani na jotę, nadal trzymając twarde stanowisko. Nem mimo woli poczuła do niej szacunek. Też trzeba naprawdę wiele siły, by wytrwać w swoim osądzie…

„Sprawy zaszły dziś dużo dalej. On sam nie zrozumie, że to pusta lalunia!”

Nem nagle ogarnęła niezmierna wesołość. Wizja Niewiniątką w różowej sukieneczce z wściekle czerwonymi i wbitymi w przyrodzenie zielonookiego szponami była zbyt zabawna…. Cóż, wiedziała już po kim Ryanek odziedziczył swoją bujną wyobraźnię.

„Cóż, skoro sprawy zaszły dużo dalej no to zaszły i żadna nasze ingerencja tego nie zmieni. Ma na jej punkcie niezła obsesję sprzeciw mu się, a otrzymasz znacznie bardziej denerwujące chwile niż obecnie.”

Amanda zacisnęła z dezaprobatą usta, jak żywo przypominając rozkapryszone dziecko… Nem naprawdę walczyła o to by zachować w miarę spokojną twarz, niemniej chyba nie bardzo jej to wychodziło, bo Ryanek wyjątkowo szybko ją ewakuował…. Właściwie to odbyli sprint przez cały dom przy licznych pogwizdywaniach męskiej części gości, aż wreszcie wcisnął ją na tylne siedzenie swojej maszynki i odjechali w siną dal…

~ * ~

Zimna woda niewiele pomagała na głód, ale przynajmniej nieco zdołał opanować szalejące niczym u nastolatka ciało. Lodowate strużki spływały z karku, aż się wzdragał. Ale nie one sprawiły, że zamarł z przerażenia.

Bowiem drzwi od jego pokoju do jego prywatnej łazienki otworzyły się i stanęła w nich nie kto inny jak główna sprawczyni jego koszmaru. W tych swoich obcisłych dżinsach i koronkowej bluzeczce, której kupno sam osobiście doradził Niewiniątku, kiedy zaczęła wychylać czułki ze swojej skorupki.

Skorupkę to miała ponętną…. w pierwszych sekundach nie mógł oderwać wzroku, bynajmniej nie od zgrabnych nóżek… w następnej minucie dotarła do samotnej szarej komórki w mózgu bardzo, bardzo ważna informacja.

Sam na sam z Niewiniątkiem w jego starym pokoju, gdzie prędzej Nem zaciągnie Ryana do ołtarza niż jego bliźniak pozwoli, by ktoś mu przeszkodził….

„Dobrze się czujesz?!?” Niewiniątko uśmiechnęło się, zakładając nieśmiało włosy za ucho. Jęknął w duchu, ale pewna wizja już wyklarowała się w jego przeciążonej głowie.

„Nieeee…..” mruknął, podchodząc do niej i przypierają do ściany. Jej zaskoczona minka była naprawdę słodka. „Ale zamierzam czuć się baaardzo dobrze.”

Może to instynkt a może naprawdę zaczęła pojmować niebezpieczeństwo? Przez sekundę usiłowała się wycofać, lecz wszakże za plecami miała ścianę, a przodowi również twardości nie brakowało. Pochylił się nad nią bliżej….

„Ważna lekcja. Nie wchodzisz za facetem do łazienki, szczególnie prywatnej…”

„Myślałam, że zrezygnowaliście z uświadamiania mnie?” wyszeptała, sama nie wiedząc dlaczego szepcze. Ale czuła napięcie pod skórą, wręcz wibrowało w koniuszkach palców i paraliżowało mięśnie.

Dziwnym trafem miał ochotę parskną śmiechem jednak jakoś zdołał się pohamować.

„Nie chciałem cię uświadamiać…” lekko, zaczepnie skubnął płatek ucha. Małe ciałko zadrżało rozkosznie.

„Nieee?” brązowe oczka były ogromne ze zdumienia.

„Niee.” uśmiechnął się przewrotnie „Chciałem zrobić znacznie, znacznie więcej….” jego dłonie zaczynały poczynać sobie całkiem śmiało.

Potrząsnęła głową, jakby otrząsając się z oszołomienia. A potem go… pocałowała. Co prawda tylko miękko, niemal czule, ale… pocałowała!

„To nie ma sensu, Alec.” westchnęła, opierając dłonie na jego ramionach „Chcesz więcej niż ja chcę ci pozwolić…”

To zdanie było zbyt skomplikowane pod względem gramatycznym, by zdołał je pojąć w tej chwili. Pojął jednak wyraz brązowych oczek.

„Nie powinnaś była za mną iść…” mruknął szorstko. Cofnął się gwałtownie od niej, zaciskając mocno dłonie w pięści, by powstrzymać instynktowną chęć sięgnięcia po jej ponętne ciało. Dlaczego do jasnej cholery kobiety tak pociągające zarazem kosztowały najwięcej? Nie mógł pojąć tej niesprawiedliwości losu....

Odwróciła się jeszcze w drzwiach, najwyraźniej chcąc coś powiedzieć.

„Po prostu idź, zostaw mnie samego.” wycedził przez zęby. Westchnęła.

„Ok. Tylko chciałam, żebyś dowiedział się przed, a nie po… już się zmywam.”

Do niezliczonych zalet Niewiniątka musiał dodać jeszcze jedną. Była naprawdę słowna. Z jego pokoju wyszła po prostu z domu i przyjęcia jego rodziców. Kiedy nieco ochłonął, zastanawiał się przez jakiś czas, o czym do diaska mówiła, ale wolał się nie zastanawiać zbytnio nad Niewiniątkiem, ciśnienie samo mu się podnosiło… we wcale nie najprzyjemniejszych rejonach.

~ * ~

Przeciągnęła się, niemal natychmiast czując, że coś było nie tak. Po pierwsze, kostka bolała niemiłosiernie… po drugie, gorącego i usłużnego ciała jej osobistego niewolnika nie było obok.

Nic dziwnego, że się obudziłam… otworzyła oczy, walcząc z sennością. Była zmęczona po nocnych przejściach w szpitalu, strachu o dzieci, nerwowości, czy Ryan nie domyślił się ciąży, przejściach w domu McDowellów i działalności niecnej jej niewolnika. Nieco uzbierało się tego przez ostatnie dni. Albo po prostu jej organizm głośno mówił stop, przypominając, że teraz była odpowiedzialna nie tylko za siebie.

Sara i Josh… ładne imiona.

Pokuśtykała przez całe mieszkanie, nim go znalazła. Stał przy wielkich szklanych drzwiach prowadzących na taras. W samych dżinsach, ręce w kieszeniach, zamyślony… w innych okolicznościach najprawdopodobniej by się na niego rzuciła.

Przytulił ją lekko i uśmiechnął się.

„Powinnaś jeszcze spać.” zganił ją.

„Nie mogłam, moja poduszka zrobiła sobie urlop.” pożaliła się.

„Twoja poduszka woli stanowisko kołderki…” mruknął w jej włosy z westchnieniem „Ale oba stanowiska są… zbyt absorbujące, a musiałem pomyśleć.”

„Coś dużo tego myślenia…” zauważyła, ostrożnie rozmasowywując napięte mięśnie na jego karku. Spięty i mający mnóstwo do przemyślenia – nie widywała go takim zbyt często i siłą rzeczy nie wiedziała zbytnio, co ma robić. Nie był beztroskim dzieciakiem, za jakiego uchodził w całym Miami… po prostu nie zwykł okazywać, że coś go martwi. Taki już był, nawet wobec niej. Mogła być teraz jego dziewczyną, ale ta sfera pozostawała dla niej zamknięta.

„Hm…” wychylił się do jej dotknięcia, wyraźnie ciesząc się działalnością jej dłoni. To było całkiem… miłe, odbierać uznanie za taki drobiazg. „Myślałem o pracy.”

„Coś nie tak z kawiarenką?” zdziwiła się, ciągnąc go w stronę sypialni. Po kilku podskokach jednak po prostu ją podniósł i zaniósł na łóżko. To też było miłe…

„Nie, od poniedziałku zaczynam nową. Na dziewiątą.” ziewnął, wgramalając się na posłanie obok niej. Najwyraźniej myślenie męczyło biednego, irlandzkiego błędnego rycerza.

„Oooo…” mruknęła. Wizja jej i Ryanka na zapleczu odchodziła szybko w siną sal. I wszelkich innych szybkich wypadów na małe co nieco.

„Co taka ponura minka, Pilniczku?” przewrócił ją na brzuch, samemu zabierając się za rozmasowywanie jej mięśni karku. Hmmmmm… przyjemne rozmasowanie. „Wakacje wprawdzie się skończyły, ale to nie znaczy, że przestanie być… hm, przyjemnie.”

„Po prostu kolejna rzecz, o której się dowiaduję praktycznie przypadkiem o własnym facecie.” westchnęła nieszczęśliwie. Zabrzmiało zdecydowanie ciężej niż powinno. Zagryzła nerwowo wargę. Wcale tego nie chciała. Ale o dziwo, Ryanek nie miał jej tego za złe. Nawet uśmiechał się do niej!

I cuda się na tym świecie zdarzają.

„Po prostu lubię myśleć i słuchać, jak to mówisz.” wyjaśnił z łobuzerskim uśmieszkiem, całując jej ucho.

„Cooo?” wyjąkała zdumiona w poduszkę.

„O własnym facecie.” nie przestawał jej całować. Ale własne słowa sprzed dosłownie chwili zabrzmiały tak jakoś intymnie w jego ustach. Mruknęła coś niezrozumiale nawet dla samej siebie… chyba nie była zdolna do wydania z siebie innego dźwięku. Ryan był zaborczy wobec niej… nie starczało jej wyobraźni, by opisać to niesamowite uczucie zadowolenia, które zalęgło się w żołądku. I zwinny języczek, który śmiało poczynał sobie z płatkiem jej ucha, miał z tym tyle wspólnego co piernik z wiatrakiem…

„A propos tematów do rozmyślań i niespodzianek… Co to za kartonik z kokardką i moim imieniem w twoich rzeczach?”

Zakłopotana wcisnęła nosek w poduszkę. Zapomniała… Ryanek popołudniu rozpakowywał jej walizkę, każąc jej grzecznie leżeć w łóżeczku i czekać na siebie. Nie, żeby czekanie jej się dłużyło. Kolejne miny, towarzyszące rozpakowywaniu co niektórych skrawków materiału, które postanowiła trzymać nie wiadomo czemu u niego, nie u siebie w domu, rekompensowały grzeczność w 100%. Bynajmniej nie grzeczna Foczka hasała sobie po meandrach jego męskiej wyobraźni. Ha! Jej kobiece ego niemiłosiernie spuchło.

Ale zadowolenie pierzchło, z hukiem ustępując miejsca czystemu strachowi. Może dlatego był zamyślony, bo się domyślił? Lub zajrzał do pudełeczka? Agrrr, przeklinała teraz w duchu swoją głupotę.

„Dla ciebie.” powiedziała, nie zdając sobie sprawy, że całą nerwowość ma wymalowaną na twarzy. Zbytnio była zestresowana i zajęta jego. Musiała widzieć, co pomyśli, kiedy mu powie…

„Dla mnie?” zapytał z uśmieszkiem, jego zainteresowanie rosnące z równą gwałtownością, jakby postanowiła nagle startować w konkursie na Miss Bikini. Przymioty ku temu miała, ale ku jego niepomiernej uldze, skupiała się raczej na prywatnych pokazach. „To chyba mężczyźni dają kobietom prezenty…”

„To nie średniowiecze, błędny rycerzyno…” zakpiła z pozoru swobodnie, ale to było w tej chwili ostatnia nazwa, którą przypisałaby własnym odczuciom. Wolałabym mieć to już za sobą, obojętnie jaki byłby tego efekt.

„Czasy od średniowiecza aż tak bardzo się nie zmieniły… Czy wtedy czy teraz, faceci usiłowali wkraść się w kobiece łaski i wyczyniali niejedną głupotę, od dawania płci pięknej królewskiego berła po skromną chatynkę dla utrzymanki…”

„Wolę słonawe proteiny…” dźgnęła go złośliwie w żebra i wydęła usta, naburmuszona niczym małe dziecko. No idźże po ten prezent, no już! Sio!

„Hm…” pochylił się nad nią z błyskiem w oku „Czy dobrze rozumiem, żeby otrzymywać od ciebie prezenty, to muszę cię regularnie, hm, raczyć solidną porcją proteinowego haraczu?”

Zabrzmiało to tak absurdalnie, że mimowolnie się uśmiechnęła. Naprawdę mimowolnie.

„Jak tak regularnie będziesz raczył, to tego typu prezenty same spadną z nieba.” parsknęła. Cóż, wiatropylna to nie była. Sama się w tą kabałę nie wpakowała. Wizja jej samej z gromadką stalowookich diablików, uczepionych jej spódnicy nie wywoływała czułego, rozmarzonego uśmiechu, prędzej dreszcz strachu.

Za chwilę miało się okazać, czy uzasadnionego. Tymczasem jej osobisty niewolnik patrzył na nią ze zdumieniem i zupełnie już zdezorientowany. Uśmieszek zniknął. Podrapał się po swojej blond główce, przeniósł wreszcie swoje oczka na przyniesiony w międzyczasie kartonik i wycedził.

„Ok…” przez moment mocował się ze wstążeczką. Cóż, w nerwach dosyć… mocno ją zawiązała. Wreszcie ustąpiła, pokazując nader ochoczo ciekawym paluszkom i oczom zawartość.

Zerknął do środka, niczym chłopiec nie wierzący w Świętego Mikołaja, ale mimo to znajdujący pod choinką paczuszkę i dla siebie.

Jego niemądra, zdezorientowana mina tylko się pogłębiła, kiedy wyciągnął z pudełka dwie pary malutkich bucików, w sam raz na małe niuniowe stópki razy dwa.

„Yyy..” to było jedyne, co wydostało się z jego ust. Gapił się oszołomiony to na nią, to na buciki, to na nią, nim znaczenie dwóch par drobiazgów dotarło wreszcie do niego. A może i nie… przenosił uwagę zszokowanych szarych teraz oczek to na trzymany w dłoniach prezent, to na jej niepewne własne oczka. Bała się tej chwili jak diabli, myślała o niej tysiące razy w ciągu ostatnich dni, ale nie przygotowało to ją na wielgachny blok granitu zalegający w żołądku.

„Nem…” szemrał, i gdyby nie widziała na własne oczy poruszających się ust, nie poznałaby ani głosu ani akcentu „…jesteś… w ciąży?”

Skinęła nerwowo głową. Żołądek nadal miała ściśnięty i niemal staranowany. Była pewna, że w tej chwili przypominał raczej zeschniętą śliweczkę niż wielbiciela orgazmów na podniebieniu. A zawsze myślała, że bohaterki wszelkich opowieści w takich chwilach dostawały mdłości i błyskawicznie znikały ze sceny, zasłaniając się obywatelstwem toaletowym.

„W ciąży…?” wyraz bezbrzeżnego zdumienia wcale nie chciał ustąpić z jego przystojnej buziulki. Patrzył się teraz prosto w jej oczy, ale mimo to miała to dziwne uczucie, jakby zupełnie jej nie widział.

„Tak.”

„W ciąży… jesteś.” chyba do niego dotarło i zatkało na tej frazie. Zacinał się niemalże jak gwóźdź… niezdolny wyjąkać czegokolwiek sensownego. Niezależnie od tego, czy wiadomość przyjmie gorzej niż po cichu marzyła, była dla niego szokiem, z którym nie umiał sobie poradzić.

Jakbym ja sobie lepiej poradziła… parsknęła z ironią do samej siebie. Gdyby Ryan tamtego wieczoru nie poszedł sam na tamtą imprezę, to najprawdopodobniej jej by tu nie było.

„Jestem w ciąży.” wydawało się, że wreszcie ta zadziwiająca wiadomość dotarła do adresata. Podniósł się z łóżka, przecierając twarz, jakby chciał się obudzić ze snu. Patrzyła na niego niespokojnie. Co teraz?

Sięgnął po jej dłoń, ściągając ją z łóżka. Ledwo ustała na jednej nodze, tak miękkie miała kolana. Ryan wcale sprawy nie ułatwiał, wpatrując się w jej palce.

Wreszcie westchnął, jak gdyby zorientował się, że nic więcej nie powie i za jednym zamachem podniósł i ułożył na miśku. Przed kominkiem na dodatek!

„Jesteś pewna?” cicho zapytał, kładąc się obok i pilnie wpatrując w jej twarz.

„Jestem w ciąży.” powtórzyła jak papuga, czując się coraz bardziej niepewnie. Ze wszystkich reakcji Ryana, ta nie przyszła jej na myśl. Nie miała pojęcia co czuł, ani tym bardziej co myślał o przyszłości. Z nią, bez niej – obojętnie. Nie wiedziała! myślała, czując jak panika powoli zaciskała swoje wredne łapki na jej ogarniętej jednym niepokojem głowie. Bała się, że ją zostawi, wyklnie, albo co gorsza, będzie chciał wcisnąć pieniądze na pozbycie się dziecka… albo nie uwierzy, że to jego. Na razie sama myśl o jej ciąży wyjątkowo opornie torowała sobie drogę do jego świadomości.

„Jesteś w ciąży.” powiedział to już bardziej do siebie niż zapytał, więc była jeszcze jakaś nadzieja. Schylił się, dotykając miękko ustami jej ramienia. Parsknął nagle z wyjątkowo bolesnym dla jej uszu sarkazmem. „Wpadliśmy.”

Nadzieja matką nie głupich, ale skończonych kretynek… Nem nie wiedziała, która z zalewających ją nagle fal przeważy, ale każda gwarantowała bezsenne noce. Rozczarowanie… a nawet nie wiedziała, że żywi jakieś konkretne nadzieje… dotąd.

„Będziemy mieli dziecko… dziecko… dziewczynkę lub chłopca…” najwyraźniej plątanie się w zeznaniach nadal obowiązywało. Chociaż nie wyczuwała w nim gniewu, prędzej dezorientację, ogrom zdumienia, sarkazm, wreszcie nieco rozbawienia… jedno musiała naprawić. Nie wiedziała do końca, czy to jakiś złośliwy chochlik w niej siedzi, ale pragnęła by przez chociaż chwilkę poczuł to samo co ona. Tę dziwną bezradność, która potrafiła zepsuć każdą radosną myśl o dzieciach. Rozczarowanie drugą osobą. Cokolwiek… chciała, żeby go zabolało, może dlatego właśnie przyszła jej do głowy myśl…

„Posłuchaj no… ty, ty… Irlandczyku!” dźgnęła go w żebra, aż jęknął z bólu „Coś sobie wyjaśnimy. Nie będzie jednego dziecka, chłopca czy dziewczynki czy co tam ci się roi w…”

Została gwałtownie, acz nie brutalnie, uciszona miękkim pocałunkiem. Słodkim, pełnym czułości dotknięciem ust, których jedynym celem istnienia w świecie wydawało się sprawianie jej przyjemności i uśmierzanie strachu, który kołatał się już nie tylko w jej głowie, ale i sercu. Nigdy wcześniej nie krzywdziła go z taką premedytacją.

„Ryan..”

„Ci…” mruknął, scałowując jakieś głupie, niechciane łzy, które przyplątały się na jej policzki najwyraźniej pod wpływem hormonów „Wiem, że z nas raczej dwoje napalonych gówniarzy niż rozsądni dorośli, ale…” przełknął ciężko, najwyraźniej szukając właściwych słów… i nie znajdując ich. Mówił zbyt prosto, zbyt… bezpośrednio. Nigdy go takim nie znała. Pochylił głowę z wyrazem rezygnacji na twarzy. „Nazwij to jak chcesz. Skrajnym szowinizmem, głupimi mrzonkami… dla mnie to morderstwo.” mruknął szorstko „Może w tej chwili nie tańczę z radości… nie znaczy, że nie chcę dziecka.”

„Nie będzie dziecka.” powtórzyła poważnie niczym papuga, obserwując jak u jej zazwyczaj łagodnego Ryanka od tłumionej furii drży szczęka. „Tylko dzieci. USG wykazało, że to ciąża bliźniacza.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *