ETIC: przed czy po (48)

48.

„A jemu co do diabła odwaliło…?” Ryan wyszorował mokre włosy ręcznikiem, idąc przez hol w samym tylko ręczniku. Normalnie oblizałaby usta na jego widok, zwłaszcza, że wyglądał nawet smakowiciej niż tamtego pierwszego dnia po prysznicu… w tej chwili jednak miała twardszy orzech do zgryzienia.

„Niewiniątko lub już nie niewiniątko…” wyszeptała, sama nie wiedząc czy przez wypowiedzenie tej kwestii stanie się ona bardziej realna.

„C-c-c-oooo…?!” Ryan parsknął z kompletnym niedowierzaniem.

„No czy jeszcze… no wiesz, jeszcze jest nietknięta.” mruknęła rumieniąc się jak piwonia „I szlag go niezły trafił.” dodała całkiem niepotrzebnie.

„Aleca?”

„No chyba nie sąsiada! Ktoś go prawdopodobnie ubiegł….”

Ryanek zaczął się śmiać jak oszalały. W końcu jednak opanował się i objął ją ramieniem.

„Też macie kwestie do roztrząsania…” pokręcił głową. Cisnął zużyty ręcznik na fotel pod oknem. „Chociaż to może go wreszcie obudzi….”

„Z czego?”

Ziewnął, wzruszając obojętnie ramionami.

„Że czasem… no dobrze. Trzeba schować dumę, urazę, zacisnąć zęby. Ale sprawa jest tego warta. Alec po prostu nie kuma, że moja szczęśliwa buziula i chęć do wstawania nie pochodzi od regularnego seksu…”

Westchnęła, wtulając się w niego.

„Nieee…?”

„Oczywiście, że nie…”

Nie bardzo mu wierzyła.

„Nie wierzysz mi, prawda?” spytał, wydymając smutno wargi. Skinęła głową w odpowiedzi. „Przynajmniej jesteś szczera…”

„Nie przesadzaj…”

„Hej…” mruknął prosto do jej ucha „To tylko dwa miesiące, ale dwa miesiące raczej wystarczają chyba, by zdecydować, z czym jest człowiekowi dobrze. Nie jestem jakimś elokwentnym romantykiem, prędzej cynikiem i nieraz egoistą, i właśnie dlatego pewnie tak mi się spodobałaś…”

Dźgnęła go lekko w ramię.

„Niee… to ty mi się spodobałeś, w tym cholernym ręczniku, z roztrzepanymi mokrymi włosami i dziwnym wyrazem oczu…”

Jednym zwinnym ruchem podniósł ją i zaczął nieść w stronę swojego dawnego pokoju. Dwie minuty później dotarli do celu, kopnięciem otworzył drzwi i ku swojemu zdumieniu, Nem poczuła pod własnymi plecami bardzo znajomą materię.

Skóra z apartamentu McDowellów.

„Tia… czyli wracamy do początków…” uśmiechnął się zawadiacko, przyciskając ją lekko do nieszczęsnego miśka „Zdradzę ci malutki sekret… ale pod jednym warunkiem.”

„Jakim?” sama nie wiedziała czemu, ale szczerzyła zęby niczym wariatka.

„Widzisz… nie mogłaś odgadnąć wyrazu oczu, bo nigdy wcześniej ani potem już go nie ujrzałaś, więc naturalnie nie mogłaś rozpoznać jego znaczenia.”

„A co znaczył?” wyszemrała, skubiąc lekko płatek jego ucha. Zadrżał.

„Przed czy po…”


„Słucham?”

„Zastanawiałem się, kiedy zaczynaliśmy się spotykać, na jakie szaleństwo planowałem się porwać tamtego dnia… Widzisz, wtedy właśnie padła ta decyzja. Wcale nie była twoja… ty ją wywołałaś, ale nie była twoja.” odwzajemnił pieszczotę. Zamknęła oczy w przyjemności, ale jej uszy słuchały uważnie. „Patrzyłaś przez okno na ocean… i marzyłaś. Miałaś piękne oczka wtedy… koniec końców zerknęłaś na mojego miśka. Kiedy wyszedłem po raz drugi z łazienki – bo zwyczajnie zapomniałem ręcznika…”

Zarumieniła się na wspomnienie. Te kropelki wody, uparcie zatrzymujące się wrednie na granicy miednicy… gdzie by się zatrzymały bez ręcznika?

„…myślałem, jak się podrywa dziewczyny na dłuższą metę, nie na jeden wieczór. Nigdy tak naprawdę tego nie robiłem i nie wiedziałem, czy dam radę. W końcu postanowiłem zaprosić cię na lody. Podziałało… Chyba.”

Przeczesała palcami jego włosy. Nie tylko szczerzyła zęby jak zwariowana. Czuła się, jakby ten wielki supeł w jej żołądku sam się rozwiązywał. To było przyjemne uczucie.

W końcu postanowiłem zaprosić cię na lody. Uśmiechnęła się znów.

„Nie jesteś zła…?”

„Niee…” pokręciła przecząco głową „Dlaczego miałabym być…” rozłożyła się wygodniej na miśku. Zdecydowanie trzeba było pozbyć się tego ręcznika. I innych materiałów także. Ale najpierw…

„Ryan…?”

Oboje jęknęli zgodnie. Nie, nie, nie… wyjęczała w duchu. To było zdecydowanie nie fair. Czy jego matka nie miała kiedy go szukać?

„Zamkniemy się na klucz i będziemy kochać do rana?” spytała konspiracyjnie.

„Niee…” podniósł się gwałtownie. Ze złością zaczął szybko wciągać ubranie, porzucone gdzieś od przypadku do przypadku na łóżku. „Pojedziemy do domku i będziemy się kochać do ósmej rano w poniedziałek…. Ale najpierw…” spojrzał groźnie w stronę wciąż zamkniętym drzwi od pokoju „Pozbędziemy się paru przeszkód…”

~ * ~

Nie pamiętał już ile razy przechylał się przez kontuar barku by tylko popatrzeć na te piękne nogi. Nogi od samej podłogi po niebo… czyste niebo stwierdził w duchu oglądając delikatną wypukłość pośladków i skrawek ciemnej skóry która nawet z dala nęciła swoją gładką jedwabistością.

Zawsze lubił koronki, niekoniecznie w formie damskich bluzeczek, ale ta kazała mu się zdecydowanie zastanawiać, co jest pod spodem. Albo czego nie ma… czuł się jak bohater kiepskich kawałów o samotności szarych komórek w mózgu faceta ale jego oczy po prostu przykleiły się do tylnego profilu tej dziewczyny i od dłuższego czasu nie zdołał ich odkleić. Zignorował kompletnie Nicole, początkowo wiszącą mu bezczelnie na ramieniu, a potem chyba robiącą dobrą minę do złej gry… nie wiedział, nie obchodziło go to. Jedyną, wyjątkowo palącą kwestią w tej chwili była tożsamość nieznajomej, o tak genialnych kształtach, że mógłby szczytować od samego patrzenia.

„Ziemia do mokrej plamy…” usłyszał śmiech rudowłosej Heaney tuż przy swoim uchu. To by znaczyło, że Niki się zmyła… Hm, nawet nie zauważył.

„Ale cię wzięło, biedaku.” w jej głosie nie było współczucia, raczej pewne zadowolenie.

Wolał nawet nie zastanawiać się nad jego znaczeniem.

„Raczej głód mnie wziął siłą…” wycedził przez zęby. Co było bez wątpienia faktem nad faktami, latał niczym wariat trzy miesiące za tenisówkami i jego stan można było określić niemal jako śmierć głodową. Ale nadal jak masochista nie chciał sięgnąć po byle co, szukał jakiegoś porządnego mięska.

Które wyrosło niedawno przed jego oczyma niczym manna z niebios. Aaach, i wróżył sobie naprawdę długą i niebiańską ucztę chociażby nie wiedział co… doprowadzi tę małą do stanu, kiedy nie będzie zdolna nawet jęczeć jego imienia.

„Głód?” Ann rechotała „Nie wyglądasz na zagłodzonego…”

„Cóż, w takim razie Niewiniątko to większy miszczu niż ktokolwiek podejrzewał.” wycedził przez zęby. Dziewczyna potrząsnęła głową. Ciemne włosy, niczym lustro, lśniły w nielicznych światełkach. Marzył by zatopić w nich palce i przekonać się, że to nie tylko fryzjerska sztuczka.

Ale zupełnie inna fryzurka i słodkie brązowo-złote spojrzenie nagle stanęło mu przed oczyma. Potrząsnął głową z irytacją… Psiakrew czy już na zawsze pozostanie więźniem tego chochlika….?

W ten sposób uschnąłbym zupełnie i zostałyby ze mnie same wiórki… Hm byłbym podawany niczym kebab w przydrożnym barze. I raczej nie miał co liczyć na jakąś uroczą klientelę. Niewiniatko wolało raczej tosty. Dzięki niemu.. stwierdził w duchu z niemałą satysfakcją, ale zaraz potem zrzedła mu mina. Naprawdę, czy już nie uwolni się od tenisówek?

„Taaak. Któżby podejrzewał?” Heaney uśmiechnęła się dziwnie…. diabelsko. Psiakrew z głodu to miał już nawet omamy.

Szczególnie, że od czasu do czasu jak bumerang wracało to cholerne pytanie dlaczego. Był aż tak paskudny? Nawet Ryan wydawał się przekonywać do siebie Nem obojętnie jaka by nie była…. nie mógł być chyba gorszy? myślał gniewnie. Co z nim było nie tak że Niewiniątko nie chciała patrzeć na niego jak na faceta?

Paradoksalnie, chociaż skala była kompletnie niewspółmierna, zaczynał pojmować ześwirowanie Ryana, chęć uwolnienia się od dręczących głowę bez ustanku pytań.

Zły sam na siebie, zostawił bar w salonie, rudowłosą Irlandkę i ruszył w stronę dziewczyny w koronowej bluzce. Im bliżej był tym bardziej podziwiał w duchu te niebiańskie kształty…. Dotknął nieznacznie jej ramienia, przerywają jej rozmowę w połowie słowa…. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *