ETIC: przed czy po (47)

47.

Nem westchnęła błogo, rozkładając się wygodnie na hamaku… hm, właściwie to chyba była huśtawka, ale jej przezorny niewolnik zgrabnie odczepił ją z tarasu i przeniósł między drzewa w ogrodzie, z dala od ciekawskich ocząt i niepotrzebnych komentarzy gości McDowellów.

„Hm… prawdziwa złota rączka z ciebie… Zaanektowałabym ciebie na własność już dawno temu, gdybym wiedziała….”

Uśmiechnął się, czuła to, bo jego usta właśnie sprawdzały wrażliwość jej paluszków. Prawie wylazła ze skóry przy okazji. Przyjemnie było tak leniwie leżeć obok jego gorącego ciała i po prostu się tym cieszyć. Kto by zresztą się nie cieszył…?

I pomyśleć, że kiedyś rozpaczała, że przypadnie jej pewnie w udziale jakieś nudne, nieatrakcyjne mięsko, ale stare ciotunie już nie będą składać jej mamie urodzinowych życzeń, by ukochana jedynaczka wreszcie znalazła sobie jakiegokolwiek faceta.

Śmiechu warte…

Jęknęła, kiedy tupot małych stópek przerwał miłe sama na sam. Otworzyła jedno oko z niechęcią.

„Cholerne bachory sąsiadów…” Ryanek jęknął ze zgrozą „Sio, paskudy…” pokazał im języczek, nawiasem mówiąc zwinny „Nawet nie można spokojnie mieć małego bara bara…”

„Nie lubisz dzieci?” spytała, nagle zmartwiona.

„Lubię… kiedy nie komplikują mi życia… planów…” prowokacyjnie otarł się o nią, ale nic poza tym. Nadal leżeli objęci na leżaku czy huśtawce i miała ochotę pozostać tam na znacznie, znacznie dłużej. Nawet jeśli nie przepadał za dziećmi… był z nią. „Mówiłem ci, że masz genialne… biodra…?”

Jego oczka błyszczały figlarnie. Paluszki sobie buszowały po jej kobiecych zakolach. Musiał naprawdę je lubić… dumała. To już chyba po raz piąty od dwóch dni o nich wspominał…

Hm, kto by pomyślał, że zmiany hormonalne i nieco więcej ciałka tu i tam mogły zdziałać cuda?

Chudzielcem nie była nigdy… ale też nigdy aż do teraz, nie cieszyły jej dodatkowe centymetry. Po ogrodzie szlajało się mnóstwo ślicznych wieszaków na ubrania, tymczasem Ryanek wolał chociażby nawet niewinnie leżeć obok niej niż zabawiać żeńską część gości. Jej ego rozrastało się szybciej niż jej brzuszek z niuniusiami Ryanka…

Odetchnął głęboko jej zapachem.

„Niee… ale od dzisiaj możesz mi mówić codziennie…” musnęła lekko jego usta. Hm, smakował porzeczkowo. Głównie jednak dlatego, że wmusiła w niego swojego drinka.

„Taak..?” wychrypiał z uśmieszkiem „A co za to dostanę?”

„Kolejnego drinka..?” wymruczała z nadzieją.

Parsknął, ze świętym oburzeniem cedząc słowa.

„Alkohol znieczula. Nie chcesz chyba, żebym nic nie czuł…?”

„Nie chcesz chyba, żebym nic nie czuła…?” przysunęła się bliżej, obejmując zachwalaną częścią ciała.

„Poniżej pasa…” jęknął głucho „…mnie chyba żadna ilość gumisiów nie zdoła znieczulić…”

Uśmiechnęła się radośnie.

„Doskonale…” jej łapka powędrowała prosto pod gumkę jego biodrówek. Efekt musiał być równie szybko uderzający do głowy, co drink z polskiej wódki, bo po paru ledwie sekundach to jego biodra były w ataku.

„Co robisz?!?” wymamrotała, czując bardzo delikatny dotyk w okolicach swojego kolana. On doskonale wiedział, że ma tam łaskotki, iście diabelskie, kiedy jej dotykał. I raczej takich przerabiających kolanka w galaretkę sztuczek nie stosował, kiedy miała unieruchomioną kostkę. Z jej pechem… naprawdę nie chciała więcej komplikacji. I tak ciężko było wywinąć się od tłumaczeń z całego zajścia na izbie przyjęć…

Otworzyła znów oczy, kiedy poczuła jednocześnie dłonie Ryanka na swoim brzuchu i na kolanie. Co do diaska…?

Jakiś mały człowieczek, którego nawet główka nie wystawała ponad krawędź ich prowizorycznego hamaku wrednie zaczepiał ją pod kolankiem!

„Spadaj mały, znajdź sobie własną laskę…!” złośliwy, ale i oburzony głos Ryana wywołał po prostu skręt jej żołądka, głównie ze śmiechu, ale i nagłej czkawki. Jeszcze nie widziała jej niewolnika zazdrosnego o jakieś dziecko… To było iście rozbrajające. Zwłaszcza, że sam wysyłał swojego małego kuzyna na pierwszy podbój…

„No wiesz… to tylko mały berbeć…” zachichotała, podnosząc się na hamaku. Dziecko okazało się naprawdę maluchem, prawdziwy słodki berbeć o rudych kręconych włoskach i błękitnych ogromnych oczętach… I szczerzył do nich buziulkę, w której brakowało wielu ząbków… „Oooo…”

Poderwała się z ich posłania, nie przejmując chorą nóżką. Była zachwycona widokiem berbecia. Miał z półtora, góra dwa latka. Pewnie był dzieckiem któregoś ze snobistycznych gości rodziców Ryana. To nadal zadziwiało, jak jego matka ją tolerowała w pobliżu swojego bezcennego syneczka. Już Alec był znacznie bardziej klarowny w swoich poglądach, przynajmniej wcale się nie krył z faktem, że ostatnio miał jej serdecznie dosyć. Nawet przestała się dziwić swojemu niewolnikowi, w apartamencie dla ich trójki było zdecydowanie za ciasno.

Co dopiero z dwoma niuniusiami…

A propos niuniusiów… zerknęła na małego rudzielca o słodkich, błękitnych oczkach i przeniosła spojrzenie z powrotem na swojego niewolnika, oglądającego ich z niezadowoloną miną. Miała drobny plan…

~ * ~

„Aaaaa…. uuuuu… huhuuuu…” normalnie widok umazanego kremem Ryanka, pozbywającego się swojego ubrania, wywoływał zdecydowanie wyższe ciśnienie krwi. Nie tylko u niej, ale i u innych przedstawicielek rzekomo piękniejszej populacji Miami. Ona sama wcale nie czuła się piękna, wręcz przeciwnie. Po raz pierwszy jednak od naprawdę długiego czasu nie czuła się przez to gorsza. Nie musiała być wcale piękna, chuda i mieć wiecznie makijaż na buzi, nawet kiedy ktoś budził ją w środku nocy, spragniony po tygodniu abstynencji. To jaka była, wystarczało. Przez dwa miesiące przecież wystarczało, więc dlaczego niby miałoby przestać – bo poszedł na durną imprezę bez niej…? Świat przez to przecież się nie zawali. Wręcz przeciwnie. Był słowny. Obiecał komuś, że będzie świadkiem i nawet prosił, by móc ją przyprowadzić. Czemu więc sama nie miałaby mu wierzyć, skoro chciał ją w swoim życiu?

Tym bardziej widok Ryanka umazanego kremem i lodami, pozwalającego małemu nieznanemu szkrabowi oskalpowywać się ze wszystkich stron i w ogóle robić z siebie worek treningowy, był rozbrajający. Siedział pośrodku tarasu okalającego basen, a szkrab skakał wokół niego i z pocieszną mineczką i ogromnym skupieniem na małej buziulce celował w swoją ofiarę kremem, lodami i wszystkim innym, co mu w swojej łaskawości przyniosła niedawno. A sama miała dzięki temu co podziwiać…

Rozmarzyła się… ale też nie umiała powstrzymać ciemnego rumieńca, kiedy dobiegło ją zszokowane sapnięcie pani McDowell… zszokowane, bo jej niewolnik nosił liczne ślady swojego statusu. Ojojoj… i jeszcze miał tą zadowoloną minkę i puszczał do niej oczko spod warstwy kokosowego kremu. Hm, ciekawe jak smakował…

…biorąc pod uwagę nie-kokosowy błysk w stalowych oczętach, utkwionych w niej i w nikim innym, przekona się dzisiaj dogłębnie i wyjątkowo dokładnie. Jakbym niewystarczająco się dzisiaj przekonała o tym, co chcę…

Dziwne zamieszanie przy wyjściu z domu na ułamek chwili odwróciło jej uwagę od stalowookiej bestyjki, chwilę, którą wykorzystał inny irlandzki drapieżnik by dołączyć do jej towarzystwa. Alec klapnął obok na basenowym leżaku, mrużąc swoje zielone oczy i popijając łyczek z potężnej porcji whisky. Pewnie prosto z zielonej wyspy, bardzo stara i kosztująca tyle, co moje miesięczne napiwki. pomyślała złośliwie.

„Chciałeś czegoś?” zapytała, nie tracąc dobrego humoru. Wcale nie zamierzała. Nie dam mu się dzisiaj. Postanowiła hardo w duchu.

„Tia… pogadać.” burknął przez zęby. Ale tak dziwnie… przyjrzała mu się uważnie. Nie śmierdział alkoholem ani się nie zataczał, ale miała bardzo dziwne podejrzenie, że chyba już wypił zdecydowanie za dużo. A kiedy któryś z młodego pokolenia McDowellów pił zdecydowanie za dużo, oznaczało to jedno. Problemy. Alec McDowell miał jakiś ciężki problem i nie umiał sobie z nim poradzić. Więc zapijał. Podobnie jak Ryan… byli w końcu bliźniakami. Mieli naprawdę podobne niektóre zachowania i zagrywki.

Co nie oznacza, że dowiedziałam się kiedykolwiek, co do diaska dolegało wtedy mojemu niewolnikowi...

„O czym…?”

Uwaga Aleca na chwilę została zdecydowanie rozproszona, a to za sprawą pary bardzo zgrabnych nóżek, które pojawiły się nagle po drugiej stronie basenu i zaczęły go okrążać. Tia… i była pewna, że w duchu zalanego McDowella, naprawdę go okrążały…

„Wiesz…” w końcu jego uwaga wróciła na wystarczającą chwilę na nią „Jestem tylko jego bliźniakiem, nie niańką. Co nie oznacza, że on nie bawiłby się nieźle jako niańka…” wskazał na brata, w tej chwili robiącego samolocik małemu rudzielcowi. Miękki uśmiech zaigrał w kącikach jego ust; najwyraźniej Alec czuł się dumny ze słabości swojego braciszka do dzieci.

„Życie to nie zabawa.” zauważyła spokojnie. Miała rację. Chociaż nie miała najmniejszej wątpliwości, że lubił dzieci i nie raz go z nimi widziała, nie znaczyło to, że się ucieszy z ciąży dziewczyny, z którą pieprzył się co prawda długo, ale naprawdę trudno było nazwać to chociaż związkiem. Był w porządku, nie obiecywał złotych gór… ona też powinna być. Nawet miała plan, jak to zrobić.

Co najdziwniejsze, wszystko było winą Niewiniątka.

„I gdyby potrzebował niańki, nie wątpię, że byś przyleciał na skrzydłach… ale czy on wygląda na potrzebującego?”

A propos Niewiniątka… stało właśnie dwa metry od nich i patrzyło się groźnie na zielonooką bestyjkę i zdecydowanie wkroczyło do ich milutkiej gadki. I miało oooch, dzikie ogniki w oczkach. Ciekawe od czego

„To jego życie, Alec. Czasem myślę, że jesteś gorszy od moich rodziców.”

„Taaak…?” wycedził „A co twoi nadopiekuńczy rodziciele wymyślili ostatnio?”

„Hm, pomyślmy… zabrali mnie z mojej starej szkoły, wymazali praktycznie całe życie w Roswell, nawet nie informując mnie o tym, bo chcieli mi ustawić życie jak życie każdego innego bogatego nastolatka…” założyła ramię na ramię, przez co jej sukienka nieznacznie się podniosła, ukazując widok kolejnych bezcennych centymetrów „Ale przecież oni nie przeżyją za mnie życia, chociaż mają dobre intencje. Tak jak wasi, kiedy nie mówią Ryanowi… wiesz o czym….” rzuciła spojrzenie w stronę stalowookiego „Pozwól mu na własne błędy.”

„Oooch, a potem mam zbierać znów okruchy? I co, kolejną rocznicę będzie zapijał?” zielonooki poderwał się nagle jak oparzony „Czy ty masz najmniejsze pojęcie, co on…” jego głos nagle ucichł. Pijany czy nie, był świadom ciekawości innych gości.

Mała pół indianka wzruszyła ramionami, spoglądając gdzieś w bok.

„Mogą ci opowiadać, jak to wygląda… widzisz to… ale i tak to jest nic w porównaniu z przeżyciem tego…” mruknęła, obejmując się ramionami ochronnie „Nie wtrącaj się, chyba, że chcesz ich godzić. No, albo chcesz Pilniczka dla siebie…”

Alec wyglądał jak rażony piorunem… i Nem też czuła się tak jakoś dziwnie. Patrzyła oniemiała za Niewiniątkiem… albo też i eks-Niewiniątkiem… na Aleca nie odważyła się zerknąć, tylko czuła jak zaczyna wentylować….

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *