ETIC: przed czy po (46)

46.

Że irlandzki diabeł McDowell potrafił ogłupić każdą, Anderson przekonał się na własnej skórze kilka tygodni wcześniej. Nie znał jednak skali ogłupienia, do jakiej doprowadzał normalnie myślące, fajne dziewczyny. Tego nocnego dyżuru przekonał się, iż było ono nieograniczone.

Trudno było inaczej nazwać sytuację, której właśnie był świadkiem. Nie tylko Ryan Mcdowell zdołał jakoś poderwać przesławną, ostrą jak brzytwa Nem T., gorzej, Nem wpadła na zupełnie kretyński pomysł owinięcia sobie irlandzkiego diabła wokół małego paluszka. I wyrabiała 300% normy.

„Świat zwariował…” wymamrotał, odsyłając do załatwienia sprawy jednego z rezydentów. Był pewny siebie, ale żadna ilość pewności siebie nie zdoła sobie poradzić z huraganem o nazwie Połączone Siły Pilniczka i Oręża Nieco Cięższego.

Miał nadzieję, że chociaż o poranku kłopotliwa dwójka opuści jego ostry dyżur. Niestety jego modły ewidentnie nie zostały wysłuchane, bo jakiś kwadrans później cały parter przeszedł ostry wrzask przerażenia, i to wrzask Pierwszego Piekła na ziemi w postaci Pilniczka w absolutnej Furii. Przerażony rezydent kulił się gdzieś niedaleko, kiedy wparował do pokoju, a zaraz za nim McDowell (musiał na sekundę zniknąć z pola widzenia, ale wątpił by jego brak wywołał taką reakcję u krewkiej kobietki).

Co najdziwniejsze, wyraz absolutnej, bezbrzeżnej trwogi gościł na twarzy właśnie Nem T….

Jest bardziej przerażona niż zdenerwowana – uświadomił sobie zaraz. Co ta ciota tu narobiła? Chyba nie usiłował dobrać się do jej spódnicy?

Ale nie. Młokos nie wyglądał, jakby zwijał się na podłodze w pozycji embrionalnej, musiało wiece chodzić o kogoś innego. McDowell też wyglądał na żywego, choć zdezorientowanego i spanikowanego.

Wcale mu nie zazdrościł. O nie.

Wyrzucił rezydenta z sali, ale z irlandzkim diabłem równie prosto nie było. Bardzo szybko przekonał się, że tej swojej kolekcji złota na ładną buziulkę nie zdobył. Ochrona także.

Zrezygnowany pozwolił mu zostać. Titbit siedziała na łóżku jak struna napięta, wodząc z przerażeniem po twarzach obecnych.

Normalnie odesłałby ją prosto do domu, ale… jego uwagę przykuła dłoń ochronnie spoczywająca na brzuchu i strzykawka porzucona na podłodze, i zaspana potargana fryzura… Kawałki zaczęły nagle układać się w jeden obrazek.

Na powtórne przyjście Chrystusa… Za parę miesięcy będą tu mieli najprawdziwszą Apokalipsę. Rodzącego Pilniczka, zdenerwowanego irlandzkiego diabła, zazdrosną i ambitną teściową – według famy pani Mcdowell zdecydowanie nie lubiła kelnerek, a pewnie do tego jeszcze przytacha się zielonooki Julianek… Chyba weźmie parę lekcji u Ryana jak ogłupić każdą, nie widział bowiem jak inaczej ogłupiłby na tyle swoja szefową, by dała mu roczny urlop…

~ * ~

Ryanek nigdy nie należał do milczków, buzia potrafiła mu się nie zamykać przez długie godziny. I zazwyczaj bywał pogodnym rozrabiaką z błyskiem w srebrnych oczętach, aż chciało się przeskoczyć na jego kolanka i empirycznie przekonać, ile wersji chodzi mu po główce.

Były jednak i chwile takie jak te, kiedy zamykał się w sobie, samym swym milczeniem zbijając ją z pantałyku. Zwłaszcza na początku ich bliższej znajomości, kiedy wykłócał się o stereotypy i zostawienie Niewiniątka i Aleca własnemu losowi. Tak samo jak wtedy nie tylko traciła rezon i kapitulowała, gorzej, zupełnie nie miała pojęcia jak przebić się przez ten mur i odwrócić bieg wypadków na znów pomyślny dla siebie.

Zatrzymał w końcu samochód. Nie było żadnego dźwięku, który zakłócałby ciszę miedzy nimi, żadnego radia ani cd, tylko deszcz bębnił o maskę samochodu i zamazywał widok z przedniej szyby na równi z głupimi, wrednymi łzami. Nie cierpiała tego kłębka nerwów, jakim się stała ostatnio. Wcale nie pomagała myśl, że to tylko hormony, że to przejściowe. Nie była silna i opanowana, kiedy była ku temu potrzeba. W gruncie rzeczy trzęsła się ze strachu w środku.

„Wejdziesz na chwilę?” zapytał niby zwyczajnie.

Spojrzała na niego zszokowana. Odezwał się.

„Wiesz… rzeczy, takie tam.” dodał, kiedy nic nie odpowiedziała… zawiedziona przygryzła wargę. Czego się spodziewałaś, idiotko? Że wyzna ci wieczną miłość w strugach deszczu?

Skinęła powoli głową. Jakkolwiek w środku trzęsła się ze strachu niczym osika, w jej głowie dwie frakcje walczyły zaciekle ze sobą niczym północ i południe, a serce skuwało przerażające zimno… byłaby idiotką, gdyby nie pojęła w porę, że tak naprawdę te nocne godziny, kiedy są sam na sam i ma za sobą atuty, jakimi z pewnością jej nieznana rywalka nie posiadała, są jej jedną jedyną szansą na cokolwiek kształtem zbliżonego do happy endu…

Wniósł ją ostrożnie do pustego mieszkania. Uderzyło ją tym razem od razu, że pomimo braku wyposażenia, obecna siedziba irlandzkiego diabełka mocno odbiegała standardem od poprzedniej. Niech ugrzęźnie wrednemu babsztylowi w gardle, co straciła… pomyślała mściwie I w ogóle co za pieprzony gwóźdź ośmielił się wejść na niemalże zajęty teren…?!?

Obserwowała ze swojego miejsca na fotelu, i niestety nie na łóżku, jak krząta się po niedużym pomieszczeniu, zbierając jej rzeczy. W głowie już słyszała marsza pogrzebowego….

Potknął się nagle o jaki drobiazg, porzucony pośrodku podłogi, niemal zwalając się na nią. W ostatniej milisekundzie zdołał jednak jakoś uchwycić się oparcia. Ale na krótką chwile znalazła się tak blisko niego, widziała w srebrnym spojrzeniu ten sam błysk pragnienia, co wcześniej. Ręce same zareagowały, ściągając jego głowę gwałtownie w dół, ale to był już on odpowiadający na dziki pocałunek.

„Nie…” jęknął i nie był to dźwięk, na który by się cieszyła „Przestań.”

Nadal jednak całował ją jak wariat, a dłonie niecierpliwie szarpały jej ubranie. Kilka sekund później nie miała już kurtki i rozprawiał się z zapięciem bluzki, a w następnym okamgnieniu haftka biustonosza postanowiła zdezertować. Krzyknęła zaskoczona, jego zęby i język były równie zaborcze co reszta napierającego, silnego męskiego ciała. Wczepiła palce w jego ramiona, niezdolna utrzymać równowagę. Strząsnął ją jednak, błyskawicznie obracając ją tyłem do siebie i sugestywnie ocierając. Zadrżała z przyjemności. Cienki materiał rybaczków i jego dżinsy nijak mogły ukryć reakcję jego ciała.

Otarła się o niego sama, domagając się uwagi… i działania. Niecierpliwie pociągnął za materiał, aż guziki poleciała na wszystkie strony. Skrawek bawełny również został odsunięty, a palce zaplątały się w jej kobiecości. Chrząknęła, nacisnął lekko kciukiem na wrażliwy pąk nerwów, testując jej reakcję, by zaraz potem niemiłosiernie powoli wsunąć w nią palce. Wiedział, że nie była jeszcze gotowa, ale guzik ją to obchodziło. Skręciła się na nim, jęcząc. Dosłownie czuła, jak jej wilgotność spływa na niego i otacza go lepkim i gorącym woalem. Warknęła rozczarowana, bo zaraz wycofał się złośliwie. Opuszkami rozsmarowywał teraz tę lepkość po jej płatkach, starannie omijając najwrażliwsze miejsca. Pochyliła się do przodu i rozsunęła szerzej uda. Reakcji natychmiastowej nie było, szarooki diabeł był zbyt zajęty podziwianiem widoku otwartej, pobudzonej kobiecości. Powoli zsunął wreszcie resztę jej ubrania uważając na usztywnioną kostkę. Wiedziała, że patrzył.

Czuła to. W każdym skrawku ciała.

Mięśnie same się zaciskały, niecierpliwe mocnego parcia. Jednak nadal, jak zahipnotyzowana, posłusznie klęczała w oczekiwaniu na jego wolę.

Skubnął lekko wrażliwą skórę karku. Przez całe ciało przeszło mrowienie, miała wrażenie, że każdy skrawek jej skóry płonie w oczekiwaniu na więcej. Ale nadal… Pisnęła sfrustrowana. Nie pojmowała, jak on mógł mieć tyle cierpliwości i samozaparcia, tylko po to, by ją dręczyć, mieć na nią władzę. Mężczyźni, zazwyczaj tak jednotorowi w swoich pragnieniach i dążeniach, czasem byli tacy dziwni, że potrzeba było chyba Einsteina do ich obsługi. A przynajmniej do irlandzkiego diabła.

„Aaaa…” powietrze z sykiem uciekło z jej płuc, tak samo jak wszystkie myśli pierzchły z głowy. Drapieżnik zagościł w niej mocno, aż nie była w stanie nawet jęczeć. Przygryzła wargę, kiedy znów złośliwie nie poruszył się nawet na milimetr. Wszystko w niej się zaciskało gwałtownie wokół niego, niemo błagając o zmysłowe tarcie. Musiała wziąć sprawy w swoje ręce, była pewna, że zaraz oszaleje, jeśli nie poczuje, jak ją wypełnia raz za razem… Sama pchnęła się na niego. Raz, drugi… nadal jednak jego biodra pozostawały w bezruchu. Zagryzła wargę, niepewnie spoglądając na niego przez ramię. Uśmiechnął się.

Uśmiechnął się.

Nie wiedziała, jak opisać to uczucie, ale zadziwiające ciepło mu towarzyszyło; jakby coś wewnątrz niej nagle włączyło potężny grzejniczek. Uczucie było idiotyczne, porównanie też, ale czuła się nagle tak dobrze, że zwróciła uśmiech. Przyciągnął ją do siebie, teraz opierała się o niego całym ciałem, ale nadal to ona na niego… zarumieniła się po korzonki włosów, jego dłonie wędrowały sobie powoli po całym jej ciele, nie szczędząc uwagi, ale to uczucie… każdy milimetr w niej był dopieszczony, napięcie szybko rosło do nieznośnego poziomu i utraty przez nią kontroli nad sobą.

Oddychał ciężko, ciało nadal drżało z wysiłku i na skutek gwałtownego wyładowania. Nem czuła, jak jej własne osuwało się w całkowity bezwład, a mimo to serce waliło jak zwariowane. Seks zawsze dla niej był ważny, tym bardziej seks naprawdę dobry. Ale dopiero Ryan sprawił, że chciała jeszcze i jeszcze zanim skończył się jeden orgazm…

„Hm…” liznął miękko jej skórę. Miała ochotę zwinąć się niczym kociątko i zasnąć, po prostu zasnąć. Niestety jednak tkwiła na fotelu, naga, ze zwichniętą kostką, a drapieżna bestyjka nadal bezwstydnie gościła się w niej. Aaaa…

Jakby czytając jej myśli, ostrożnie wycofał się z niej i podniósł, by przenieść na łóżko.

Czy on zawsze musi mnie tak nosić, jak jakoś bezcenną rzecz? psioczyła w duchu. To właśnie takie jego zachowanie wytrącało jej broń z ręki. Czyniło bezbronną po. Bo przed to jeszcze miała jakieś resztki sił, by stawiać opór, nawet kiedy ten błysk w jego oku, jakby myślał co jej za chwilę zrobi, rozmiękczał jej kolana… No, dosłownie nóżki w galarecie….

Czy ja zawsze muszę tak fajnie czuć się po… Czemu nie przed….?

Cichy śmiech Ryanka przy jej uchu tylko jej rozzłościł. Uderzyła ją lekko w ramię.

„Żeby mieć fajny nastrój przed…” zaczął profesorskim tonem znawcy, podczas gdy jej policzki wyjątkowo szybko ozdobił szkarłatny rumieniec „…trzeba albo być pomiędzy…” poruszył się prowokacyjnie, pogłębiając jej zakłopotanie, ale też niestety jej ciało znów gwałtownie wrzeszczało za wykwalifikowanymi łapkami i nie tylko łapkami jej niewolnika „…albo też nie mieć wyrzutów sumienia, że to cię rozkłada…. pozbawia obrony…” dokończył cicho, ku nie jej zakłopotaniu, lecz poczuciu winy… Wbrew tym figlom, przed chwilę się działy, rzeczywiście miała wyrzuty. Nie wobec nieznajomej pindy, co jej ukradła faceta, ale wobec siebie. Ryan był genialny w sprawianiu by rozłożyła przed nim zapraszająco uda. Problemem było, że przy okazji gdzieś tam po drodze wpuściła go za głęboko. I jej ciąża miała niewiele z tym wspólnego.

„A ty nie masz wyrzutów?” zapytała, chcąc poznać jego reakcję. Jeśli miała wygrać pojedynek, musiała znać jego skalę odczuć wobec rywalki.

„Dlaczego miałbym mieć?” zapytał wolno, przyglądając się jej. Rozłożył się leniwie obok, nagi, pozornie zrelaksowany. Coś jednak było…. musiało być nie tak, skoro jego oczy były niczym stal. Ryana czasem tak łatwo było przejrzeć. Kiedy nie chciał, by się coś wydało, zasłaniał się tą maską… zawsze identyczną, więc łatwą do przejrzenia.

I jak mi kolana mają nie mięknąć przy takim słodkim rozrabiaku…?

„Nie widzę powodu, dla którego miałbym je mieć…” powtórzył uparcie stalowooki rozrabiaka „Wnioskuję jednak, że ty widzisz powody, by żałować…. Nawet jeśli bicie twojego serca jeszcze się nie uspokoiło…”

I na pewno się nie uspokoi, jak będziesz patrzył tak żałośnie…

„Nie żałuję.” powiedziała, zastanawiając się jednocześnie… „O czym my w ogóle mówimy?”

Parsknął, przewracając się na plecy. Nie odpowiedział. Milcząco wpatrywał się w sufit. Nem zupełnie nie wiedziała już, co się dzieje, ale to było złe. Kiedy byli w łóżku, Ryan nie gapił się na nic oprócz jej ciała. Pięknością nie była, ale on tak patrzył…

Czuła się zdecydowanie nieswojo.

Nie, bo co teraz? Zastanawiała się w niemal komicznej panice. Jakoś nigdy nie miała problemów z czasem po. A przynajmniej z Ryanem. Sprawiał, że nie było paniki. Wystarczył jego zadowolony uśmiech, zwyczajny gest, sposób, w jaki ją przytulał.

Właśnie. Zawsze ją przytulał.

Do dzisiejszej nocy.

„Ryan…?” zapytała cicho. Nigdy nie był osobą, która ignorowała innych. Tym bardziej ją. Może po prostu uderzała w niewłaściwe struny. Nie było sensu walczyć z wiatrakami. Jakieś tam miejsce dotychczas zajęła w jego życiu, jeśli mu to nie wystarczało, że znalazł sobie inną, niewiele już w tej chwili mogła zrobić. Prawdopodobnie mogłaby się zorientować, że ma konkurencję wcześniej, gdyby nie była skupiona tak bardzo na swoich własnych wewnętrznych rozterkach.

Nie odwrócił się w jej stronę, tylko oddychał głęboko. Ale wiedziała, że słuchał. Coś było innego w nim, jakaś zmiana po jej słowach.

„Nie mam wyrzutów, że mi dobrze. Bo mi dobrze.” mruknęła cichutko, lekko dotykając jego nagiego ramienia. Leciutko. Westchnął. W końcu jednak to ramię się poruszyło tak jak chciała. Przyciągnął ją do siebie i objął mocno.

„Więc o co masz wyrzuty?” spytał.

„O porę…?” wzruszyła ramionami.

„Porę…?”

„Acha.”

„Do czego?”

Równie dobrze mogła mu powiedzieć. Sufit przez to nie spadnie jej na głowę.

„Jestem zła sama na siebie. Że nie zauważyłam w porę, jaki masz na mnie wpływ, w porę, kiedy mogło być z tego coś naprawdę dobrego.”

Wcisnął nos w jej włosy, lekko całując brzeżki jej ucha. Zadrżała lekko.

„Co robisz?” pisnęła spanikowana.

„Coś dobrego?” wymamrotał nie przerywając pieszczoty „To ty dalej miej te swoje wyrzuty, a ja dalej będę nie przerywał…”

„Coś dobrego?” powtórzyła jak papuga.

„Coś dobrego.” uśmiechnął się nagle. I znów wszystko było proste.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *