ETIC: przed czy po (42)

42.

Czy wszystkie ciemne moce musiały sprzysięgnąć się przeciwko niemu? Alec gotów był się złożyć, że tego dnia najwyraźniej urządziły sobie sabat a ich główna rozrywką było rujnowanie nie tylko jego wieczoru w towarzystwie Liz, ale w ogóle wszystkich postępów, które – jakby sie nie wydawało – zrobił przez ostatnie tygodnie. A na myśl, że niedługo Liz wyjedzie ze słonecznego stanu i wróci do Roswell, psuła mu humor bardziej niż mógł sie sam przed sobą przyznać.

I tak oto, z niewyjaśnionych powodów, senna Liz nagle wstała z łóżka, kiedy wrócił po uporządkowaniu biednej Sylwii i oświadczyła, że wzywają ją do pracy i musi natychmiast wyjść. Jego mina musiała dobitnie świadczyć o jego zdumieniu i oszołomieniu, bo nieznacznie się zmieszała i zarumieniła.

I co?

I kiedy wyjrzał przez okno, chcąc sie upewnić, że bezpiecznie wsiadła do wezwanej przez niego taksówki, taksówka odjeżdżała pusta, a jego słodkie Niewiniątko wsiadało do auta jakiego facia w garniturze.

Wcale nie brzydkiego gnojka!

Zazgrzytał zębami ze złością. Najpierw jego rodzice… wydawało sie, że kryzys został zażegnany, ale nie… W środku miłego sam na sam, musiał się napatoczyć Ryan z bardzo zalaną świadkową, broniący się jak mógł, by nie dobrała się entuzjastycznie do rozporka jego szytego na miarę garnituru. Nawet jeśli cierpła mu skóra na myśl, co musiała wyprawiać w tym stanie na weselu, ale to nie zmniejszyło wcale jego irytacji i złości. Ryan miał wyczucie czasu jak baba z wesela cela…

Cóż, Sylwia ewidentnie nie miała, to musiał przyznać nawet on sam.

Złość mu przeszła, kiedy okazało się, że jego połówka spała owinięta wokół Pilniczka…. który stępiał ostatnio zadziwiająco. Ryana jednak nadal dręczył ten cholerny strach, że na samą wzmiankę o czymś trwalszym Pilniczek zwieje gdzie pieprz rośnie… Cóż, po dzisiejszym wieczorze nie będzie już mógł unikać tego tematu. Psiakrew, już od wielu tygodni całe miasto huczało o poskromieniu nie tyle irlandzkiego diabła, co pyskatej diablicy.

Nie zauważył u Nem by pyskowała, więc to musiała być prawda.

Znacznie poważniejszy problem miał on sam. Juz nawet nie wiedział co począć. Jak Nem lgnęła coraz bardziej do Ryana, wtapiając się w horyzont przy jego bliźniaku, tak Liz balansowała coraz dalej z widoku…

Jego złość potęgowało jeszcze zadowolenie Ryana. Nie to, żeby zazdrościł swojej połówce czy był zawistny… Zasłużył sobie na nie i mocno się napracował… w większości przyjemnie. Nie był zły, nawet jeśli to zapowiadało rychłą wyprowadzkę braciszka, był wściekły na siebie, los i nie wiadomo co, dlaczego jemu się udało, a on sam czuł sie jakby tafla była coraz cieńsza i cieńsza…

Ooooch, jasne. Spotykał Liz. I to nawet często. Tylko… co mu było właściwie? Zupełnie nie pojmował sam siebie.

Poprawka, spotykał sie z Liz i było świetnie. Tylko, że nie był zadowolony. Do cholery, nie był w ani jednej dziesiątej zadowolony, jak jego bliźniak. To słowo w ogóle nie pasowało do jego stanu ducha. Prędzej frustracja i całe tony zniechęcenia, zwłaszcza jak był świadkiem przyjemnej, leniwej niedzieli w wykonaniu Ryana i Nem.

Życie było do bani.

Zupełnie nie pojmował, co się z nim dzieje. Może to stan bliskiej szczęśliwości jego brata to w nim wywoływał?

Może rzeczywiście był zazdrosny, tylko się do tego nie przyznawał. Bo to by znaczyło, że gdzieś po drodze, gdzieś zawiódł. Gdzieś się nie sprawdził, coś przeoczył.

Co do cholery było z nim nie tak?!

To samo pytanie kołatało się w jego nieszczęsnej łepetynie, kiedy wchodził do jednego z nadmorskich barów. Był umówiony z Tomem i innymi kolegami na ogranie ich z całej gotówki i wypicie paru piw.

Ledwo zdążył usiąść, przywitać się; jego ręka już unosiła sie w stronę kelnerki,by zamówić coś rozpraszającego jego ponury nastrój, kiedy nagle cały świat zwęził sie do jednego wątku… dźwiękowego.

Do dźwięku radosnego śmiechu Liz..

Niedzielę wieczór mam zajęta. Jasssne!

Agggr, po jego trupie!

Niemal natychmiast zlokalizował małe Niewiniątko. Dzisiaj nie nadałby jej tego przezwiska, o nie!

To ta przeklęta czerwona sukieneczka… ledwie skrawek materiały, ściśle przylegający do miękkich krągłości. Malutkie stópki obute w sandałki, paznokietki pomalowane figlarnie na rubinowo… jęknął po prostu głucho, kiedy nieznacznie przechyliła się przy bilardowym stole.

Ciekawe, jakby wyglądała rozłożona tak na zielonym poziomie, z rubinem zaplątanym między kostkami, błagająca o litość… jęczącą spazmatycznie jego imię?

Zapewne byłby to inspirujący obrazek, niestety jednak nie będzie mu dane obejrzenia go, bo prędzej zamorduje gołymi rękoma palanta, do którego się śmiała, a ją samą wyciągnie gdzieś w ustronne i zaciszne miejsce.

Nikt nie miał prawa dotykać jego dziewczyny! Nikt!

Warknął przez zęby, kiedy gnojek z wyraźną aprobatą powiódł spojrzeniem po jej zgrabnych nóżkach.

„Spokój!” Tom praktycznie musiał go siłą zatrzymywać. Diabelnie, nawet nie wiedział, ile ten facet miał siły!

Ani ten przy stole bilardowym szczęścia.

Zerknął z niechęcią na kolegę, niewątpliwie miał rację, gnojek jeden. Wcale humoru mu to nie poprawiało.

Przez większość następnego kwadransa Alec to na zmianę przeklinał Toma, to swoją frustrację, to dupka, z którym Liz wyszła bez jego zgody (!), to z kolei lodowatą whisky, od której zaczynało mu sie dziwnie kręcić w głowie.

Poważnie, zaczynał stawać się jakąś Julią…

A na konie tych wakacji to Ryan pewnie jeszcze każe mu podczas jakiegoś huraganu stać przed domem i wrzeszczeć imię Niewiniątka na całe gardło… Pewnie jeszcze uwieczni tą scenę na pirackiej taśmie, a potem wyśle na youtube.com i roześle linka wszystkim jego byłym i znajomym….

Cholerny Irlandczyk pokonany przez małe Niewiniątko? Na pewno by wszystkie panienki skakały radośnie, z triumfem… Mógł się złożyć, że diablice jedne niejednej sztuczki nauczyły jego chochlika, by nękany własną reakcją poległ u jej stóp… Te wszystkie niewinne minki, zdumienie i zarazem bezradność malujące sie w jej ogromnych oczach, lekki uśmieszek czający się w kącikach ust, by nagle opromienić całą twarz.. Mięciutkie włosy, które tak często zakłopotana zakładała za ucho… jakże lubił kiedy przesypywały sie między jego palcami… jeszcze bardziej, kiedy leżały w nieładzie na jego poduszce, khm, dzięki niemu…

„Ziemia do skały!” rechot Toma wyrwał go ze słodkich marzeń. Wskazał na ich obiekt, aktualnie zmierzający w stronę baru.

I ta diablica ściągała wszystkie męskie spojrzenia w pomieszczeniu!

Westchnął, ciężko kładąc głowę na blacie. Bycie facetem nie należało do najprzyjemniejszych żywotów na tej planecie…

Co do diabła ona tu robiła w tej kusej sukience, wodząc jego i wszystkich innych na pokuszenie…?

Musiał przystopować, inaczej zwariuje. Albo znaleźć sobie chętną dziewczynę… Bądź co bądź, chociaż jego ciało wręcz wrzeszczało za nią, ostatnie czego chciał, to korzystać z Niewiniątka.

Mimo wszystko była zbyt delikatna, w jakiś taki niewinny sposób… Nawet w swoim uporze, w swoim wychylaniu się zza tej skorupki… Czasem czuł sie jakby był jakimś starym napaleńcem czerpiącym przyjemność z dręczenia dzieci dwa razy młodszych od niego!

Fakt, dzieliło ich bodajże ile? Sześć lat?

No dobra, w jej wieku to naprawdę sporo.. Ale co miał zrobić? Udawać jak naiwniak, że czasem nie zauważa tych badawczych spojrzeń jej ciotki albo zgrzytania zębów Pilniczka, kiedy chociażby zlustrował Liz od góry do dołu i z powrotem? Na litość boską, był tylko facetem!

Którego obsesyjnie kręciły pewne zgrabne nóżki… Niestety, kręcił go też jej czasem niewyparzony języczek, jak i niewinność….

Powinien już dawno zerwać tą znajomość, nim zrobi jej krzywdę. Taka była brutalna prawda, tylko on niczym psychiczny maniak wymarzył sobie inny scenariusz.

„Lepiej będzie, jak pójdę do domu. Sam.” mruknął, wstając od stołu, nie patrząc na nikogo. Pięć minut później chłodna nocna bryza chłodziła rozpaloną głowę. Nic jednak nie chciało ochłodzić różnych myśli…

~ * ~

„Kim jesteś i co z moim Pilniczkiem uczyniłaś, o okrutna lady Ginewro?” szept Ryana w jej uchu sprawił, że przyjemne dreszcze wędrowały wzdłuż neuronów prosto do różnych ciemnych i mrocznych zakamarków jej ciała. Wychyliła sie do tyłu, opierając o niego. Był bez koszulki, w samych dżinsowych spodenkach. Zdecydowanie popierała jego domowe zwyczaje!

„Czemu…?” wymruczała, kiedy otoczył ją mocno ramionami i pocałował w czubek głowy. Lubiła, kiedy tak robił. Śmieszne, ciepłe uczucie zalegało wówczas w żołądku, promieniując na resztę ciała…

„Jesteś taka cicha od kilku dni…” mruknął nie zwalniając swojego uścisku, tylko go lekko wzmacniając „Co się dzieje?”

„Nic…” westchnęła miękko, usiłując odegnać nagły niepokój. Domyślał się? Nie, niemożliwe…

„W porządku, nie chcesz, to nie mów…” odwrócił ją twarzą do siebie i pochylił aż stykali się nosami „Co dzisiaj robimy?” skubnął zaczepnie jej górną wargę. Jęknęła, zamykając oczy i z przyjemnością poddając sie pieszczocie. Niestety, nie na długo.

„Nie mogę. Obiecałam mamie, że pomogę jej w ostatnich przygotowaniach…”

Chrząknął z rozczarowaniem.

„Nie…!”

„Taaak….” przedrzeźniła go.

„Wolę inne okoliczności, gdy tak jęczysz…” westchnął ciężko „Spotkamy się wieczorem?”

„Coś ty taki niecierpliwy?” spytała niewinnie.

„Raczej głodny. A orgazmy na języku są całkiem… smakowite.” patrzył na nią tak, jakby co najmniej prowadził tygodniową głodówkę, a ona była smakowitym prosiaczkiem skwierczącym ponętnie na grillu…

„Nie martw się, kupię cały karton… Starczy na długo.” uśmiechnęła się anielsko niewinnie. Wcale nie pozostawał dłużny.

„To się nazywa metoda na głoda….” mruknął z uznaniem „Co poza tym chcesz na śniadanie?”

„Naleśniki z truskawkami.” mruknęła nieśmiało. Nieśmiało! Ha! A tyle razy kpiła i wyśmiewała, co hormony robią z kobietami, nazywając to w najlepszym wypadku czystą głupotą. Los dał jej niezłego prztyczka w nos….

„Oki. No to dzisiaj naleśniki. Odwiozę cię potem…” niechętnie wypuścił ją z objęć i grzecznie pomaszerował do lodówki. Usiadła na taborecie i z rękoma podpartymi na blacie przyglądała się jak przygotowuje zachciankę dla niej. Słuchała jego nucenia (to zawsze było dla niej niepojęte jak można sobie podśpiewywać po tym, jak się opuściło przyjemne, ciepłe łóżeczko, ale cóż, faceci byli niepojęci dla niej…), patrzyła na jego uśmiech i na grę mięśni na jego plecach, myśląc z tęsknotą o innych chwilach, kiedy wyginały się tak przyjemnie pod jej palcami…

„Patrz tak na mnie dalej, a nie doczekasz sie pierwszego naleśnika, nie mówiąc o wyjściu z tych czterech ścian.” wychrypiał. Uśmiechnęła się pod nosem.

„Skąd wiesz, że na ciebie patrzę?”

„Czuję.” uciął krótko, rzucając jej figlarne spojrzenie. Na chwilę jego wzrok spochmurniał; powiodła za nim w stronę korytarza. Alec wbiegał właśnie do apartamentu. Zmęczony, zziajany, ale dziwnie szczęśliwy.

„A propos dziwnego zachowania… To on bije wszelkie rekordy. Nierozładowany nadmiar testosteronu uszkodził mu szare komórki?” spytała życzliwie.

„Nieee… To od adrenaliny, wróciliśmy do treningów.” jej niewolnik wzruszył obojętnie ramionami „Alec zawsze to bardziej kochał niż ja…”

Zmarszczyła brwi. Nawet nie wiedziała, że cokolwiek trenowali. Dużo wiem o ojcu własnego dziecka

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *