ETIC: przed czy po (41)

41.

Jeden, Drugi, Trzeci… Szzzzz… z cichym szelestem czwarty papierek wylądował wreszcie u celu, w koszu pełnym podobnym mu papierków. Normalnie uśmiechnęłaby się zwycięsko. Ale to nie była normalna noc, normalnie nie była u siebie i normalnie nie zajadała się kilogramami orgazmów w czekoladzie.

I normalnie nie dostawała od ich nadmiaru mdłości. Czekoladowe cukierki z pycha nadzieniem były rarytasem, czymś rzadkim i docenianym w jej życiu niczym… orgazmy. No właśnie. Ostatnimi czasy i jednych i drugich było absolutnie w nadmiarze. I od tego właśnie było jej niedobrze… od tego, że cholerny Irlandczyk przepieprzył tak jej mózg, iż nawet do głowy by jej nie przyszło…

Chlipnęła, wciskając nosek w poduszkę, niczym masochistka, bo poduszka nosiła wyraźny ślad jego zapachu. Nic dziwnego, skoro jego jasna głowa spoczywała tutaj jeszcze kilkanaście godzin temu…

Ale nie spocznie, bo prędzej mu ją ukręcę! Własnoręcznie! O! Podszeptywał jakiś uporczywy głosik w jej własnej, podczas gdy nosek lekko zaciągał. Jedyne, co ją powstrzymywało, to czekoladowy cukier w buzi. Nieestetycznie było się rozpłakać z czekoladą w buzi pośrodku czyjegoś łóżka, nieprawdaż? Tym bardziej, że za wielką entuzjastką domowego porządku to nie była. I nie zamierzała zostawać kurą domową Ryana!

Zamierzała, zamierzała… łzy same ciurkiem popłynęły na miękki materiał poduszki. Po raz kolejny tego wieczoru. Przegrywała walkę o kontrolę nad własnym ciałem, ale jak tu cokolwiek kontrolować, kiedy cholerne hormony urządziły sobie w nim Wielki Festiwal? Nawet teraz buzowały żywo w jej krwi i niemal czuła na języku, mimo ogromnej ilości pochłoniętej czekolady, głód innego, sprawnego, zwinnego, wyprawiającego takie rzeczy, że ooochhhh…

Jęknęła, przewracając się na drugą stronę łóżka, ale tam wcale nie było lepiej. Inna poduszka pełna była jej łez. Mogła ją właściwie wycisnąć…

Wycisnęłabym Ryana do ostatniej kropelki, aż padłby wyczerpany, niezdolny nawet do najcichszego jęku, ooochhh….

Pisnęła, przewracając się na łóżku, sfrustrowana reakcją własnego ciała i wrednym, podstępnym umysłem, opanowanym hormonami i myślami o jej niewolniku. Który jakoś niewolnikiem nie był, skoro polazł na tą cholerną, pieprzoną imprezę sam, bez niej!

I pomyśleć, że przez pół godziny stała przed otwartą szafą, wybierając strój, w którym zaskoczy przeklętego Irlandczyka i niejako zmusi go do zabrania ją ze sobą… Ale najwyraźniej mały diabełek śmiał się w piekle, bo kiedy wróciła do apartamentu, był zupełnie pusty, pusty do diaska…!

Haha, tak, prawdopodobnie mały diabełek harcował sobie nieźle…

Czuła się po prostu absolutnie paskudnie, stojąc tak samotnie w pustym holu, w miękkiej satynowej sukieneczce, co prawda nie czerwonej, a zielonej, ale była taka pewna, że spodoba się Ryanowi…

A figa z makiem.

Usiadła zdruzgotana na podłodze, zanosząc się histerycznym szlochem. Nie wiedziała, na czyj ślub idzie Ryan, nie wiedziała o której była impreza – tylko przypuszczała, nie wiedziała gdzie… i on poszedł bez niej. Bez. Niej. Sam.

Nie wiedziała też, jak długo leżała tak w holu, zawodząc i trzęsąc się. Z tego dziwnego stanu wyrwał ją dźwięk przekręcanego klucza w zamku… jakoś zebrała w sobie siły, by się podnieść i dowlec do pokoju Ryana. Rzuciła się na łóżko, tępo patrząc po nieco zabałaganionym wnętrzu, aż wreszcie jej wzrok padł na mały kalendarz, stojący na nocnym stoliku.

Nie wiedziała, co do diabła się z nią działo. Przecież nie była zakochana. Nieprawdaż? Dobry…. no dobrze, genialny seks to nie wszystko, nieprawdaż? Nie było powodów, by zawodzić jak jakaś histeryczna Barbie, czy co gorsza, tamten gwóźdź, którego najwyraźniej jej Ryanek nie znosił… to tylko hormony, powtarzała sobie. Hormony, upał, lato i dostępność obłędnych orgazmów…

A propos orgazmów, znalazła wielką pakę w nocnej szafce. Przy okazji strąciła kalendarzyk, więc schyliła się, by go podnieść. Ale nieoczekiwany zawrót głowy powstrzymał ją w połowie ruchu. Patrzyła się na daty, na poszczególne dni na kalendarzyku i czuła, jak coś zimnego pełznie wzdłuż kręgosłupa.

Niemal dwa miesiące genialnego seksu.

I nie pamiętała dokładnie, kiedy ostatni raz wzięła pigułkę. Och, to było gdzieś w okolicach jej zwichniętej, nieszczęsnej kostki. W końcu nie tylko kostka ją wtedy bolała przez kilka dni, ale…

Zmarszczyła brwi. Nowe opakowanie zaczęła jak zwykle, ale potem zrezygnowała. Nie lubiła pigułek, a odpowiedzialność została zdjęta z jej głowy. Ryan miał fioła na punkcie zabezpieczania się, oprócz śniadanka nie zdarzyło się, by stracił panowanie do tego stopnia, by się nie zabezpieczyć. Zawsze i wszędzie, czasem wręcz z niego żartowała, ale w głębi ducha była z tego bardzo, bardzo zadowolona. To była dla niej zdecydowanie nowość, facet z własnej woli i sam o to dbający… tylko ta sytuacja dolewała oliwy do ognia, skoro nie musiała martwić się o to, ani namawiać czy przypominać. I nigdy się nie skarżył, wręcz przeciwnie.

Przeprosił ją nawet, że wtedy na blacie… był bez. Ale ją wtedy chroniła jeszcze pigułka, nieprawdaż?

A mały diabełek harcował teraz zapewne w piekle… Nieprawdaż?


~ * ~

Przewróciła się sfrustrowana na bok, było jej niewygodnie i tak w ogóle jakoś dziwnie w łóżku Ryana bez niego. Bez jego bezczelnego uśmieszku witającego rano, boskiego ciała rozłożonego i wpychającego w całej swej okazałości gdzie tylko się dało, jego ramienia, zaborczo przerzuconego przez jej talię i stanowczo zapobiegającego jakimkolwiek wycieczkom poza łóżko…

Nie, że zapytała, czy wolno jej było pozostać w apartamencie na noc. Była tutaj raczej z powodów… zapobiegawczych. Nieprawdaż?

Przynajmniej miała pewność, że nie przyprowadzi z tej imprezy żadnej panienki…

Zagryzła nerwowo wargę. Wcale nie podobały się jej te zaborcze myśli, ale z drugiej strony… Trudno było nie wymagać zaangażowania od faceta, który tak ją urządził. Nieprawdaż?

Nie, że cokolwiek wiedział lub podejrzewał. Podejrzewała z kolei ze swojej strony, że był nawet baaardzo zadowolony z tej burzy hormonów w jej ciele. Non stop chciała seksu, chyba nawet częściej niż jakikolwiek plemnik w jego wieku mógł o tym marzyć, a jej stan tak samo udowodnił przez ostatnie tygodnie, że zrobiła się taka jakaś… miła dla niego?

Zamarzła nagle… ten chichot. Nie wiedziała, dlaczego do jasnej cholery , nie zebrała się w te pędy z łóżka piekielnego Irlandczyka, ale… coś ścisnęło ją mocno w gardle, każąc w przerażeniu oczekiwać kolejnych sekund. Chichot – brzmiący niczym dźwięk potłuczonej szklanki zgrzytającej metal – był coraz bliżej, aż wreszcie drzwi gwałtownie otworzyły się z trzaskiem godnym szekspirowego dramatu i w jakaś chwiejąca się sylwetka – której niezbyt elegancko odbijała się czkawka co parę sekund – wtłoczyła się do środka. Nem była zbyt zszokowana i jednocześnie po prostu… zdruzgotana…

I to ścierwo miało być jej zastępstwem na tę noc?!

Sapnęła wściekle, gwałtownie wyparowujące resztki zmęczenia i szoku zostawiały jednak dziwne zimno wokół serca. Z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy i wstała z łóżka.

Karykatura kobiety rzuciła się na miejsce, które przed chwilą zajmowała, mrucząc szczęśliwie i mało subtelnie…

„Ryan, wracaj tu…!” wydała nagle z siebie dziki wrzask tak, że Nem podskoczyła jak oparzona, strącając szklankę z biurka. Dźwięk rozbijanego szkła wreszcie przyciągnął diabelnego Irlandczyka na swoje włości.

„Nem…?” z jego twarzy gwałtownie odpłynął kolor, kiedy objął jej na wpół roznegliżowaną postać pośród odłamków szkła. Złagodniała nieco na ten wyraz, szczególnie że ładnych parę chwil zajęło mu dostrzeżenie nowej lokatorki swojej sypialni. Nawet dokładnie widziała w jego oczach ten moment, w którym dostrzegł niewłaściwą osóbkę we własnym łożu.

Gdyby w tej chwili na podłodze nie było kałuży krwi z jej własnego serca, jej umysł z pewnością wymyśliłby jaką zjadliwą ripostę do tej sytuacji. Wszystko jednak, o czym w tej chwili była zdolna myśleć, to fakt, że na tym łóżku leży zalana jakaś puszczalska, a nie ona, a jej niewolnik stoi jak wryty, nie wiedząc, gdzie podziać swoje srebrne ślepka!

„Khm…? Ryan?” głos Aleca i zapewne och tak mocne dźgnięcie w ramię pomogło mu się otrząsnąć i ruszyć do akcji. Ostrożnie przeszedł przez okruszyny szkła i mimo jej protestów, podniósł do góry i zaniósł na kanapę w salonie.

Dopiero wówczas zorientowała się, że ta kałuża krwi wcale nie była urojona skaleczyła się w stopę, ale pod wpływem szoku nawet tego nie poczuła. Patrzyła, jak ciepła ciesz plami jasny materiał kanapy, zahipnotyzowana, zupełnie jakby razem z nią wypływało z niej to złudne poczucie szczęścia, wypełniające ją przez ostatnie tygodnie romansu z bardzo utalentowanym irlandzkim diabełkiem.

Dlaczego nie posłuchałam głosu rozsądku? Nic nie trwa wiecznie. Prawda? Zwłaszcza dobre rzeczy w jej życiu…

„Sz…” ciepłe dłonie Ryana zamiast uśmierzać, przynosiły jednak napięcie zupełnie innego charakteru, niż zazwyczaj. Delikatnie zajął się niedużą, ale głęboką ranką. „Może wdać się zakażenie, Bóg wie, co było w tej szklance…”

„Twoja hodowla penicyliny?” chciała żartem rozładować sytuację, ale wyszło jej to raczej kiepsko. Jak wszystko ostatnio…

„Nie… Kolonie wąglika, ale wciąż mam za mało na Biały Dom…” mruknął, uśmiechając się pod nosem. Skończył opatrunek i pochylił się, całując ją jakby nic innego w świecie nie miało znaczenia. I nagle – rzeczywiście nie miało. Ryan był z nią, nie z ta potłuczoną szklanką, zapewne teraz zaczynającą czuć skutki nadmiaru alkoholu. I nie miała się co dziwić biedactwu… gdyby nie jej żelazne opanowanie, sama w większości mruczałaby z zachwytu, gdyby znalazła się w łóżku Ryana ponownie… Tylko musiała się o to postarać. Nieprawdaż?

~ * ~

Mhrrau… Oblizała wargi, wpatrując się w swojego zdenerwowanego niewolnika, ochrzaniającego kogoś przez telefon… dlaczego nigdy wcześniej nie wpadła na to, jak seksowny ma głos? I ten akcent… mhrrau. Muszę częściej doprowadzać go do szewskiej pasji… postanowiła w duchu. Od początku uważała, że Ryanek ma bardzo wykwalifikowany język, ale żeby doprowadzać ją nim niemal do orgazmu na odległość?

Jęknęła. Już czuła, jak gorąca fala przetacza się przez jej ciało. Odwróciła się pospiesznie na pięcie i zniknęła za drzwiami ich sypialni.

Rzuciła się na puste teraz łóżko. Pościel pachniała jeszcze orgazmami na podniebieniu i jej łzami , przypominając dobitnie, że już niedługo będzie się cieszyć względami seksownego Irlandczyka. A jego zmysłowy akcent będzie słyszała wyłącznie w momencie, kiedy będzie wysłuchiwała pretensji i oskarżeń… a może i żądań.

Zimne dreszcze przerażenia powędrowały wzdłuż kręgosłupa. Nie usunę ciąży, za żadne skarby świata… postanowiła hardo. Dziecko mogło wyskoczyć niczym Filip z konopi, skomplikować im niezłożone życie na Maksa, ale to była mała niewinna istotka! Zdana przez pozostałe miesiące wyłącznie na jej troskę i uwagę…

Uśmiechnęła się z czułością, kiedy przed oczyma stanęła jej wizja rozkosznego bobasa z blond loczkami i srebrnymi oczkami… i z długimi rzęsami, mrugającego i uśmiechającego się łobuzersko do niej, jakby coś przeskrobał…

Oj, przeskrobał. Tylko, że to jego tatuś, nie sequelek tatusia, który aktualnie rozwijał się pod jej sercem.

Nie ruszyła się na milimetr, kiedy wkradł się wreszcie na posłanie obok.

„Nem?” mruknął cicho, pytająco. Nie odpowiedziała. Zacisnęła powieki, ze strachem wyczekując jego ruchu.

Wtulił się w nią, przerzucając ramię przez jej talię.

„Słodkich snów, mój Pilniczku…” wyszeptał do jej ucha. Po chwili słyszała już tylko jego miarowy oddech i ciche plaśnięcia własnych łez, ponownie zmaczających poduszkę. Dlaczego dopiero po fakcie, kiedy kogoś tracę, orientuję się dopiero, jak bardzo mi na kimś zależy?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *