ETIC: przed czy po (40)

40.

Tom, Tom… skąd ja go znam?

To imię jakoś tak dziwnie łatwo spłynęło na jej język… Więc to nie była stara pamięć, nie pamiętała go sprzed niedawna. A kiedy tak naprawdę urwał się jej ostatnio film?

No, oprócz eksperymentów Nasedo….

Był tylko jeden wieczór, kiedy film się urwał. Wieczór, w którym postanowiła się zbuntować, a obudziła się na potężnym kacu w łóżku Aleca. Hm, myślała, że Alec i Ryan gdzieś ją po prostu zgarnęli i wsadzili pod zimny prysznic.

Marzenie wciętej głowy.

Czy… bawiła się z nim? Na samą myśl robił się niedobrze. Nie dlatego, że był Skórem. Było w nim coś takiego, jak w Nasedo… odpychało ją. Po prostu. Nie chciała sobie przypomnieć „zabawy” z takim gagatkiem.

Co innego z Tosterem… to zdecydowanie był dobry pomysł spędzić sobotę z Aleciem. Nie dosyć, że zjadła pyszne spaghetti, to jeszcze teraz wylegiwała się na prywatnej plaży. McDowellów, oczywiście. I miała swojego prywatnego niewolnika.

Zdecydowanie coś było w słowach Pilniczka o mieniu McDowella za niewolnika… Mruknęła z przyjemnością, kiedy jego zręczne, gorące dłonie zaczęły rozmasowywać jej stopy… potem kostki i łydki… niestety rozkoszne dreszcze gwałtownie ustały, a Alec nagle czujnie się podniósł.

„Co do diabła?” wymamrotał gniewnie. Od strony domu i basenu nagle zaczęły dochodzić ich liczne ludzkie głosy, a zaraz potem ryknęła głośna muzyka. Zaklął wcale nie cicho po irlandzku.

Uśmiechnęła się pod nosem. Ciekawiło ją, kiedy mądrala zorientuje się, że ten język taki obcy jej nie był.

„Może nikt tu nie zajrzy?” wymamrotała z nadzieją. Nie chciało się jej ruszyć. Najchętniej wróciłaby do tego, co przed chwilą przerwał zielonooki diablik.

Diablik równie mało szczęśliwy, że musiał przerwać. Miał minę zrozpaczonego czterolatka, któremu ktoś odebrał cukierka zaraz po rozpakowaniu z kolorowego papierka…

Niemal dosłownie… zerknęła na swoje czerwone bikini. Niewiele materiału miało.. czy te sznureczków, bo było z osobliwego, dzierganego cieniutkiego druciku. Trudno było się nim spocić… ale za to jakie temperatury wywoływało na zewnątrz…

Stłumiła śmiech, kiedy Alec z ciężkim jękiem żalu powiódł palcem po pokrytej olejkiem skórze jej ramienia.

„Zaraz wrócę.” mruknął do jej ucha. Skinęła głową, wcale jednak nie mając zamiaru leżeć dalej potulnie na leżaku i smażyć się niczym mięsko czekające na podanie na obiadek. Tudzież deser. Podniosła się, kiedy tylko zniknął w ogrodzie. Jej równie czerwone co bikini sukienka i sandałki leżały na piasku dokładnie tam, gdzie je porzuciła beztrosko godzinę temu. Otrzepała je lekko, sprawdziła czy komórka nadal tkwiła w kieszeni… niestety, bycie zastępcą Pierce’a miała więcej wad niż myślała na początku. Miał naprawdę paskudny zwyczaj wzywania ją z wolnego do załatwienia różnych spraw, które to on powinien załatwiać osobiście. Ooch, jasne, dzięki temu była już znana kilku ludziom z innych oddziałów, ale to zupełnie nie rekompensowało wszystkich tych trudów i zabranego wolnego czasu. Tym bardziej, że wakacje miały się ku końcowi!

A zamierzała spędzić przyjemnie każdą pozostałą sekundę…

Cicho podreptała w stronę domu, mijając po drodze kilkoro gości… w tym dosyć młodych. Ryana o imprezę nie podejrzewała, poszedł na ślub, sam i z nieszczęśliwą miną skarconego szczeniaka. Podejrzewała świadkową. Na pierwszy rzut oka widać było, że ma ogromną ochotę rzucić się na niego. Sylwia czy jakoś tak…

Pozostawali rodzice bliźniaków, a po ostatnich tygodniach – uporczywego ignorowania szczególnie przez panią Mcdowell, wiedziała już, że przez nich raczej tutaj nie była mile widziana, w dodatku w towarzystwie ich ukochanego synka. Trzeba było brać nóżki za pas… i to szybko!

Strachliwą bynajmniej nie była, stawiała czoła obcym i innym takim niezbyt ostatnio mile widzianym w jej życiu osobnikom… Zaś pani Mcdowell należała teraz chyba do czołówki listy ‚jak skwasić sobie sobotnie popołudnie’.

Ktoś chrząknął tuż za jej plecami. Odwróciła się automatycznie i jej buzia rozciągnęła się w uśmiechu.

„Ann!”

„Cześć, Terminator…” rudowłosa dziewczyna uścisnęła ją mocno, ignorując słabe protesty i wołanie o odrobinę tlenu „Co słychać na froncie?”

„Tak samo jak poprzednio…” Niewiniątko postanowiło zagrać niewiniątko.

„Tak?” rudzielec wyszczerzyła ząbki „A ptaszki ćwierkają, że szalejesz…”

„Nic o tym nie wiem…” uśmiechnęła się niewinnie, patrząc kuzynce prosto w oczy. Diabelnie, kiedy ja się tego nauczyłam? „Może jakieś konkrety?”

„Konkrety? Wiem, że lubisz zaprzeczać…”

„Szkoda.” wydęła wargi niczym naburmuszone dzieciątko „Ostatnio brak mi inwencji, zaczynam stawać się nudną, ustatkowaną, siedzącą za biurkiem…”

Musiała przerwać, bo Ann dostała ataku śmiechu.

„Tak czy siak, dobrze cię widzieć. Wpadnij kiedyś w końcu… ale najpierw uprzedź, jestem ostatnio nieco zajęta…”

„Lepiej nie, rodzice by się przewrócili razem z wszystkimi nadopiekuńczymi facetami w rodzinie. I ty też nie wpadaj!” szturchnęła młodszą kuzynkę „No, chyba, że chcesz mieć wujka Philla na karku… słyszałam, że nawet wysłał kogoś do doktorka w sprawie Mandy…” dodała współczująco.

Brunetka wytrzeszczyła oczka.

„O rany. Nie wiedziałam… kiepsko to wróży. Jego ingerencje kończą się wiecznie…”

„…katastrofą.” uzupełniła.

~ * ~

Alec nie wiedział, co go tknęło. Ot, po prostu spojrzał przez okno podczas rozmowy z ojcem, oczekując raczej zobaczyć stadko gości, rozkładających się w najlepsze po rozmaitych zakątkach ogrodu czy szturmujących ich basen… Tymczasem włosy stanęły mu dęba z przerażenia, każdy pojedynczy blond włosek na jego sfrustrowanej i opętanej przez Niewiniątko łepetynie.

Ann i Liz witały się niczym stare, serdeczne psiapsiółki.

„Help me, Obi-Wan-Kenobi…” wyszemrał.

„Co?” jego ojciec spojrzał na niego zdumiony.

„Nic.” potrząsnął głową „Lepiej już pójdziemy.” zawrócił na piecie. Konfrontacja z matką była teraz ostatnią rzeczą, jaką miał ochotę zrobić… zostawił to na głowie ojca… teraz jedyną myślą, jaka mu pozostało, było przerwanie tego miłego tete a tete. Cierpła mu skóra wobec prawdopodobieństwa, co też rudowłosa rodaczka mogła naopowiadać jego Niewiniątku.

„Cześć, Alec.” Ann powitała jego pochmurną, gradową minę słonecznym uśmiechem, przerywając najwyraźniej interesującą obie panny pogawędkę. I te chochliki w oczach Liz… O czym one u diabła plotkowały? zastanawiał się sfrustrowany. Mógł tylko snuć ponure domysły, i to raczej na dorosłe tematy…

„Gdzie podziałeś swoją drugą połówkę?” ledwo tłumiła śmiech, widział to po niej. Spojrzał na nią groźnie. Doskonale wiedział, o kim mówiła… Nicole, która najwyraźniej obrała sobie za cel bycie jego cieniem. Jak się już w zeszłym roku przekonał, ciężko przyjmowała odmowy i była cholernie upartą harpią w najgorszym tego słowa znaczeniu, jakie tylko istniało na ziemi. „Coś widzę cię ostatnio tylko w pojedynkę… Czyżby jakieś poważne przetasowanie na froncie ‚już nienawidzę tej krowy’?”

Nieco złagodniał. Cóż, może po Nicole za bardzo się pilnował… Ann wydawała się doskonale znać charakterek i podejście jego mamuśki, trudno, by nie wiedziała, w co pogrywała przez te wszystkie lata w końcu irlandzka społeczność w Miami była niczym małe, plotkarskie miasteczko. I teraz albo już wcześniej wiedziała, że zarzucił sieci na Liz albo w tej chwili, po poznaniu tożsamości właścicielki pięknych nóżek, za którymi uganiał się niczym masochista, postanowiła nad wyraz taktownie dać do zrozumienia, iż nie ma ochoty być pionkiem w rękach jego łaknącej krwi rodzicielki.

„Druga połówka łagodzi obolały języczek, co ostatnio dziwnie stępiał…” Niewiniątko oczywiście aluzji nie pojęło i dziękował za to wszelkim dobrym mocom… od Wróżki Zębowej po Świętego Mikołaja. Kiedy skończył odmawiać w myślach modlitwy dziękczynne dla darczyńców jego dobrej passy, stało się coś, co niemal zwaliło go z nóg.

„Czemu twoja mama uważa mnie za jakąś szmatę, która szykuje się do zrujnowania twojego życia i oskubania cię z rodzinnych pieniędzy?” poważne, brązowe spojrzenie spoczęło na nim, najwyraźniej domagając się natychmiast wyczerpującej odpowiedzi.

„Co?” wyjąkał spanikowany. Już nigdy nie napiszę listu do Świętego Mikołaja. Może się pocałować w swoje grube cztery litery…!

„A czy to ważne?” niespodziewanie Ann przyszła mu z oryginalną pomocą „Tej kobiecie wiecznie coś nie pasi w dziewczynach, które chociaż oddychają w pobliżu jej ukochanych synków… Pewnie nie mogła niczego znaleźć na Nem, to się czepiła ciebie.”

„Świetnie.” Niewiniątko jęknęło ze współczuciem „To teraz robię za papier ścierny i pani McDowell wyobraża sobie, że przy mnie wyszlifuje sposoby jakby tu się pozbyć Pilniczka?”

Alec nie wytrzymał, wybuchnął śmiechem.

„Trudno, by cokolwiek lub ktokolwiek usunął w tej chwili Nem z jej obecnej pozycji.”

„Oprócz jej samej? Przysięgam, ona mnie bije czasami na głowę w ignorowaniu oczywistych symptomów…”

Święta prawda, ale nie zamierzał tego potwierdzać głośno. Jeszcze dotrze do rzeczonego Pilniczka i pewne cenne części jego ciała znajdą się w poważnym niebezpieczeństwie. A raczej wolał je mieć w dobrym stanie, nawet jeśli chwilowo pozostawały bezrobotne.

„Wątpię, by cokolwiek przebiło ciebie, wielbicielko tostów.

Ann zaczęła krztusić się jak zwariowana. Alec poklepał ją życzliwie po plecach.

„Jeśli naprawdę sądzisz, że Pilniczek nie spanikuje, kiedy dotrą do niej w końcu symptomy, to równie dobrze możesz sobie życzyć, żebym nie przypomniała sobie, skąd znam osobnika o imieniu Tom…” Niewiniątko uśmiechnęło się anielsko, po czym obróciło na pięcie, zostawiając ogłuszonego, z rozdziawioną buzią i bardzo pragnącego zniesienia Bożego Narodzenia Irlandczyka…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *