ETIC: przed czy po (4)

4.

Alec musiał przetrzeć oczy, by upewnić się, czy dalej nie śni. Ale nie. Nie śnił. Drobna postać Liz na ganku domu rodziców nie była żadną marą ani złudzeniem.

Otworzył niepewnie drzwi, zastanawiając się w duchu, co też Ryan wykombinował. Zaprosił Liz? Wysłał ją tutaj? Przeklinał teraz swojego bliźniaka za szalone pomysły. Mógł go uprzedzić, do diaska! Co on sobie myślał?

Szczególnie, że Liz wcale nie miała na sobie czerwonej sukienki… co tam, sukieneczki… gorzej. Miała krótkie, czarne spodenki, wiśniowy krótki top, uwydatniające jeszcze lepiej och jakże cudowne drobne ciałko… zacisnął pięści w kieszeni, opierając się ciężkiej pokusie sięgnięcia po nią i przytwierdzenia do najbliższej ściany.

Ciężki był los faceta.

Szczególnie, kiedy jej długie włosy były rozrzucone w nieładzie na odsłoniętych ramionach, po prostu wręcz błagające by ich dotknąć, sprawdzić czy są równie jedwabiste, jak wyglądały w popołudniowym słońcu. Jak przesypywałyby się między palcami, gdy leży z błogim uśmiechem na ustach, wyczerpana, senna…

„Dzień dobry.” uśmiechnęła się nieśmiało „Zamawiałeś lody?”

Lody? Zamrugał. Raz. Drugi. Trzeci. I czwarty… zanim dotarło do niego, że na tym czerwonym skrawku materiału widnieje mały znaczek doskonale znanej mu lodziarni. Tej, gdzie pracowała Nem… i najwyraźniej także Liz.

Zamorduję cię, Ryan. Umrzesz po bardzo bolesnych torturach. I nic ani nikt cię nie uratuje.

„Hm… cześć.” przywołał na twarz najdoskonalszy ze swoich uśmieszków, naprawdę usiłując nie spoglądać poniżej poziomu jej gładkiej, jasnej, cudownej szyi „Dostawa na przyjęcie?”

Skinęła głową, wskazując jednocześnie notatnikiem w stronę zaparkowanego na podjeździe samochodu.

„Zazwyczaj to Nem rozwozi, ale dzisiaj wieczorem wybiera się gdzieś, więc ją zastępuję. Gdzie wyładować?”

…się?

Jęknął w duchu. Facet miał naprawdę przekichane w życiu. We wszystkim i wszędzie widział tylko jedno i to samo. I jeszcze gorzej było, kiedy widział to wszystko z tylko jedną drobną, upartą osóbką, która nic sobie nie robiła z jego usiłowań… i frustracji.

„Pomogę ci.” zaoferował się. Właściwie to wygodniej byłoby podjechać do tylnego wejścia, które było znacznie bliżej kuchni, ale psiakrew, nie mógł sobie odmówić przyjemności cieszenia się kilkoma spacerkami Liz w tę i powrotem. Dom był właściwie dużą rezydencją, co zapewniało długą podróż. Och, i upewni się, że będzie szła pierwsza…

~ * ~

Nem zazgrzytała zębami, czując po raz kolejny tego wieczoru jak jakiś mały ledwo odstający od ziemi bachorek ciągnie ją za spódnicę w stronę stołów zastawionych pysznościami.

To zadziwiające, ile te dzieciaki potrafiły wtrynić lodów. Ktoś by pomyślał, że rodzice specjalnie je głodzili na ten wieczór. Ale nie. Ciastka, cukierki, ciasta, dropsy, lizaki, galaretki, owoce… wszystko znikało w nieco przerażającym tempie.

Ale nic nie było równie przerażające co uśmieszek Ryana, kiedy zjawiła się ni stąd ni zowąd w ogrodzie McDowellów i zanim zdążyła zrobić dyskretny odwrót po zorientowaniu się w swojej pomyłce, otoczyło ją stado harcujących przebranych małych Indian, które uznało ją za doskonałą kandydatkę na kolejną ofiarę do oskalpowania. Jedynym pocieszeniem był fakt, że Ryan był już wysmarowany jakimś czerwonym paćkowatym sosem, imitującym krew, a jasne włosy zabrudzone miał niemiłosierną ilością kokosowego kremu. Ale to wcale nie podniosło ją na duchu, szczególnie kiedy po prostu ściągnął koszulkę i jako tako powycierał białą, lekką substancję, filozoficznie uznając, że szkoda nosić ubranie, skoro i tak jakiś chochlik zaraz by je z niego zdjął. Agrr. I teraz ten dzieciak odciągnął ją z doskonałej kryjówki, z której mogła niezauważona obserwować Ryana. To znaczy nie samego Ryana, ale na jedno wychodziło, bo chodziło i tak o jego…

I skąd do cholery mogła przewidzieć, że tą imprezą, na którą złożyli zamówienie na te wszystkie desery, był kinderbal dla ich małego kuzyna?!?

Hm, chociaż z drugiej strony, to była ewidentnie jej pomyłka. Gdyby po południu zamiast godzinami przygotowywać się do przyjęcia, pracowała, doskonale by wiedziała, co się święci. I jeszcze Liz dobiła ją, mówiąc, że Alec pomógł jej przenieść to wszystko.

Ale o wiele przyjemniej było zwalać winę na McDowella i wmawiać sobie, że to tylko kolejna pułapka, żeby ją upokorzyć i osiągnąć swój cel. Co prawda nie wiedziała, co mu chodzi po głowie – oprócz jednego, oczywistego – ale przecież dla zwyczajnego zaciągnięcia w ustronne miejsce raczej by się tak nie starał. Z jego wyglądem wystarczyło, że przeszedł się ulicą, a już miał cały rządek śliniących się za nim panienek. I nie wiedziała, co ją w tej chwili bardziej wkurzało – wcześniejsze upokorzenie, że tak łatwo wpadła w tę pułapkę, jego fantastyczne ciało, obnoszone z taką arogancją i pewnością siebie, że czuła ciarki wędrujące wzdłuż kręgosłupa za każdym razem kiedy na niego patrzyła, czy też jego aluzje o lodach rzucane przez ostatnie pół godziny.

NIE CIERPIAŁA FACETA!!!

Tylko dlaczego tak bosko musiał wyglądać bez koszulki, z odrobiną kokosowej rozkoszy, która właśnie kapnęła na jego nos, wręcz proszącej się o powolne, drażniące…

„Khm…”

Zamrugała zaskoczona, widząc go tuż przed sobą. Delikatnie wyjął z jej dłoni chochelkę i nalał czekającemu niecierpliwie dzieciakowi soku.

„O czym się tak rozmarzyłaś?” pochylił się nad stołem w jej stronę z diabelskim uśmieszkiem na ustach. Zazgrzytała zębami. Czy facet nie rozumiał prostego nie? Fakt, mógł posiadać imponujący zestawik, ale psiakrew, chciała jego brata, a nie jego namiastki! Niech zjeżdża z jej horyzontu, bo inaczej pożałuje!

„Bo jeśli myślałaś, jak zastąpić to koronkowe cudo, to równie dobrze możesz wziąć przykład ze mnie…”

CO?!? Zamrugała oszołomiona, ale w następnej sekundzie poczerwieniała ze złości. Co za bezczelny typek! Odwróciła się na pięcie, przemierzyła trawnik i wpadła do wnętrza domu, poszukując schowanych wcześniej kluczy i dokumentów od samochodu. Nie zostanie dłużej z tym chamem pod jednym dachem… ee, w jednym ogrodzie. Co to za różnica? Był bardziej niż bezczelny i zdecydowanie pozwalał sobie na znacznie więcej niż by kiedykolwiek chciała!

Nagle jednak zwinna dłoń jednym ruchem odwróciła ją i przycisnęła do ściany, gorący oddech mieszający się z jej własnym, zabranym przez zachłanne wargi, niecierpliwy język rozchylający usta, mocne, twarde ciało więżące ją w miejscu… Z gardła wyrwał się niechciany jęk rozczarowania, kiedy nagle przerwał i odsunął się. Zamglenie ustąpiło natychmiast, gdy tylko do jej uszu dotarł rozbawiony, oddalający się śmiech Aleca. Nie było wątpliwości, że widział całe zajście.

I jeszcze ten przeklęty błysk zadowolenia w oczach Ryana. Boże, jak ona nienawidziła tego gnojka.

„Zrobiłeś to specjalnie.”

Nawet nie próbował zaprzeczyć, tylko ten jego cholerny uśmieszek się pogłębił. Trzasnęła go w ramię, wy wyrwać się z pułapki, ale nie na wiele to się zdało, zwłaszcza że właśnie znów pochylał się nad nią, by wyprawiać tę swoją bezwzględną… przyjemną… nieodpartą… magię. Zacisnęła desperacko oczy, zacisnęła usta, modląc się w duszy o opanowanie. Nie poddam się, nie poddam…

Oderwał się na moment… ale dotyk, który przyszedł chwilę później, był niespodziewany. Lekki, delikatny, sunący wzdłuż jej nogi tuż powyżej linii krótkiej spódnicy…

„Zabieraj łapy, zboczeńcu…” wymamrotała bezgłośnie. Odpowiedział jej śmiech Ryana, dochodzący… z kilku metrów dalej. Otworzyła gwałtownie oczy i napotkała błękitne spojrzenie może z sześciolatka, z wymazaną czekoladą buzią i łobuzerskim błyskiem… „Uch…” oderwała się jak oparzona od ściany, złorzecząc w duchu. Nie spojrzała na żadnego z nich, zgarnęła z szafki swoje rzeczy i biegiem skierowała się w stronę wyjścia.

„Co on ma, czego ja nie mam?” głos McDowella zatrzymał ją jednak w miejscu, niemal mrożąc swoim spokojem i ciekawością, jakie przez niego przebrzmiewały. Nie ruszyła się, póki do jej uszu nie dotarł odgłos oddalających się kroków.

Przysięgała, facet oberwie tak, że przez miesiąc nie będzie mógł. O!

Ale z drugiej, szkoda by było… złośliwie podszeptywał jakiś chochlik w jej głowie, kpiący z jej zmieszania, dziko bijącego serca i obrzmiałych ust.

Niech cię szlag, Ryanie McDowell!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *