ETIC: przed czy po (39)

39.

Ze wszystkich spodziewanych czynności agenta federalnego szperanie w aktach i statystykach, szukając jakiegoś niezidentyfikowanego obiektu lub osoby – właściwie czegokolwiek, te właśnie znajdowały się na szczycie listy najbardziej nie lubianych przez przeciętnych czy nieprzeciętnych agentów.

Jednak tkwienie pośrodku jakichś bagien, w środku nocy, mając za obstawę jedynie morderczego obcego o wcale nieludzkim usposobieniu i poczuciu humoru po prostu zaczynało przebijać szperanie w aktach osobowych pracowników. Wystarczyło, że znała wiele szczegółów z życia podwładnych Wydziału, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Wydział miał haki na każdego, włączając ją samą.

Problemem jednak ‚zapoznawania się’ z aktami było, że musiała znać je na pamięć i bez mrugnięcia okiem posługiwać się zawartą w nich wiedzą, niejednemu agentowi w trakcie akcji drżała ręka. Co było nieco ironiczne, biorąc pod uwagę, jak niegdyś bała się federalnych. Miała ich za niepopełniającą błędów machinę, tymczasem naprawdę daleko im było do doskonałości…

Przeniosła z niechęcią spojrzenie w stronę nadjeżdżającego motocyklu. Natychmiast jej myśli powędrowały w stronę ‚prezentu’, jaki fundnęła jej kochana ciotunia. O tak, prezent zdecydowanie… wymruczała w myślach. Widok Aleca w bokserkach rozłożonego na jej łóżku zdecydowanie był jak Gwiazdka. Te potargane krótkie włosy i nieprzytomne spojrzenie, jakie uniósł na nią znad poduszki…

Mogłabym nawet przyzwyczaić się do takiego widoku…

Bardzo smakowitego widoku. Od Ryana aż za dobrze wiedziała, że te wszystkie mięśnie nie pochodziły z siłowni, ale od treningów, właściwie fizycznej aktywności, a nie przeładowania testosteronem… chociaż, jak nie wątpiła, testosteronu to musiał mieć wystarczająco. Niemal jęknęła, kiedy jej myśli pobiegły w kierunku niezmiernie interesującej faktury materiału bokserek…

Skup się na pracy! Nakazała sobie surowo, ale niewiele to pomagało, zdradliwe myśli, raz rozochocone, wcale nie przestawały skakać po jej główce… skakać, biegać, stawać, i to w ilu pozycjach…

Potrząsnęła głową, niemal jakby odganiała uporczywą muchę. Ale zielonooka muszka wcale nie była uporczywa… była jak huragan. Poprzestawiała wszystko w jej głowie, poniszczyła wszystko i nic nie było na swoim miejscu… ale za to te uczucie świeżości w powietrzu. Ranek po burzy na pustyni zawsze pachniał swoiście… lekko wilgocią, lekko wilgotną ziemią, a wszystko jakby spowite chłodem i tym dziwnym, ogarniającym ciało przeczuciem… dreszczem, kiedy dosięgały cię wreszcie pierwsze promienie słońca, przebijające się najpierw powoli przez mgłę… potem całą feerią barw wstępujące na niebo…

Khm… W każdym bądź razie czuła coś takiego. Jakby wychodziła z mroku, a słońce dopiero ogrzewało ją słabymi promykami, ale dawało przedsmak tego, co niedługo się stanie. Zupełnie jakby miała rozpocząć zupełnie nowe życie.

W sumie… to chyba nawet tak było.

Odwróciła się do zsiadającego z motoru człowieka… raczej nie-człowieka, poprawiła się natychmiast w myślach. Osobnik przed nią sprawiał całkiem normalne wrażenie, oprócz tego, że wiedziała, że jest Skórem. Michael zabiłby, by być teraz na moim miejscu.

Uśmiechnęła się do tej myśli. A zaraz potem nawrzeszczałby na nią, co ona sobie myślała, idąc tak tutaj niechronioną na spotkanie na odludziu, gdzie łatwo mógłby ją zamordować. Patrzyła, jak powoli zdejmował kask.

Mógłby nawet wcześniej… poczuła, jak coś zimnego pełznie wzdłuż jej nerwów. Znała tego gościa… tylko skąd? Jego twarz mignęła jej wcześniej…

„Cześć Liz.”

Tom. Tak miał na imię. Tylko skąd ja to wiem? Zrezygnowała jednak z szperania po zakamarkach swojej pamięci, musiała skupić się zdecydowanie na teraźniejszości i na tym, żeby wyjść cało z tego spotkania.

„Tom.” skinęła mu krótko głową, obojętnie. Facet spoglądał się na nią jak na… kosmitkę. Albo na właścicielkę dwóch głów.

„Wiedziałem, że McDowell ma upodobanie do agentek, ale tym razem przygruchał sobie chyba najmłodszą w historii…” mruknął z niesmakiem „No nic, nieważne, ważne, żebyś przekazała to komu trzeba. Upewnijcie się, żeby żaden z mieszańców tego nie dostał w swoje łapy…”

Rzucił w jej stronę plecakiem. Złapała zręcznie w locie, wiedząc doskonale, co jest w środku. Komunikatory, skradzione Wydziałowi na początku wakacji. Max, Isabel, Michael i Tess wysłuchali przesłania od matki dwojga z nich, ale niechcący ściągnęli na siebie znacznie więcej uwagi niż było to warte. Czasem bycie uświadomioną przez Nasedo nie należało do najmilszych rzeczy na świecie.

A tak kiedyś chciałam poznać odpowiedzi… No, może nie za cenę zajęcia miejsca czarnookiego.

Westchnęła, odwracając się na pięcie i idąc w stronę samochodu. Coś jednak ją tknęło i odwróciła się gwałtownie, unosząc instynktownie rękę w obronnym geście. Ciężki motocykl zawisnął w próżni, jakieś ledwie pół metra od jej głowy.

Tom stał nieszczególnie daleko. Uniósł brew ciekawie.

„Nie myślałeś chyba, że dostałam się do Wydziału ze względu na ładny tyłek?” uśmiechnęła się ironicznie. Faceci i testosteron. Tak łatwo można było ich podpuścić… albo zamknąć w równie skuteczny sposób.

Chociaż gdyby ktoś jej to powiedział miesiąc temu, zaśmiałaby mu się w twarz z niedowierzaniem.

Wystarczyło kilka sztuczek… nie trzeba było w to wierzyć ani czuć tego, co się pokazywało. Ale jakie skuteczne… Hm, muszę wypróbować kilka z nich na Alecu…

Tom zlustrował ją dokładnie.

„To też by uszło.” oznajmił, ale z lekką wątpliwością w głosie. Rzuciła beztrosko motocyklem w najbliższe bagienko.

„Dziękuje, o Wasza Łaskawość…” mruknęła ironicznie, idąc w stronę samochodu. Ale i tak czuła, wcale nie ‚wątpliwe’ jego spojrzenie wędrujące po jej własnych obszarach poniżej pleców…

Hm, ciekawe jak wyglądają obszary Aleca…

~ * ~

No dobrze, ciekawość była pierwszym stopniem do piekła… ale w piekle przynajmniej było gorąco… parno wręcz, nieprawdaż? A ostatnio polubiła wysokie temperatury, ba, stała się od nich wręcz uzależniona… ale co ona biedna niewiasta mogła na to poradzić, skoro pewien stalowooki diablik po prostu przewrócił jej życie do góry nogami i skłaniał do takiego grzechu, że była tego pewna, będzie się smażyć po wsze czasy?

Ale największym grzechem było pozostawienie tego… tego… tego wielkiego garnka pełnego gorącego, pachnącego, aromatycznego, smakowicie wyglądającego sosu do spaghetti…! O! To wszystko jego wina była! Oooch, już była gotowa mu urządzić najprawdziwsze piekło za tę zbrodnię…

„Co taki nadąsany mój pilniczek?” wymruczał do jej uszka, jakby nie zrobił niczego i był najniewinniejszy w świecie. Zrobił! O! Ten…pycha… hm, palce lizać… sosik… ale niestety teraz przez ten sosik…

Palił ją języczek. I nie miała co liczyć na błogosławione endorfiny, likwidujące niemal każdy ból. Bo jej niewolnik bezczelnie dzisiaj zwalniał się ze służby i wstępował na chwilę do grona cywilizowanego społeczeństwa, by szaleć przez wieczór i pół nocy na jakimś ślubie. Bez niej! I pewnie z tłumem panienek do obsłużenia… ptfu, do zatańczenia w ramach swoich obowiązków świadka. Nie bawię się tak…!

„Myślałem, że chciałaś się umówić z koleżankami…” mruczał dalej, ale ją to niewiele obeszło. Zrobiła nadąsaną minkę, wyswobodziła się z jego uścisku (po jakiego czorta? Tam było całkiem milutko… a przynajmniej twardo…) i usiadła naburmuszona na kuchennym blacie. Niestety, nie ta pora dnia na śniadanko

Pomachała bosymi stópkami w powietrzu. Ruch ewidentnie przyciągnął jego uwagę.

„Liz była zajęta…” wymamrotała żałośnie po chwili. Nie wiedzieć czemu, zrobiło się jej smutno. Pam też byłaby prawdopodobnie wolna, ale w tej chwili nie miała najmniejszej ochoty wysłuchiwać żalów koleżanki, jak to porzuciła ją na rzecz bestyjki na ścigaczu i orgazmów na podniebieniu…

Orgazm na podniebieniu!

Wiedziała, że czegoś jej brak na dzisiejszej liście grzeszków. To było to… potrzebowała kilku dobrych, starych orgazmów na podniebieniu… najlepiej w wannie pełnej gorącej wody… o tak.

„Jest zajęta.” Ryan parsknął ironicznie „Alec właśnie gotuje dla niej spaghetti.”

„To nie ty zrobiłeś ten sosik?” zmarszczyła groźnie brwi.

„Niee.” parsknął śmiechem tym razem „Umiem coś przyrządzić, ale gotować cokolwiek zaprawiając to wszystko największą ilością chilii, jaką człowiek mógł sprowadzić do tego stanu, to raczej nie umiem zrobić z tego czegokolwiek jadalnego. Nie radzę nawet próbować, Alec w połowie składników przestał. Ja nie wiem, jak Liz to zje, no, chyba że chce być w pilnej potrzebie doktorka…”

Tia, i ktoś tutaj lubił zabawy w doktorka, mógł się założyć o własny przecinek, że jakoś ostatnio Alec chodził dziwnie nabuzowany… i mógł wmawiać wszystkim, że wcale nie posuwa się na krok w relacji z już-nie-takim-Niewiniątkiem.

„Ja zjadłam…” jego Zdecydowanie w Pilnej Potrzebie Małego Sam na Sam Pilniczek żałośnie wydęła usteczka, nadal wywijając przewrotnie nóżkami. Oooch, mógł przysiąc, jeszcze kilka takich machnięć, a rzuci się na nią, nie przejmując faktem, że w apartamencie grasował Alec ze swoją przyszłą dziewczyną. Chociaż było równie prawdopodobne, że śniadanko też obojgu chodziło po główce…

…chodziło, stało i to w ilu pozycjach…

Potrząsnął głową. Ostatnie, czego w tej chwili potrzebował, to nie iść na durny ślub. Z pięćdziesiąt tysięcy razy pytał pana młodego, czy na pewno ma przyjść sam. Ale nie. Uparł się idiota i miał nadzieję, że miał niezłe wyjaśnienie, bo Ryan nie miał najmniejszej ochoty zaprzepaszczać jakiejkolwiek okazji widywania Nem we wdziankach takich jak tamta czerwona sukienka… no, przynajmniej póki nie została rozdarta na strzępy. Oczywiście własnoręcznie… czy też własnoustnie… tym bardziej jeśli widywałoby ich publicznie razem na tego typu imprezach. Zazwyczaj prosił którąś z licznych kuzynek, bliższych lub dalszych. Oszczędzało dementowania plotek o pannach, chociaż nie oszczędzało przed interwencją stada ciotek, które życzyły mu jak najszybszego ożenku i zostania ojcem gromadki ślicznych, jasnowłosych, małych i zadziornych Irlandczyków…

Potrząsnął głową. Gdzie też biegły jego myśli…

…biegły, chodziły, stały i to w ilu pozycjach…

Otrząsnął się z przyjemnej wizji. Niewątpliwie widok Nem w jakimś kolejnym czerwonym wdzianku podziałałby wyjątkowo ożywczo na jego fantazje, i te na jawie, i te pozostające jedynie fantazjami, jednak taki widok z pewnością pozbawiłby go fantazji w innych dziedzinach, jak na przykład nie zostawić jej w domu tak naburmuszonej. Miał to niepokojące uczucie w środku… Nie był pewien, czy w ogóle odezwałaby się do niego po powrocie, co dopiero o zastaniu ją w apartamencie. Wróci raczej wykończony, rola świadka nie ograniczała się jedynie do podpisu na dokumencie i podawania obrączek. Widok Nem w jego łóżku, czekającej na niego, zdecydowanie wynagrodziłby wieczór bez niej… był tylko facetem. Chciał się nacieszyć swoją dziewczyną. Nawet jeśli nie do końca zdawała sobie sprawę z faktu, że nią jest…

Już nawet kumple nabijali się z niego na ulicy, że został całkowicie zapilniczkowany i zamiast powoli wydostawać się z pajęczej sieci, tylko coraz bardziej w nią grzązł… z własnej, nieprzymuszonej woli. Był masochistą. Zadawał sobie to samo pytanie, co przed pierwszą ich feralną randką, w co on do diabła się pakuje, co najlepszego robi… w tej chwili jedyną różnicą było to, że znał częściowo odpowiedź na pytanie.

Usiłował uspokoić ostry ból języczka dziewczyny, która sprawiała, że szczerzył zęby jak wariat od rana do wieczora i od wieczora przez połowę nocy… albo i całą…

Objął ostrożnie naburmuszone stworzenie, zwane powszechnie Pilniczkiem, ale w tej chwili chyba najdalsze od swojej zwykłej ostrości i złośliwości. Lubił ją taką… nawet słodką i dziwnie niepewną. Nawet nie wiedziała o tym, jak w tej chwili wyglądały jej oczy… ogromne, niepewne. Dla reszty świata mogła pozostać ostrym pilniczkiem. Takie momenty mogły pozostać tylko dla niego…

„Naprawdę nie mam ochoty iść tam sam, ale prosiłem z tysiąc razy, żebym mógł przyjść z tobą, ale ten uparty osioł miał podobno ‚bardzo dobry powód dla którego masz być sam’…” przytoczył ze złośliwa ironią „Pewnie na koniec okaże się, że jakaś jego podstarzała ciotka nie miała partnera do tańca i się rozejdzie po kościach.”

Wcisnęła nosek w jego szyję, węsząc przy jego pulsie i wdychając jego zapach. Na moment stracił wątek co chciał powiedzieć.

„Naprawdę myślisz, że z własnej woli straciłbym okazję, żebyś ubrała coś czerwonego ode mnie?”

Przez słodkie zmarszczenie noska zorientował się, że raczej nie myślenie w tej chwili w jej głowie… ani roztrząsanie tego problemu. Co innego teraz biegało, chodziło i stało w jej wiecznie pracującej główce.

Mojej też.

„Ale nadal zjadłam to coś.” wymamrotała zakłopotana. Podrapał się po głowie, nie bardzo wiedząc o co biega, aż wreszcie jego wzrok padł na pusty, wielki słój po papryczkach chili… albo czymkolwiek innym, beznadziejnie ostrym. Lubił ostre, ale pilniczki… 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *