ETIC: przed czy po (38)

38.

Świat był zadziwiająco kolorowy i radosny, kiedy jej problemy sprowadzały się do wyboru sukienki, bielizny i dodatków. Chociaż niektóre przedstawicielki płci pięknej mogłyby uznać to za prawdziwy dramat i powód niejednego siwego włosa na głowie. Ale Liz nie miała tego typu problemów. Wstawała teraz każdego ranka i szykowała się do biura… w mniej lub bardziej dosłownym sensie.

Mandy już pierwszego dnia uświadomiła jej, jakiego charakteru plotki będą krążyć z powodu jej stanowiska. W całym Wydziale wyżej w hierarchii stał jedynie Pierce… Kto mieczem wojuje, temu flaga w dół… Z premedytacją ubierała się więc w różne kobiece fatałaszki, zrywając z biurowością zupełnie. Nasedo był rozbawiony… łagodnie mówiąc. Starała się trzymać od niego z dala, chociaż czasem konieczne było zamienienie z nim paru zdań. Przekopywała się przez różne akta osobowe… miało tak być jeszcze długo. Ale przynajmniej trzymał od niej z dala Maxa…

Ha! Nie myślała, że będzie on ostatnią osobą, jaką miała ochotę spotkać. Jeszcze miesiąc temu wypłakiwała sobie za nim oczy… Teraz uważała dzień za stracony, jeśli nie widziała swojego plemnika… ups, Tostera.

I bynajmniej nie przezwała go z powodu jego osobliwej miłości do tostów… O nie!

A propos Tostera… Był naprawdę wielofunkcyjnym sprzęcikiem. Miał wiele ciekawych… guziczków. Lubiła sprawdzać, co się działo po naciśnięciu jakiegoś.

Albo chociaż zbliżeniu się do takiego… Uśmiechnęła się zwycięsko, kiedy obrócił się gwałtownie w jej stronę, rozchlapując wszędzie wodę… Pianę też. Walczyła, by utrzymać oczy na jego przystojnej buziulce.

„Czego się spodziewałeś? Wodnika?” zaśmiała się. Patrzył z niedowierzaniem, jak ryba wyjęta z wody…

„A może raczki tam hodujesz? I teraz podszczypują to i owo?” drażniła dalej „Wiesz, gdybym wcześniej wiedziała, że lubisz kąpiele z pianką…” zawiesiła znacząco głos, podnosząc się z klęczek. Toster nadal otwierał i zamykał usta, zbyt zszokowany jej obecnością w swojej prywatnej łazience… i zapewne małej fantazji. Kiedy zakradała się tutaj leżał rozwalony niczym król… albo jakiś leniwy drapieżnik… z błogim uśmieszkiem na ustach i przymkniętymi oczami. I teraz te zielone ślepka błysnęły przewrotnie… Och, miała kło…

„Aaa!” wrzasnęła. Podstępne ramię zielonookiego wodnika nagle opuściło podwodne czeluści i… zapewniło tam sobie towarzystwo. Parsknęła, wynurzając się i ścierając pianę z twarzy. „Zwariowałeś!” sapnęła oburzona.

„Owszem…” zielone oczka błyszczały wyzywająco. „Jeśli tylko zostaniesz panią doktor i podejmiesz się zbadania mojego przypadku…”

Zaczerwieniła się jak buraczek.

„Nie studiuję psssychhooologgiii..” wymamrotała zakłopotana.

„Wiesz co?” mruknął konspiratorsko do jej uszka… nawet ono było jak buraczek. Rozkosznie czerwone… „Nie lubię prawdziwych doktorów, o wiele bardziej wolę zabawy w doktora…”

„Oooch, dopraaaawdy?” zdołała jakoś zgrzytnąć zębami. Jej pewność siebie ulatywała straszliwie. W postępie geometrycznym, nie arytmetycznym, jak zazwyczaj… innymi słowy, przy Alecu topniała niczym serek w tostach.

Problemem było, że zaczynało się jej to podobać…

~ * ~

„Aha…” Ryanek uśmiechał się jak zadowolony kotek z brzuszkiem pełnym tłustej śmietanki.

„Co aha?” uderzyła go lekko ramię, nadąsana. Jego ramiona trzymały ją mocno, stanowczo, nie pozwalając się poruszyć. Lubiła, kiedy ją obejmował. Szczególnie tak stanowczo, zaborczo… Ale pilniczek w niej domagał się buntu.

„Tylko przyznaję komuś rację odnośnie twojego usposobienia…” wymruczał do jej ucha, trącając wrażliwy płatek czubkiem nosa. Zadrżała lekko w odpowiedzi. Przez te ostatnie tygodnie zdołał pojąć pewną jej specyficzną cechę… Niewiniątko miało rację, Nem była na wskroś dumna. Nie w zły sposób… nie była arogancka. Duma chroniła ją przed zranieniem. Była niczym system wczesnego ostrzegania. Jak jego bezczelność i arogancja. Chociaż pewnie Foczka padłaby trupem, zanim do tego by się przyznała… Taaak. Była dumna. Nawet jeśli pewne rzeczy robiła z własnej, nieprzymuszonej woli, nie znaczyło to, że do tego się przyzna. Zwłaszcza publicznie. Lub, co gorsza, przed nim. Cierpiała na osobliwą fobię przed daniem chociaż skrawka władzy nad sobą…

„To znaczy?” nie była zbytnio zainteresowana tematem. Czuł to, nie tylko po reakcji jej ciała.

„Że twoje czyny, nie słowa, mówią znacznie więcej o tym, czego pragniesz.”

„Doprawdy?” mruknęła, zdecydowanie interpretując jego słowa na korzyść swoich wyobrażeń o tym, jak spędzą wieczór „A co mówią teraz?” wydęła wargi. Lekko podniosła jego bluzę do góry, badając mięśnie igrające pod gładką, napiętą skórą. Zgodnie z jej zamysłem przysunął się bliżej niej… Hm, jakby w ogóle był daleko. Tańczyli sobie pośrodku dziennego pokoju, wtuleni… A wokół wszędzie ciemno. Jakaś pojedyncza lampka paliła się jedynie w kuchni.

Ale oprócz tego nie zrobił żadnego ruchu, by kontynuować tę grę.

„Co robisz w tę sobotę?”

„Nic.” wzruszyła obojętnie ramionami. Jeśli Ryan coś planował na weekend, wolała wiedzieć z góry. Żeby się przygotować. Bo w gruncie rzeczy większość swojego wolnego czasu Ryan spędzał z nią. Nie, żeby jej to przeszkadzało. O nie. Bardzo się jej to podobało. Do czasu Ryana nawet sobie nie uświadamiała jak bardzo była osamotniona. Miała swoje znajome, głównie ze studiów, pracy albo te „zaakceptowane” przez rodziców… Ale czegoś w tym wszystkim brakowało.

Aroganckiego, bezczelnego Irlandczyka i jego plemników…

„Hm… Mój dobry znajomy… żeni się.” westchnął, całując ją miękko. Była słodka. I miała nagle to niepewne spojrzenie… „Zostałem daaawno temu poproszony na drużbę.”

„Oooch…” nawet nie starała się ukryć rozczarowania. To oznaczało co najmniej pół weekendu bez jej niewolnika. I mnóstwo odstawionych, ślicznych dziewczyn na kulturalnej imprezie… Cholera! „Mam być twoją osobą towarzyszącą?”

Potrząsnął przecząco głową.

„Tylko cię uprzedzam… Możesz wreszcie zaplanować sobie babski weekend. Twoje koleżanki to już chyba petycje do prezydenta piszą, żeby cię odzyskać.” uśmiechnął się pod nosem. Nie tak dalej jak dwa dni wcześniej natknął się na nadąsaną Pam, po czym objechała go za brak Nem i Liz. Jasne, podobało mu się, że zawładnął tak bardzo nią… wróżyło sukces. Bał się tylko, że jak się zorientuje w temacie, ucieknie szybciej niż jego marzenia się rozwieją.

Z Pierwszym Pilniczkiem nic nigdy nie wiadomo… Miał cichą nadzieję, że tupnie nóżką, uprze się i sama wprosi na imprezę. Co prawda został wyraźnie zaproszony sam, ale to prawdopodobnie przez Sylvie… Skrzywił się w duchu. Już czas najwyższy ogłosić wszem i wobec światu, że został już jakiś czas temu zajęty.

~ * ~

Cisnęła sandałkami prze całą długość holu, zrzucając je ze zmęczonych stóp. Przeklinała w duchu swoją nową pracę. Buty miała całkiem wygodne jak na sandałki, ale przez jedną agentkę spędziła cały dzień na nogach w paskudnym upale, i to po co? Jak się później okazało, ta hiena po prostu czatowała na prywatny numer telefonu świadka.

Potrzasnęła głową. Ludzie! Czy wszyscy w tym stanie zwariowali na punkcie tego, kto z kim śpi i jakie mięsko zabierze do sypialni?

Najwyraźniej tak. Szczególnie Nicole. Nie wątpiła, że ambitna agentka ostrzy sobie pazurki na Pierce’a (gdyby tylko wiedziała, że pod tą fasadą jest mały, pomarszczony i błyszczący czarnooki….) i każdego, kto by pomógł jej w karierze. Nie mogła się doczekać jej miny, kiedy w końcu do florydzkiego biura trafi informacja, że jest jego zastępcą.

Chociaż sam fakt był naprawdę zadziwiający, lubiła generalnie swoją nową pracę. Mogła dużo zmienić. Na początku przecież o to właśnie chodziło – żeby coś zmienić. Obcy uratował jej życie, tymczasem jej rodzina żyła z ciekawości i strachu przed obcymi… Samych ludzi zmienić nie mogła. Mogła zmienić tylko efekt walki pomiędzy nimi… i starać się, żeby ona sama i jej bliscy nie zostali uwikłani w najpaskudniejsze rozgrywki. Jak na razie, całkiem to się udawało… Praca w FBI była zadziwiająco nużąca. Akcja w Roswell musiała być urlopem dla Pierce’a.

Odsunęła nieprzyjemną myśl o końcu agenta wydziału… Te dotyczące tych żyjących były nieco sympatyczniejsze, ale przy niektórych osobach… Pamiętała ich z błysków, jakie otrzymała od Maxa. Niełatwo było zachowywać się spokojnie, kiedy jej głowa pełna była obrazów i uczuć z głowy torturowanego przez nich obcego… a jak coś ją naprawdę denerwowało lub napawało obrzydzeniem, starała się myśleć o dobrych stronach pobytu na Florydzie… Genialna ciocia, koleżanki, praca, niezłe kieszonkowe, sławni bliźniacy McDowell, Toster…

Westchnęła sfrustrowana. Ostatnio ciągle, obojętnie o czym by nie myślała, jej myśli skręcały w stronę zielonookiej bestyjki. No, wiedziała, że nie byle jakiej bestyjki – wystarczyło się tylko rozejrzeć, Alec zdecydowanie bił większość facetów na głowę już samym wyglądem, nie wspominając o całej reszcie – ale wcale się jej nie podobało, że jej myśli tyle wędrują w jego stronę. Wcale a wcale! Nie wyleczyła złamanego serca do końca po Maxie, a już pakowała się na ślepo w niewiadomo co… no właśnie. Spochmurniała. Nie wiedziała nawet, jak nazwać swoją znajomość z Aleciem. Nawet nie mogła go nazwać dobrym kumplem, bo do tej kategorii należał wyłącznie Ryan. A Alec nie ukrywał, że chodzi mu wyłącznie o dobrą zabawę… To było dziwnie frustrujące i osłabiające. I wcale nie chciała o tym tyle rozmyślać. Od myślenia bolała ją głowa…

„Kiepski dzień w pracy?” Mandy wychyliła głowę z kuchni „Wyglądasz jakby ktoś przejechał cię walcem.”

„Gorzej. Ja mam ochotę przejechać kogoś walcem!” mruknęła pod nosem.

„Znowu Nicole?” Mandy zachichotała. O tak. Agentka, która uważała siebie za przyszłą szefową florydzkiej sekcji naprawdę zdążyła zajść za skórę Niewiniątku, które marzyło o morderstwie z premedytacją jeśli tylko usłyszy o „byłym” Nicole… Mieli dla siebie poprzednie wakacje, i Nicole najwyraźniej miała ochotę na coś więcej, ale wściekała się, bo jakiś dzieciak prawie niemal sprzątnął jej go sprzed nosa. Prawie… bo coś jej byłemu nie szło podobno uwodzenie tamtej dziewczyny.

„Jak ma ochotę na tamtego, to niech go poderwie, a nie tracę przez nią pół dnia, bo się napaliła na przesłuchiwanego i prezentuje mu swoje wdzięki…” Niewiniątko wydęło komicznie usta. A przesłuchiwanego zapewne bardziej interesowała jej młoda szefowa… dokończyła w myślach Mandy, lustrując bratanicę uważnie. Było na co popatrzeć, zdecydowanie. Na Florydzie Liz rozkwitła… i miała nadzieję, że tak zostanie.

„Włożyłam ci do szuflady informacje o szkołach… a na łóżku masz mały prezent.”

„Prezent? Z jakiej to okazji?” Liz nadstawiła ucha, zerkając podejrzliwie znad garnka. Właśnie próbowała pichcącej się potrawki. Na szczęście, Mandy umiała nieźle gotować… inaczej chyba żyłyby na wynos.

„Bez okazji.” jej ciocia stłumiał uśmieszek. Powinnam była przylepić mu czerwoną kokardkę… Alec był na plaży i postanowił wpaść do Niewiniątka, ale Niewiniątka nie było. Oooch, wiele by dała, by zobaczyć wyraz twarzy Liz na widok półnagiego Irlandczyka śpiącego na jej łóżku, ale obawiała się, że jej obecność w tej wiekopomnej chwili będzie zupełnie zbędna…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *