ETIC: przed czy po (35)

35.

Ostatnia, naprawdę ostatnia osoba, jaką Tom spodziewał się ujrzeć w swoim gabinecie, właśnie stała przed nim. A on siedział… podniósł się więc pospiesznie ze swojego fotela i wskazał uprzejmie ten naprzeciwko.

„Panie Heaney… cóż za niespodziewana wizyta.”

Starszy mężczyzna skinął głową, lustrując jego postać uważnie. Generalnie doktorek nie zmienił się przez te wszystkie lata i na to właśnie liczył, że jakakolwiek zmiana zaszła, to raczej nie w jego charakterze.

„Bardzo niespodziewana. Właściwie to przepraszam, że zajmuję pański czas przeznaczony dla pacjentów, nie chcieliśmy jednak, by Mandy nabrała podejrzeń.”

Mandy… wciągnął głęboko powietrze. mógł się tego spodziewać. Zawsze wszystko sprowadzało się do niej. Nawet teraz.

„Więc co pana sprowadza naprawdę?” wolałby mieć tą wizytę za sobą. Ale Mandy była dla niego niczym ulubiona rana, którą z upodobaniem uwielbiał rozjątrzać. Ale kilka tygodni temu podjął ważną decyzję i zamierzał się jej trzymać. I na litość boską, nie chciał rozpoczynać życia z Catherine od okłamywania jej. I tak czuł się podle bez tego.

„Dziwne znajomości, jakie zawiera…”

Żołądek podjechał mu do gardła. Doskonale wiedział, że Mandy potrafiła prowadzić naprawdę dziwne znajomości.

„Zna pan agenta Daniela Pierce’a?”

Chrząknął. Chyba nie ten sukinsyn…?

„Dlaczego akurat do mnie pan z tym przychodzi? Jestem przecież ostatnią osobą, której posłucha. a najprawdopodobniej wyzwie, a potem zrobi dokładnie na odwrót tego, co radziłem.”

Starszy pan odetchnął głęboko. Tutaj dopiero zaczynała się jego misja…

„Nie jest problemem jej osobiste zaangażowanie w jakąkolwiek relację z Pierce’m. Gorzej, wygląda to nam na jakąś zawodową współpracę.”

„Wątpię, by jej mania zawodowa posunęła się aż tak daleko.” parsknął. O brak zdrowego rozsądku i umiaru podejrzewałby ją prędzej w życiu prywatnym.

Heaney rozsiał się wygodniej w fotelu. Nie zapowiadało się na to, że przyszedł tutaj tylko po to, by to oznajmić. O nie. Jak znał tę rodzinkę i ten wyraz twarzy, zapowiadało się raczej na to, że nie wyjdzie stąd, póki nie dopnie swego…

~ * ~

Ryan rozłożył się bezczelnie na jej łóżku, z tym swoim doskonałym ciałem, rozpraszającym i zarazem skupiającym całą jej energię i uwagę na rozmaitych obrazach działalności tego ciała… Przez tego przeklętego plemnika nie była w stanie normalnie myśleć! O! To wszystko było jego winą, że nie mogła myśleć i planować, a przede wszystkim jego winą było – tego bezczelnego mądrali, który najwyraźniej myślał sobie, że zajęty braciszek to chyba mniejsza konkurencja – że sprzyjał zamiarom Aleca wobec Niewiniątka.

Grr, i to się nazywa przyjaciel.

Chociaż nazwanie Ryana przyjacielem Liz to była niezła przesada, ale nawet ślepy widział, że rycerzyna troszczył się bardzo o tego dzieciaczka. Czasem nawet aż za bardzo… Więc nie rozumiała, czemu popierał… ale w gruncie rzeczy jeden rzut oka na jego bezczelnie rozłożone na jej małym łóżku ciało, a doskonale wiedziała, w czym jest rzecz. Skrzywiła się drwiąco.

Plemniki i ich mania seksu…

No dobra, sama święta jeśli o te tematy chodziło, to nie była i nigdy nie zamierzała być. Ale nie chciała, żeby Niewiniątku coś się stało pod jej okiem. Nie wiedziała czemu sama tak bardzo się o nią martwi, ale psiakrew, wyglądało niestety na to, że i tenisówki ulegały przesławnemu urokowi McDowellów. I ciekawe, ile w tym było zasługi jej plemnika… Pewnie spora. Paradoksalnie, Ryan miał największy wpływ z całej ich trójki na Liz.

To było dla niej kompletnie niezrozumiałe. Jak tych dwoje mogło się tak świetnie porozumiewać. Co pierwszy balangowicz tego stanu miał wspólnego z dziewczyną, rumieniącą się nieśmiało przy najmniejszej aluzji spraw damsko-męskich? Najwidoczniej jednak mieli wspólny mianownik. No, nie wyłączając zielonookiej bestyjki, na którą sama swego czasu miała ochotę…. Hm, gdybym miała pojęcie, co potrafi Ryan, to od razu zabrałabym się za niego i nie traciła czasu na młodszego z bliźniaków.

Ziewnęła. Nie miała większej ochoty na roztrząsanie swoich podstawowych dylematów egzystencjalnych, które ostatnimi czasy sprowadzały się wyłącznie do tego, jak by tu wykorzystać swojego osobistego niewolnika. Szczególnie, że w tej chwili, rozłożony tak bezczelnie na jej łóżku, nie zostawił dla niej ani wolnego skrawka i musiałaby sobie zrobić posłanie i poduszkę w jednym… z niego. A ona musiała niestety odbębnić prace domowe.

Ciekawe, kto sprząta u braciszków. Pewnie mają sprzątaczkę… pomyślała zazdrośnie. Generalnie nie robiła się zielona ze złości, kiedy ktoś miał więcej pieniędzy od niej, ale cóż, jej studia pochłaniały fortunę, a jej rodzice z niewiadomych przyczyn uparli się, by nie startowała w życie z potężnym kredytem do spłacenia, jak większość jej rówieśników. Więc raczej nie zatrudniały pomocy domowych… wybitnie przydałaby się, jęknęła w duchu, kiedy objęła kuchnię pierwszym spojrzeniem. Poprzedniego wieczora chyba Tom zabawił, bo wszędzie pełno było brudnych i zaschniętych naczyń. Ergo, jej mama gotowała spaghetti…

„Rany, co to,mój kuzyn was odwiedził?”

Jakimś cudem nie zauważyła, jak Ryan opuścił ich gniazdko i zawitał przy jej boku. Wyglądał całkiem słodko z potarganymi włosami i zaspanymi oczkami. Mhrraaau… miała ochotę na śniadanko. Ale niestety do tego trzeba było uprzątnąć blat.

Życie bywało niesprawiedliwe…

~ * ~

Yyy, dlaczego miała wrażenie, że nic już nie rozumie na tym świecie?

Tak hałasowali w kuchni, że aż zbudzili jej mamę i Toma. Za jakie grzechy? Za jakie? Najprawdopodobniej te jeszcze niepopełnione, za te pokutowało się najciężej i najboleśniej… Paradoksalnie to nie popołudnie z rodzicami Ryana i ich znajomymi okazało się najprawdziwszą apokalipsą, tylko jej własna, wyrodna rodzicielka pokazała nagle iście smoczy zapał do pilniczkowania plemników, których uważała za niegodnych jej jedynaczki.

Ale Ryan McDowell nie znajdował się na tej liście, o nie. Nie. Nie. Nie. On znajdował się na specjalnej, ekskluzywnej, najwyraźniej przeznaczonej tylko na jedno nazwisko….

Słodko zaprosiła ich oboje na śniadanie, z uśmiechem stwierdzając, że skoro okazali się tacy uczynni i posprzątali po wczorajszej zabawie, to ona zrobi śniadanko. Ryan zakrztusił się, Tom miał minę z rodzaju ‚nie chcę wiedzieć’, a jej mamuśka już wpadła w zapał planowania jak tu uprzykrzyć życie najnowszemu nabytkowi w jej sypialni.

Psiakrew! Psiakrew! Psiakrew! Naprawdę nie chciała, żeby jej śniadanko dostało nóżek i zwiało, gdzie pieprz rośnie..! Albo jeszcze i dalej…

Siedziała jak na szpilkach przy kuchennym blacie, obserwując poczynania swojej rodzicielki. Tym razem jednak jakoś nie bałaganiła, posługiwała się nożem nadzwyczaj sprawnie. Aż nie chciała iść za tą przerażającą myślą, za co te biedne banany w tej chwili brała…

Ryan siedział sobie obok, rozluźniony, popijał mleczko i zdawkowo odpowiadał na pytania. Tom z kolei najwyraźniej postanowił się przyssać do lodówki, od czasu do czasu łaskawie stawiając potrzebne produkty na blat. Blat… ta wizja z całą pewnością musiała zostać zapomniana, za duże ryzyko wpadki. Hm, muszę pomyśleć nad wyprowadzką z domu…

I czemu, u licha, jej nadzwyczaj pomysłowy i aktywny niewolnik, nagle przestał służyć jej pomocną dłonią?

Chyba jednak wizja zapilniczkowania przez starszą panią Titbit działała nadzwyczaj uspokajająco na jego wędrujące paluszki… A wielka szkoda. Naprawdę w tej chwili chciała, żeby wykazał się jakąś inwencją twórczą i zrobił coś absolutnie szalonego….

„Szkoda, że Nem musi dzisiaj pracować… zrobiłabym naleśniki z owocami.”

Nem zastrzygła uszami. Naleśniki jej mamy? Aaaaa…. Przeklęta praca, musi ją zmienić na bardziej normalny grafik zajęć… i więcej wolnego. Na śniadanka oczywiście.

„I kto to mówi…” Tom zaśmiał się „Też masz dzisiaj na popołudnie podobno?”

„Niestety.” jej mama westchnęła z komiczną rozpaczą w głosie.

„Może zmienię pracę. Liz mnie namawia…” wzruszyła ramionami. Ryan uniósł ciekawie brew.

„Czemu? Coś się nie podoba Pierwszemu Niewiniątkowi?”

„Nam wszystkim… po prostu traktuje paskudnie jedną dziewczynę, bo jest w ciąży.”

„Co, Liz?” Tom prawie wypluł swoją poranną kawę „No wiem, że to nie niewiniątko, tylko terminator w spódnicy, który jak sobie coś wbije do głowy, to tylko wiać z drogi… i nikt nie potrafi opanować jej pomysłów za wyjątkiem…”

Ryan posłał zamyślone spojrzenie na doktorka.

„Nie, nie…” Nem roześmiała się. Wizja niewinnej Liz jako terminatora była zbyt zabawna. „Szef znęca się nad El, Liz zazwyczaj odrabia jej pracę albo łagodzi spięcia. Niezbyt przyjemnie się tam zrobiło. Aż już nie mogę się doczekać października momentami…”

„Taaaa… codzienne, poranne wstawanie.” Ryan wymamrotał zgnębiony.

„Oj, nie narzekaj. Lubisz poranki.”

„Lubię śniadanka. Poranki zresztą też…” posłał jej wymowne spojrzenie. Udało się jej nie zarumienić. Na szczęście… Sięgnęła po mleko, żeby ukryć zmieszanie.

„Co studiujesz?” jej mama zdawała się niedostrzegać jakiegokolwiek napięcia w powietrzu.

„Zarządzanie zasobami ludzkimi. Druga szk…”

Pfhuuuuuu…. Że co? Nem spoglądała zakłopotana to na wyplute białe proteiny, to na sprawcę swojego szoku…

„Chyba sobie jaja robisz?”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *