ETIC: przed czy po (34)

34.

Ryan musiał jednak przyznać, że inteligencję musiał razem z Aleciem odziedziczyć po matce, kiedy tylko z balkonu swojego starego pokoju spojrzał na ogród i przebiegł wzrokiem tą piękniejszą część gości. Bez większego trudu wyłowił dwie nader zgrabne osóbki, które z Aleciem miały niezmiernie wiele wspólnego. Aż zacierał łapki na myśl o tym, jak Alec będzie się wił, usiłując wydostać się z subtelnej sieci, jakie na nie zarzucą.

Pierwsza z nich, Nicole, była raczej… hm, jakby to określić? Wspomnieniem jednych wakacji… Poprzednich, dokładnie rzecz ujmując. Przyjechała na Florydę w sprawach służbowych, na dwa tygodnie… pobyt przedłużył się do prawie dwóch miesięcy, kiedy to we wrześniu została z jakiegoś powodu w trybie wyjątkowo pilnym wysłana do Nowego Meksyku. Tak samo ich romans… Gorący jak tamte upały. Sam wszakże święty nie był, ale tamte tygodnie wolał w domu nie bywać. Jedyne, co przewyższało tamto, to mania jego braciszka na punkcie zgrabnych nóżek Liz. No i jego cierpliwość. Z Nicole potrafił drzeć, przy nich nigdy spokojnie nie było. Była uparta i bezwzględna… Cecha, która była w tej chwili nader pożądana według jego matki…

No i jeszcze panna Heaney… Normalnie Amanda nie znosiła Heaneyów, byli również irlandzkim klanem, ale członkowie tej rodziny od pokoleń emigrowali do Stanów i więcej ich było na Florydzie niż w Irlandii. Ale też większość miała głowę do interesów. I wsparcie swojej bogatej głowy rodu. Czy to przejściowe problemy czy rozkręcenie czegoś nowego – Heaneyowie nie mieli tego problemu. Jasne, kolejnymi Rockefellerami nie byli, ale ich sukcesy były solą w oku jego matki. Jeśli dzisiaj Ann Heaney gościła u nich na grillu, mogło to tylko świadczyć o głębokości desperacji ich matki. Ann była ślicznym rudowłosym chochlikiem o ciętym języku, niezłym kieszonkowym i studiowała to samo, co Alec.

„Coś ciekawego wypatrzyłeś?” inny mały chochlik pojawił się tuż obok niego w bardzo zwracającej uwagę sukience. Ale o dziwo, była sama. Wielbiciela jej nóżek nie widać było na horyzoncie.

„Tylko kilkoro starych znajomych. Gdzie Julia?”

„Nie wiem, czy chcę poznać powody, dla których tak go przezywasz…” wydęła wargi w rozbawieniu „Bierze prysznic.”

„Pewnie bardzo lodowaty…” wymamrotał potrząsnął głową z rezygnacją. Liz zaśmiała się cichutko. Prysznic bynajmniej lodowaty nie był… podejrzewała, że inaczej nie byłby w stanie wrócić na przyjęcie. To, jak faceci byli zależni od hormonów… i jak łatwo można było nimi przez to sterować, było wprost przerażająco komiczne. W życiu nie przypuszczała, jak tak naprawdę sprawy wyglądają… Jak proste to było w ogóle, i niekoniecznie zależne od uczuć. Co jednak wcale nie oznaczało, że nie mogło być równie piękne… i przyjemne.

~ * ~

Mandy ostrożnie odsunęła filiżankę kawy, spoglądając przez długość stolika tej włoskiej restauracyjki na faceta, którego w głębi duszy śmiertelnie się obawiała. Kiedy po raz pierwszy spotkała go, broniąc oskarżonego o morderstwo żony klienta, z jakiegoś powodu agent Pierce znał wszystkie szczegóły sprawy na długo przed śledzczymi. To, co udało się jej wywnioskować z jego słów, zachowania i co tu dużo mówić, dowiadując się mało legalnymi drogami rozmaitych potrzebnych informacji, sprawiło wreszcie, że niemożliwy do wygrania proces zamienił się w jeden wielki zawodowy sukces.

Co jednak było najbardziej intrygujące, Mandy nigdy wcześniej nie czuła strachu przed tym facetem. Był piekielnie inteligentny, wręcz chory w swojej obsesji pracy (a ona to niby nie była…), ale i być może o wiele lepszy niż ona w swojej – po prostu nadawał się do niej idealnie. Nawet jego przełożeni bali się go śmiertelnie. Wydawało się to go bawić… Jednak kiedy tylko spotkali się dzisiaj – jak mniemała, zupełnie nieprzypadkowo – wszystko w niej kuliło się przed nim ze strachu. Coś musiało się wydarzyć od ich ostatniego spotkania i cokolwiek to było, czuła to teraz.

Zadziwiające, nie czuła tego tak wyraźnie od śmierci Timothy’ego. Z każdą minutą ich wspólnego obiadu czuła, jak coś głęboko w niej kuli się przed tym człowiekiem. Co się ze mną dzieje? Weź się w garść, masz zadanie do wykonania!

Jedyny powód, dla którego jadła z nim teraz obiad, grillował sobie u McDowellów w obecnej chwili. Od kiedy tylko piętnaście lat temu jej oczy spoczęły na Liz, wiedziała, że są pokrewnymi ciałami i duszami… w więcej niż powszechnie przyjętym tych słów znaczeniu. I teraz najwyraźniej Pierce musiał jakoś wpaść na trop ich rodzinnej tajemnicy. Inaczej przecież nie interesowałby się zawodowo Liz, nieprawdaż? Nie miał zupełnie powodu by się nią interesować. Liz była zbyt inteligentna, by pakować się dobrowolnie w kłopoty. No, chyba, by bronić ukochanych osób. Nic jednak o tym nie wiedziała…

Spojrzała w zimne oczy szefa Łowców, klnąc w duchu na wszystkich federalnych na świecie. Nawet gdyby nie była szefem klanu, nieformalnym oczywiście, bo ta rola miała za rok przypaść jej ukochanej bratanicy, także siedziałaby w tej restauracyjce, bacznie obserwowana przez obsługę i nie starała się wyciągnąć z tego przerażającego człowieka, czego chce od jej siostrzenicy.

„Nie rozumiem w takim razie, czego chcesz w zamian.”

Pierce uśmiechnął się zimno. Nie lubiła tego uśmiechu.

„Liz wie.”

Teraz to już miała mętlik w głowie. Z pewnością musieli się poznać, ale zażyłości do tego stopnia, by znała jego cele, nie spodziewała się zupełnie.

Czas najwyższy, by ktoś inny przejął stery, skoro tak tracę orientację w sprawach członków mojej rodziny. I to najbliższej, której przysięgałam bronić lepiej niż brata.

„Zdolności Liz… sprawiły, że przeżyła coś, co tamta kobieta nie była zdolna.” Pierce z jakiegoś powodu zdecydował się ją jednak uspokoić „Większość ludzi, wielu genetyków uważa, że to, co odziedziczyłyście obie w swoim kodzie genetycznym to wręcz wyjątkowo paskudna pomyłka natury. My… Nie uważamy tego za pomyłkę, jeśli sprawia, że mózg funkcjonuje aż tak aktywnie. Co więcej, Liz przez ostatni rok, kiedy to działaliśmy w Roswell, wykazała się znacznie większą wytrzymałością i odpornością psychiczną, w sytuacjach kryzysowych wręcz genialnym opanowaniem i ciekawymi pomysłami.”

Upiła łyk kawy. Nadal układanka nie grała.

„Odkładając ceregiele na bok, wiem, że nie zajmujecie się ściganiem zwyczajnych morderców, używających nad wyraz aktywnie swoich mózgów. Ścigacie jednego, o którym wam wiadomo i z chęcią dorwalibyście wszystkich innych, o ile nadal żyją i są tutaj.” spojrzała na niego bezpośrednio „Coś się zmieniło poważnie w Liz. Nie pomogę wam w przekonaniu jej, ani też nie potrzebna wam moja zgoda, więc czego tak naprawdę chcesz?”

„Jesteś inteligentna.” Pierce uśmiechnął się dziwnie „I lubisz za dużo wiedzieć.”

„Jest jedynym dzieckiem w mojej rodzinie i więcej nie będzie, ani ja, ani Nancy nie możemy mieć dzieci.” palnęła prosto z mostu „Nie chcę polecać jej znajomości, które zniszczą jej przyszłe życie… ani odwiedzać od czegoś, co mogłoby zapewnić jej względne bezpieczeństwo. Więc po prostu w co wdepnęła? I czemu teraz oferujesz mi czarodziejską różdżkę, która bez najmniejszych podejrzeń sprawi, że Liz przeniesie się na Florydę, my będziemy mogli kontrolować jej zdolności, a ona się w tym nie połapie?”

„Liz po prostu jest mi potrzebna… Mniejsza, do czego, bo jej nic nie grozi. Nie będzie agentem terenowym, bez obaw. O jej zdolnościach nie dowie się nikt w Wydziale, mają zwyczaj… dogłębnie poznawać przyczyny takich zjawisk.”

„Co w zamian?” spytała podejrzliwie. W gruncie rzeczy nie spodziewała się zupełnie, że jej odpowie. Kiedy jednak to zrobił, filiżanka z brzękiem opadła na spodek. Pierce jedynie uśmiechnął się zimno, ale w jego wyrazie twarzy nie było najmniejszego śladu rozbawienia czy żartu.

~ * ~

Zaczęło się od ochoty na truskawki i brzoskwinie, które ktoś pokroił i bezczelnie zostawił pośrodku blatu, tylko czekające i błagające, by ktoś je dorwał w swoje głodne łapki. A że pomiędzy truskawkami i brzoskwiniami był Alec, patrzący na nią co najmniej jak na pyszną brzoskwinkę… tak samo jakoś wyszło.

Że był niemal tak smakowity jak kuszące owoce…

Problem jednak był tego rodzaju, że żadne owoce nie wyprawiały dziwnych rzeczy z jej pulsem, stado motyli nie harcowało sobie podczas konsumpcji w jej żołądku, a ręce nie świerzbiły, by rozebrać… to znaczy obrać ich więcej. Żadne brzoskwinie nie miały tak zadziwiająco gładkiej skóry, a już na pewno pod nią nie napinały się przyjemne mięśnie przy najlżejszym dotyku… Jęknęła tylko do jego ust, kiedy przyparł ją mocniej do blatu. Czuła każdą przyjemną krzywą jego ciała, co gorsza, z każdym ułamkiem chwili chciała więcej, zbadać każdy najmniejszy zakamarek… jak zareaguje na przykład, kiedy jej usta będą badać jego puls… albo kiedy znów ściągnie jego głowę do kolejnego, zupełnie ją samą ogłupiającego pocałunku…

Nagły huk rozbijanego szkła sprawił jednak, że nie do końca było jej dane to sprawdzić. Nie oderwała się od niego, co zresztą było nadzwyczaj trudne, mając za sobą blat i ani milimetra między nią a Aleciem… było jej tam zbyt przyjemnie. Sama bliskość jego ciała sprawiała, że miała niewymowną ochotę wrócić do tego, co zostało im brutalnie i okrutnie przerwane przez zszokowaną Nem, gapiącą sie na nich z otwartą buzią… chyba jednak jakiś anioł stróż nad nią czuwał tam wysoko w górze, bo równie nagle pojawił się doktorek i wyciągnął oniemiałą Foczkę z kuchni…

„Chyba dokonałaś cudu…” Alec zaśmiał się do jej ucha „Nic jeszcze nie pozbawiło mowy Foczki oprócz pomocnej dłoni jej niewolnika…”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *