ETIC: przed czy po (32)

32.

„Ciiicho siedź!” groźne spojrzenie uzbrojonej tego popołudnia w pilniczek Nem powstrzymywało go od parsknięcia śmiechem. Nie spodziewał się zupełnie, że Nem wykaże tak czysto kobiecą cechę, jak odwieczny brak odpowiedniego ubioru na to wyjście. Przysięgał, zdążyła się przebrać z pięć razy, mamrocząc coś o ciężkiej wadze tej misji. Wypytała się z dokładnością hitlerowca, kto będzie i z kim na tym grillu, ale to przecież nie była jego wina, iż nie miał pojęcia, kogo jego zdolna do wszystkiego rodzicielka zaprosiła na dzisiejszy armagedon, nieprawdaż? Nem jednak jak zwykle miała zupełnie odmienny punkt widzenia i już od obiadu fukała na niego co minuta.

Szczęśliwie zdołał wykorzystać co niektóre przerwy między fukaniem… ba, czasem nawet znacznie się opóźniło wskutek innego użycia tego ostrego języczka!

Wiwat językowe uzdolnienia plemników McDowell…

Rozłożył się już dawno na jej łóżku i z zainteresowaniem oglądał coraz to kolejne wcielenia pilniczka. Na początku nawet usiłował jej przerwać, bowiem nie przyszedł z pustymi rękoma. W końcu nie bez powodu po śniadanku odwiózł ją do domku i obiecał zjawić się i zabrać na obiad… Niestety Fukająca Foczka miała bardzo umotywowaną ksywkę… Zdenerwowana potrafiła fuknąć!

Zdecydował się wkroczyć dopiero jak klapnęła zrezygnowana obok niego, grobowym głosem oznajmiając…

„Nie mam w czym iść…” wyjęczała. Uśmiechnął się pod nosem i wyciągnął niedużą firmową torbę z Ariany. Co jak co, ten butik chyba zaczynał na stałe wpisywać się w ich życia. Zerknęła na niego podejrzliwie, a potem z największą ostrożnością jej rączka zanurkowała w torbie.

„Aaaaa…” podskoczyła radośnie, po czym zaczęła wariacko skakać po całym swoim niewielkim pokoiku, przymierzając sukienkę.

„Gdyby Kicia miała ogonek, to by nim pomerdała…” mruknął Ryan jedynie po to, by chociaż na kilka sekund oderwać umysł od wizji zjawiskowej dziewczyny przed nim. Czerwona koronka idealnie przylegała do kobiecych kształtów. Teraz był pewien, że zamiast bronić Nem przed atakami matki, Nem potrzebowała ochrony przed nim i jego wizjami zdarcia z niej tego delikatnego materiału.

Chyba dostałem udaru. Jęknął w duchu, kiedy prawie bolesne pulsowanie zaczęło zamieniać się w potężny ból głowy.

Nem wydęła usteczka… pochylając się w jego stronę. Zamknął oczy, modląc się o wizję bardzo lodowatego prysznica.

„Nem, bo nie wyjdziemy…” wychrypiał. Zaśmiała się i w odpowiedzi zamknęła drzwi na korytarz.

„Ooooch, na pewno wyjdziemy.” mruknęła mu do ucha „A przynajmniej ty…”

~ * ~

Normalnie Liz nie miała problemu z ubieraniem się. O nie. Nawet Wielka Rewolucja, czyli pojawienie się przesławnych bliźniaków, nie zmieniło tego stanu rzeczy. Niezależnie czy miała w szafie seksowne biodrówki czy beznadziejne, nudne ciuchy, coś zawsze było odpowiedniego na okazję, albo… się znajdowało. Najczęściej w szafie Mandy.

Frustracja nie była dla niej niczym nowym…. Tym razem jednak rzecz dotyczyła wyboru stroju i to było bardzo dziwne uczucie. Wibrowało w żołądku, przyprawiając o skręt wszystkich wnętrzności. Chciała wyglądać ładnie i kobieco. Ha! Nielicha sztuka, jak się okazało przy McDowellu… Czasem podobały im się te same rzeczy, a czasem rumieniła się jak piwonia na samą sugestię, że miałaby założyć co niektóre skrawki materiału… Bo ciuchami raczej by ich nie nazwała… Szczególnie spódnice. Chyba lubił widok kobiecych nóg…

Zostało jej pół godziny. Otworzyła szafę Mandy z sukienkami. Jak na kogoś, kto był adwokatem, prywatnie jej ciocia uwielbiała naprawdę odważne stroje… Albo to wszystko pochodziło jeszcze z czasów Toma…

Lubiła doktorka. Nie tylko dlatego, że ciocia była uśmiechnięta przy nim. Po prostu wydawał się w porządku. Co jednak najważniejsze, dobrze traktował Mandy. W późniejszych romansach, po zerwaniu zaręczyn z powodu swojej choroby, nie była zbyt rozsądna. Czasem… czasem bała się, ze po zerwaniu z Maxem te same błędy popełnia zadając się z bliźniakami. Nie tyle patrząc na ich sławę i zachowanie, co na pozwalanie im zmieniać ją do woli. Czort zewnętrznie… to jej się też podobało. Ale na litość boską, nie chciała być w domu, kiedy rodzice dowiedzą się o jej nocnej eskapadzie… Nawet wstawiennictwo zawsze tej bardziej szalonej młodszej siostry nie pomoże u jej mamy.

~ * ~

Alec musi chyba zamówić wizytę u ortodonty. Ryan zanotował w duchu. Z wszystkich reakcji swojego bliźniaka na drobną brunetkę, dzisiejsza była najzabawniejsza. I chyba nie uszła uwadze Niewiniątka…

Niewiniątko. Parsknął śmiechem. Dzisiaj to było ostatnie, co by można było powiedzieć o Elizabeth Parker. Wolał utkwić wzrok w ponętnych kształtach swojej foczki, szczególnie, że koronka działała dziko na jego wyobraźnię. W przeciwnym wypadku obawiał się, jak Julia oprzytomnieje, uszkodzi go bardziej niż zasłużył.

Fakt, facetem też był i też patrzył… Właściwie to na każdą kobietę patrzył. Jak każdy inny facet. Tylko, że Alec zaczynał stawać się bardzo terytorialny wobec swojego niewiniątka w tenisówkach i nawet jemu by przyfasolił bez namysłu. Ergo, nie warte zachodu.

Muszę kupić coś takiego Nem… Już zacierał łapki na myśl o ponętnym ciałku foczki w czerwonym cieniutkim materiale. To będzie szmatka zdecydowanie jednorazowa…

Jego uwagę pochłonęło jednak coś zupełnie innego. Dziwne spojrzenie, jakie Tom rzucił na Liz, kiedy tylko pojawiła się w ogrodzie. Rano podzwonił w kilka miejsc, nie chcąc by ten przeklęty grill zamienił się w krwawą sieczkę. Teraz nie był taki pewien, czy dokonał dobrego wyboru. Było coś nawiedzonego w ciemnych oczach Toma. Aż zaczynał się bać.

Co było grane?

Sam jednak zaczął zastanawiać się nad rychłą wizytą u dentysty, kiedy Liz po przywitaniu – nader krótkim – z Julią, zignorowała jego, pozostałych gości i… uścisnęła z ciepłym, naprawdę ciepłym uśmiechem doktorka.

Okkk. Może facet będzie żył. Ale rozpalił jego ciekawość do czerwoności. Jego ojca chyba także, bo stanął sobie przy grillu, mięsko się przypalało, a on z czystym zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie, najwyraźniej dosyć… intymnej.

Wszystko jednak zniknęło, kiedy na horyzoncie pojawił się ziejący ogniem smok, pftu, smoczyca o wdzięcznym imieniu Amanda. Jej stonowany piaskowy strój ostro kontrastował z żywą purpurą nowej sukienki Liz, kiedy wynurzyła się – dosłownie! – zza krzaków i zaświergotała coś „mile” i „sympatycznie” do zajętej rozmową z doktorkiem. Ryan musiał się uszczypnąć. Czy to działo się naprawdę? Gdzie do diabła Alec i Nem, kiedy byli naprawdę pilnie potrzebni?

Nie mógł akurat rzucić całej tacy ze szkłem, bo na taką uwagę nie zasłużyła. Ale doktorek już marszczył brwi i spoglądał zaniepokojony na jego matkę. Zazgrzytał zębami ze złości. Postawił ostrożnie ciężką tacę na stoliku i zaczął znów wchodzić w rolę rycerza. I tym razem ciężkie ostre, oręże było mu nadzwyczaj pomocne. Trafił akurat w sam środek najdziwniejszej rozmowy, jakiejś świadkiem wykonania był w wersji jego matki.

„Taaak, właśnie. Uświadomienie dzieciom wartości wyrzucanych przez nie pieniędzy przynosi czasem nader nieprzewidywalne, ale szczęśliwe następstwa.”

Doktorek nieoczekiwanie szczerzył zęby, a Liz lekko się zarumieniła. Najwyraźniej przytyk był bezpośrednio do niej.

„Opowiadałam właśnie twojej mamie, jak was spotkałam i poznałam.”

„Hm…” rozluźnił się „To raczej nie szalona impreza była.”

„Ale ciąganie małolat po imprezach…” Amanda pogroziła mu palcem. Ryan tylko jęknął w duchu na to. „Psujecie ją.”

„Nie sądzę, by cokolwiek potrafiło… ” kontynuował jednak sam „… sprowadzić Pierwsze Niewiniątko Miami na Ciemną Stronę Mocy.”

„Niewiniątko? Chyba tylko ciężko opancerzony rycerzyna nazwałby tak córkę Nancy Parker.”

Ryan z trudem powstrzymywał parskniecie śmiechem. Doktorek jednak czuł pismo nosem, skoro usiłował rozładować napięcie.

„Raczej…. Hm, białogłowa Julia.”

„Taaak. I pewnie Romea jej teraz brak?” Tom kpił dalej. Ryan zacisnął nagle zęby, spoglądając w stronę kuchennego okna, za którym widział brata. Raczej nie wyglądało w tej chwili, by Julii czegokolwiek oprócz towarzystwa zgrabnej foczki było brak. Bawili się w kuchni w najlepsze, zupełnie jakby nie widzieli się miesiące i starali nadrobić zaległości.

Pomimo jego uśmiechu, Liz musiała zauważyć gwałtownie pogarszający się nastrój, o wydęła usteczka, wskazując na grill, przy którym stał jego ojciec.

„Głodna?” spytał retorycznie. Liz obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Mimo woli uśmiechnął się sam i nieznacznie odprężył. Nawet jeśli Aleca i Nem wcięło na ubocze, miał doktorka do pomocy. Nie mogło być tak źle.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *