ETIC: przed czy po (31)

31.

Ok, to teraz nic gorzej ułożyć się już nie mogło… Jakim cudem miał ugłaskać Nem o trzeciej nad ranem, kiedy jedyny skuteczny i znany mu sposób właśnie zaprzepaścił, odbierając telefon od brata?

Aaaaggrrr, gdzie były genialne pomysły Liz, kiedy ich najbardziej potrzebował?

Podrapał się po brodzie, zerkając przez framugę na hol. Właściwie nie potrzebował patrzeć, dźwięki włączonego telewizora mówiły same za siebie. Wściekła Nem to było mało, ale wściekła Nem oglądająca program kulinarny to już była przerażająca sprawa.

Wrócił na paluszkach do swojego pokoju, zamknął cicho drzwi i sięgnął po komórkę. Potrzebował wsparcia, desperacko! Oj, bo jeśli na samym początku tak potrafił sknocić sprawę, marnie widział swoje szanse u pilniczka.

Tylko że sam by z chęcią stępił parę rzeczy na tym pilniczku… Nadal. Po tylu godzinach i wyczerpaniu organizmu dalej miał nieodpartą ochotę na śniadanko. Na kuchennym blacie, przed telewizorem, na podłodze holu – gdziekolwiek… Co gorsza, miał ochotę na jedno konkretne danie.

Źle ze mną, stwierdził, kiedy usłyszał po drugiej stronie głos cioci Liz. Bardzo źle.

~ * ~

Mała, zaspana brunetka podniosła wreszcie łepek, słysząc po raz chyba piąty wypowiedziane to samo zdanie. Ryan dzwonił? Niemożliwe. Z niechęcią otworzyła jedno oko, zerkając na zegarek na komórce. Trzecia dwadzieścia. Albo Nem odebrała cały tlen jego szarym komórkom, albo stało się coś poważnego…

Usiadła gwałtownie na łóżku. Alec chyba cały wrócił do domu?

Wyciągnęła rękę po telefon. Ciocia nie miała zbyt szczęśliwej miny i mogła się założyć, że jej rodziców także postawił na nogi.

„Co się stało?” wymamrotała do słuchawki. Odpowiedziało jej głębokie westchnienie ulgi. „Coś z Aleciem?”

„Nie, wszystko z nim ok., o ile mi wiadomo…” Ryan podrapał się po głowie „Przepraszam za pobudkę, ale mam… drobny problem.”

„Nie jest raczej drobnych rozmiarów. I dzwoń następnym razem na komórkę, zanim doprowadzisz całą moją rodzinę do zawału…” rzuciła sucho, odprężając się jednak nieznacznie. Mogła się założyć, że coś z pilniczkiem i nie miał pojęcia, co zrobić. Faceci. Machnęła ręką uspokajająco do cioci, by wróciła do łóżka, a sama klapnęła z powrotem na posłanie. Zaczekała, aż ucichną na korytarzu kroki Mandy, zanim odezwała się ponownie. „Co zrobiłeś?”

„Odebrałem telefon…”

„…i nie chcę szczegółów, podczas czego.” mruknęła złośliwie.

„Wtedy nie odbieram. Nie słyszę.” odciął „Nem jednak się wkurzyła, ale telefonu o takiej treści nie sposób zignorować. Słyszałaś już o pomyśle mojej rodzicielki?”

„Jutrzejszy grill?”

„Dokładnie. To będzie Apokalipsa.” stwierdził zwyczajnie „A opcja ogłupienia do nieprzytomności Nem w tej chwili nie wchodzi w grę… Nie jest głupia, szybko się zorientuje, że to przesłuchanie u terminatora… A przecież jej nie uprzedzę.”

„Więc wyślij ją z misją. Powiedz, że ma ratować mnie przed terminatorem, nie siebie. A przecież z naszym uroczym pilniczkiem to nawet Amanda McDowell nie da rady.”

„Co?” zakrztusił się. Przysięgał, w tej chwili nie było komórki w jego ciele, która by nie rechotała z ironii tego pomysłu.

„Wystarczy przecież że powiesz jej, że Amanda wzięła mnie na cel i chce uchronić ukochanego synka przed niewłaściwym wyborem… Daj spokój, w zapale zapilniczkowania babsztyla ona przecież nawet nie zwróci uwagi na jakieś luki…”

Miał ochotę rzucić się na podłogę i tupać nogami jak małe dziecko. Pomysł był tak genialny w swojej prostocie! Właściwie to mógł się założyć, że Alec właśnie tego samego argumentu użył na Liz, żeby ją tam zaciągnąć…

„Brzmi znajomo…” mruknął ‚ogólnie’. Liz zaśmiała się cicho.

„Aha, Alec już mnie uprzedził, że trzeba ratować Amandę od zamordowania pilniczkiem przez Nem…”

„Albo na odwrót.” rzucił sucho „Może nie mieć pilniczka, ale również potrafi nieźle majtać języczkiem.”

Krztuszenie po drugiej stronie słuchawki potwierdziło, że umysł Liz był już bardzo zbudzony.

„Wybacz…” wykrztusiła w końcu „Ale nie bardzo interesuje mnie majtanie języczkami McDowellów.”

Jasssne, a zwłaszcza jednego konkretnego….

„Ciebie chyba za to bardzo interesuje ugłaskanie Nem… i majtanie dalej?”

Chrząknął w potwierdzeniu.

„To zachowuj się jak plemnik, a nie przestraszona smoka dziewica. Najzwyczajniej w świecie idź tam – gdziekolwiek zwiała i powiedz, że nastąpiła apokalipsa…”

Słuchał z uśmieszkiem przez chwilę prostych instrukcji. Liz miała zadziwiającą zdolność trafiania w samo sedno problemu. Może nie zawsze to widziała, ukryta w tej swojej skorupce, ale psiakrew, to ona powinna iść na zarządzanie zasobami ludzkimi. Szczerze wątpił, by dogłębna znajomość biologii przyniosła jej równie wymierne korzyści…

~ * ~

Usiadł na tym przeklętym miśku! Fuknęła w myślach Przeklęty plemnik!

Zamierzała ignorować bezczelnego drania aż do rana. W końcu to on był jej niewolnikiem, nieprawdaż? Powinna obowiązywać tutaj jakaś hierarchia pierwszeństwa, o!

Zacisnęła buńczucznie usta i wlepiła z powrotem wzrok w ekran. Najwyraźniej ktoś musiał zapchać ramówkę, skoro nadawali takie badziewie… program kulinarny! Gdyby jeszcze było coś o oblizywaniu paluszków… ale nie. Jakiś staruszek z wielkim brzuchem udawał wielkiego znawcę.

Nawet mięska nie potrafił przysmażyć odpowiednio… A podobno to faceci byli lepszymi kucharza! Pftu! Śmiechu warte!

Może i gotowali więcej jako szefowie restauracji i takie tam, ale ilość nie znaczyła jakości jedzonka. A przez te obrazy na ekranie telewizora miała ogromną ochotę wgryźć się w jakieś przyjemne, miękkie, cieplutkie mięsko…

…tylko niestety ten… ten… zakalec! stał jej na drodze…

Westchnęła cicho. Zamierzał tak tam siedzieć i gapić się na nią do samego rana? Co to? Jakaś głupia próba sił? Na litość boską, nie była jakimś głupim plemnikiem, myślała, że udowodniła to wystarczająco przez ostatnie dni…

Ale najwyraźniej facetom nigdy dosyć było dowodów…

„Planujesz wymienić się przepisami?”

Otworzyła ze zdumienia buzię.

„Czy też już głodujesz?”

Zamknęła natychmiast usta. Milczek się odezwał, no proszę!

„Jak mój niewolnik o mnie nie dba…” rzuciła mu pełne urazy spojrzenie „To muszę znaleźć jakieś pocieszenie!”

„Więcej kalorii do spalenia…”

Cisnęła w niego poduszką. Zasłużył!

„…będziemy mieć popołudniu. Musimy dopilnować, żeby Liz nie stała się daniem głównym mojej matki, zamiast mięska z grilla.”

„Co?” osłupiała, nie dowierzając własnym uszom „Co twoja mama ma do Liz?”

„Do niej nic, ale znasz chyba ten dowcip o przewijającej niemowlaka mamuśce, mamroczącej ‚Już nienawidzę tej krowy’?”

Prychnęła przypominając sobie pierwsze spotkanie z panią McDowell w parku. Może i była dosyć zaspana wówczas, ale nie ogłupiała! Coś tu się nie zgadzało.

„Oj, nie przesadzaj, nie może być tak źle! Jakoś nie wywarła na mnie tak złego wrażenia…”

„Jest o wiele gorsza.” stwierdził sucho „Wzięła Liz na cel i już postanowiła zmieszać ją z błotem, obojętnie, jak jutro się zaprezentuje, to będzie rzeź niewiniątek. Już ją oceniła.” zacisnął ze złością usta „A wiesz doskonale, jaka jest Liz… czasem nie chce rozumieć wielu rzeczy, czasem nie rozumie… i nie spodziewa się pułapki.”

„Więc jej nie zapraszajcie!”

„Już została zaproszona, osobiście przez moją rodzicielkę.” podrapał się po głowie „A nawet jeśli, nie spoczęłaby póki nie udowodniła publicznie Alecowi, jakiego złego wyboru dokonał.”

„Nie możecie jej ochronić we dwójkę?” spytała kompletnie zdumiona. Czym oni się tak przejmują, na litość boską… poszłabym dla samego dowiedzenia się, o co taka wielka sprawa…

„Nasz talent do gadanego i sytuacji został podzielony między mnie i Aleca.”

„Mówisz, że ma języczek równie ostry co dwa słynne plemniki McDowell razem wzięte?” westchnęła ciężko podnosząc się z kanapy i wędrując z powrotem do jego sypialni „W porządku, o której i na ile oficjalna jest ta impreza?”

„Na szóstą… Yyy, gdzie idziesz?”

„Spać?” uśmiechnęła się niewinnie „Lady Ginewra musi mieć siły, by używać z wprawą swojego oręża… i przydałaby się jej wygodna poduszka.”

Odetchnął z ulgą. Powinienem częściej słuchać Liz.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *