ETIC: przed czy po (30)

30.
Gdyby prawdopodobny temat zamartwiania się Liz nie byłby taki poważny, to prawdopodobnie śmiałby się do rozpuku, no a przynajmniej znacząco szczerzyłby ząbki. Chodziła w tę i z powrotem po pokoju, jakby roztrząsając kwestię kto dzisiaj ma uratować świat, kiedy wszyscy już byli na stanowisku bohatera… Zdecydowanie potrzebowała porządnego relaksu i rozładowania napięcia, dręczącego to spięte ciałko.

Uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy w końcu znalazł idealne rozwiązanie. Dziesięć minut później wyciągnął zagryzającą nerwowo usteczka Liz z domu i wsadził na motor.

„Zabawy wibrą będą musiały chwilkę poczekać…” mruknął przy jej uchu, kiedy opierała się włożeniu kasku. W ogóle im więcej czasu mijało od wydarzenia przy schodach, tym bardziej nerwowa się stawała, zupełnie jakby oczekiwała, że zaraz zrobi awanturę i zażądania wyjaśnień. Hm, może w tym właśnie był szkopuł – może jej poprzedni chłopak taki właśnie był? Z tego, co dotychczas od niej usłyszał, musiał być wyjątkowo zaborczą osobą, która najwyraźniej miała zupełnie nieproporcjonalne do wieku problemy z kontrolą.

Zarumieniła się po korzonki włosów, mamrocząc coś pod nosem o monotematyczności plemników McDowell. Uśmiechnął się z zadowoleniem i uruchomił silnik. Dla jego zamiarów dobrze było, że nie widziała teraz wyrazu jego twarzy. Ta ‚wpadka’ z podsłuchaną rozmową podarowała mu mimowolnie okazję, o której mógł dotychczas jedynie marzyć. Nawet pamiętna noc z zalaną Liz pod prysznicem nie była najlżejszym porównaniem. Teraz była jak najbardziej świadoma, co się wokół niej dzieje i… z kim się dzieje…

Tylko oby Nem się nie dowiedziała. Nie miał ochoty staczać pojedynku z uzbrojonym pilniczkiem. Jego sprzęt był mu potrzebny by dowieźć ich do celu…

„Miejmy nadzieję, że jesteś gotowa na bycie bardzo mokrą?”

Biorąc pod uwagę jej reakcję, kiedy zsadził ją z motoru ledwie parę metrów od basenu w posiadłości jego rodziców, co prawda osłoniętego jakimiś dziwnymi krzakami i w ich pozycji niewidzialnego, jej umysł raczej nie błądził już wokół wpadki w jej domu. Uwielbiał ją drażnić i sprawdzać jej granice. To chyba leżało w naturze facetów. Testować swój wpływ… do czego mogą się posunąć. Oj tak.

Zanim jednak zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, pociągnął ją w stronę krzaków. Ciemność ukrywała jego zamiary aż za dobrze. Puścił szybko jej dłoń, śmiejąc się w duchu z jej sapnięcia zaskoczenia i zaraz potem wstrzymanego oddechu. Pozwolił, by jedyne czym się kierowała, to dźwięk… rozsuwanego zamka od kurtki… jej zdjęcia i ciśnięcia gdzieś w bok… kask postawił już ostrożnie na porzuconym przy basenie leżaku.

Napotkał okrągłe ze zdumienia brązowe oczka, kiedy zaczął pozbywać się koszulki, butów i sięgnął do zamka dżinsów.

„Daj spokój, nie myślisz chyba, że będę pływał w tym?” zaczął się śmiać, kiedy rozdziawiła usteczka a potem zamykała, łapiąc z trudem powietrze.

„Tyy…. My…?” wyjąkała niepewnie.

Coś w niej drgnęło? Jasssne… To raczej musiało być trzęsienie ziemi!

Uniósł pytająco brew, drażniąco wodząc kciukiem po brzegu dźinsu.

„Oszalałeś.” zawyrokowała w końcu „Najpierw porwanie, potem włamanie, a teraz jeszcze chcesz pływać w czyimś basenie…?”

„Oj, popływałbym sobie…” mruknął pod nosem nie mogąc zapanować nad poszerzającym się uśmieszkiem „Może…” powiedział głośniej „Więc… zgrzeszysz dobrowolnie czy mam cię rozebrać sam?”

Słynny uśmieszek był na miejscu i to sugestywne spojrzenie…. trzęsły się jej ręce, kiedy powoli odpinała guziki bluzki. Najpierw zaschło jej zupełnie w gardle, kiedy zobaczyła jak Alec się rozbiera. Zdecydowanie taki widok powinien być zabroniony! Potem zrobiło się jeszcze goręcej, naprawdę musiała odwrócić wzrok, bo inaczej nie ręczyła za siebie!

Niestety, ominął ją zapewne niezapomniany widok jak plemnik McDowell pozbywa się spodni… Nagła, paskudna myśl ile dziewczyn przed nią doświadczyła tego wyssała całe powietrze z jej płuc.

Wcale tego nie chciałam. Pomyślała zmartwiona. Co mi odbija? To przecież Alec. W dodatku jeden z plemników McDowell. Tych sławnych plemników McDowell. Docenienie któregoś z nich groziło zetknięciem z najtępszym pilniczkiem Florydy albo gwarancją złamanego serca. Potrząsnęła głową, odganiając paskudne myśli. Cisnęła bluzkę na leżak, dziękując w duchu wszystkim dobrym duchom, że tego dnia miała na sobie zupełnie zwyczajną bieliznę… szczerze wątpiła, by potrafiła pływać w jednym z tych cudeniek zakupionych ostatnio w Arianie. Bardzo wyciętych i koronkowych cudeniek. Uch, a w niektórych to były chyba tylko same sznureczki… i nic więcej…

Zdecydowanie, musiała zejść na ziemię! Chłodna woda nie za wiele pomogła w tym względzie…

„Hm…” przepłynęła kawałek, byle dalej od niego „Przyznaj się, skręca cię z ciekawości. Przywiozłeś mnie tutaj, żeby sprowadzić mnie na manowce…”

Zaśmiał się w odpowiedzi.

„Niee… a przynajmniej w połowie nie jest tak jak myślisz.”

Strofowała się w duchu za to dziwne, nagłe uczucie żalu. Przecież to nic nie znaczy… Dla niego jestem tylko dzieciakiem, rozrywką. I nie powinnam zawracać sobie nim głowy.

Tylko że powtarzanie tego w duchu nie za wiele pomagało… no i niestety miała teraz problem, co powiedzieć Alecowi. Nie cierpiała kłamać.

„Nie zapytasz?” spojrzała na niego ciekawie, kiedy pięć minut później tylko pływał sobie w tę z i z powrotem, przeważnie okrążając ją ze wszystkich stron. Jak drapieżnik czający się na swoją ofiarę…

„Czemu miałbym?” uniósł brew w zdumieniu, podpływając do niej bliżej tak, że jego twarz była lewie parę centymetrów od jej „Wiesz, ciekawość to pierwszy stopień do piekła, więc czemu miałbym zgrzeszyć w momencie kiedy nic mi to nie przynosi? Żadnych korzyści, żadnego powodu by je łamać…”

„Hm, więc muszą być jakieś korzyści by je łamać?” wyszemrała. I niech go piekło pochłonie, ale się nie cofnęła… I to,co widział w jej spojrzeniu… Zdecydowanie nie potrafiła ukrywać pewnych reakcji…

„Zdecydowanie…”

„Łamanie zasad grzeczności jednak nic ci nie przyniesie, Alec.” chłodny, kobiecy głos okrutnie przerwał małą sesję łamania wszelkich obowiązujących dotąd między nimi zasad. Alec potrząsnął głową, chcąc oczyścić głowę od nadmiaru testosteronu i zyskać chwilę na opanowanie i wymyślenie sposobu na pozbycie się intruza… „Wiesz, że z ojcem z niecierpliwością oczekiwaliśmy chwili, kiedy przyprowadzisz dziewczynę do rodzinnego domu, ale niekoniecznie to musi się odbywać ciemną nocą i pod naszą nieobecność…”

Zielone oczy błysnęły podejrzliwie, Alec nie był pewien jak zareagować na ten nieoczekiwany wywód. Zmarszczył brwi i spojrzał z uwagą na matkę. Nie spodziewał się jej zupełnie, najwyraźniej skróciła dzisiejsze przyjęcie u psiapsiółki. Albo specjalnie wprowadziła mnie w błąd.

Złapał niedowierzające spojrzenie Liz, kiedy wodziła wzrokiem to od niego to do jego matki, ale szybko też zmieniło się w zakłopotanie. Psiakrew… niech piekło pochłonie wszelkie dobre chęci nadopiekuńczych mamusiek! W tej chwili walczył z przeogromną ochotą skąpania swojej wyszykowanej mamuśki w chlorowanej wodzie. Przeogromną. Naprawdę!

„Więc? Zdradzisz mi tożsamość naszego wyjątkowego gościa?”

Pozostawało mu jedynie zazgrzytać zębami ze złości… i zrobić mały afront w etykiecie.

„Liz, to jest Amanda McDowell, moja matka. Mamo, to Liz Parker.”

Amanda jednak ani drgnięciem mięśnia nie pokazała, że to Liz powinna zostać przedstawiona. Skinęła głową z uśmiechem przyklejonym do ust, chociaż Alec mógł się założyć o tenisówki Liz, że otwierał się jej w tej chwili nóż w kieszeni.

„Miło mi… pomimo okoliczności.”

Mała brunetka jedynie skinęła głową, nieznacznie się uśmiechając. Cieszył się z tego, wolał nie wywoływać większego zwierza z dziczy. Napiął się mimowolnie, kiedy przenikliwe spojrzenie matki spoczęło na nim. Mógł się założyć o wszelkie swoje stracone szanse u Liz, że pomimo ciemności i wody doskonale zdawała sobie sprawę ze stanu, w jakim znajdowało się jego przeładowane testosteronem ciało…

„A ty, młodzieńcze… pozwól na słówko. Na osobności. Suchej!”

Chrząknął z gniewem.

„Niedługo wrócę…”

Rzucił przepraszające spojrzenie na Liz i popłynął w stronę drabinki. Jego matka zdążyła już zniknąć w ciemnościach ogrodu. Przeklinając w duchu własne hormony poczłapał najpierw do swojego pokoju, osuszyć się i coś narzucić na siebie. Nie czuł się w tej chwili na siłach walczyć ze smoczycą w stanie, w jaki wprawiały go zgrabne tenisówki…

Kiedy jednak zszedł na dół i zastał matkę w salonie z widokiem na ogród i basen, siedzącą sobie zupełnie w ciemności i patrzącą na pływającą Liz, poczuł niepokój. Uzasadniony, jak się przekonał z przerażeniem, kiedy tylko otworzyła usta…

„Dobrze, że jesteś… mogę z tobą porozmawiać przez chwilę o Ryanie i jego najnowszym nabytku?”

Podrapał się z zakłopotaniem po głowie.

„Nie ma o czym rozmawiać. Nie jest nabytkiem, tylko dziewczyną i ma imię.”

„Więc dlaczego dowiaduję się o tym od obcych ludzi i my musimy rozmawiać o tym w środku nocy, kiedy ty ewidentnie byłeś zajęty?” w głosie jego matki pobrzmiewał żal i gorycz. Przez ułamek sekundy zrobiło mu się jej żal. Ale tylko przez jeden ułamek, bo w następnym przyszła całkowicie trzeźwa myśl, że sama sobie to zgotowała.

„To nowa… sprawa.” wzruszył ramionami „Całkowicie świeża i sam diabeł nie wie, czy uda mu się ją zatrzymać, więc naprawdę nie musiałaś o tym wiedzieć. Znasz sytuację… wolał być pewny.”

Amanda westchnęła ciężko.

„Kim ona chociaż jest? Co o niej wiesz? I niby czemu miałaby stanowić wyzwanie dla mojego rozrabiaki? Nie ma w tym stanie kobiety, która by nie uległaby pod wpływem jego uśmieszku…”

Gdybyś tylko wiedziała…

„Trzyma się całkiem opornie… to znaczy nieźle.” chrząknął „Studiuje psychologię, nie musi pracować, rodzice rozwiedzeni, nie Irlandka, słynie ze stanowczości i tego, że z don juanami rozprawia się krótko i zdecydowanie… Naprawdę uważam, że nie powinniśmy teraz o tym rozmawiać… przynajmniej tu i teraz, ok.?”

„Skoro jest taka wspaniała i różna od tych wszystkich panienek, czemu nam jej nie przedstawi?”

Zazgrzytał zębami w duchu. Pułapka była aż nadto oczywista i dał się w nią złapać jak niedorozwinięty szczeniak, nie wiedzący niczego o podstępności własnej rodzicielki na misji ocalenia swojego synka…

„Po prostu chcę się upewnić, że wszystko jest ok…”

Jasssne.

„Jest.”

„I chyba poczuje się pewniej, kiedy ją tu zaprosi?”

Nie mógł powstrzymać ironicznego parsknięcia. Amanda spojrzała na niego podejrzliwie.

„Coś się stało?”

„Niee…” chrząknął „Naprawdę myślisz, że mój bliźniak na to pójdzie dobrowolnie? Nie przyszło ci do głowy, że on najpierw zechce wybrać właściwie, a potem dopiero udowodnić wam, że wybrał właściwie?”

„Więc może po prostu zaproszę moich dwóch synków i kilku znajomych na popołudniowego grilla jutro? A ty zorganizuj to tak, żeby Ryan przyszedł z Nem. Zupełnie nieoficjalnie… albo żeby po prostu ona tu wpadła.”

„Już raz była…” mruknął niechętnie „Ale nawet nie zauważyliście.”

Brwi Amandy powędrowały na czubek głowy.

„Brawa dla tego spryciarza…” uśmiechnęła się z uznaniem „Och… i może zaprosisz naszego nocnego gościa? Jestem pewna, że ogród spodoba się jej bardziej w świetle dziennym, a nie cichaczem i nocą… No i Ryan nie pomyśli, że to tego typu spotkanie na które zaprasza się dziewczyny. Liz wygląda zdecydowanie na zbyt młodą, żebyś nawet ty się interesował.”

Jęknął w duchu z rozpaczą. No świetnie. Tylko tego mu brakowało! Naprawdę trudno byłoby jego matce bardziej zepsuć mu w tej chwili humor!

„Więc załatwione?”

Westchnął.

„Naprawdę, tylko chcę ją poznać. Nie chcę jej zniechęcić czy wystraszyć.”

Tia… ty mu ją wystraszysz na śmierć. I przy okazji Liz także. Już niestety nie mógł liczyć na jej ‚nieuświadomienie’. W tej chwili jedyne, czego pragnął, to by nie nastąpiło żadnego trzęsienie ziemi.

~ * ~

Ryan chrząknął z przyjemnością, kiedy ząbki Nem postanowiły pozwiedzać ścieżkę wzdłuż jego kręgosłupa. Był zbyt zmęczony, by zrobić cokolwiek, ale najwyraźniej pilniczek była mocna nie tylko w buzi… jej kondycja była z lekka przerażająca i uświadamiająca…

Chyba czas wrócić do treningów, inaczej Foczka mnie wykończy i sama będzie fukać na marne siły przesławnego rozrabiaki…

Sam się nawet nie spodziewał, jak spadła jego forma od kiedy przestał trenować i tyle czasu spędzał w głupiej pracy u rodziców. Posiadanie dziewczyny okazywało się niezwykle… pouczające. Uch, lepiej uprzedzi Aleca, nim ten dostanie dla odmiany zawału a nie udaru…

Mimo wszystko naprężył gwałtownie wszystkie mięśnie, kiedy Nem postanowiła uśmierzyć drobne ukąszenia swoim zwinnym języczkiem. Jego głowę natychmiast napełniły wizje innego wykorzystania tego nadzwyczajnego talentu. Błyskawicznie przewrócił się na plecy, ściągając ją na siebie. Błysk zadowolenia w ciemnych oczkach był nad wyraz oczywisty. Jego ciało zaprotestowało ostrym bólem mięśni, ale niestety wystarczyło, że widział te iskierki w jej spojrzeniu i od razu był gotów zrobić wszystko, by utrzymywały się jak najdłużej.

Źle ze mną… skonstatował w duchu, sięgając w dół, by pozbyć się irytującej przeszkody w postaci jej podkoszulka. Niewielka część jego mózgu zarejestrowała natarczywy dzwonek telefonu. Jęknął. Ktokolwiek dzwonił miał paskudne wyczucie czasu. I na litość boską, było po trzeciej w nocy. On z Nem może nie zmrużyli jeszcze oka, ale normalni ludzie nie imprezujący tej nocy już dawno grzecznie spali!

Jemu bynajmniej nie sen był w głowie, tylko zwinny języczek Nem, doprowadzający swojego niewolnika do stanu wrzenia i braku jakiejkolwiek kontroli…

…że kurwa co?

Poderwał się jak oparzony, sięgając natychmiast po słuchawkę telefonu.

„Nie mówisz poważnie?” wychrypiał przerażony, kiedy Alec powtórzył jeszcze raz nieprawdopodobną wieść. Nie teraz, kiedy wszystko było na takiej dobrej drodze… Na dodatek Nem groźnie zmarszczyła brwi, zrobiła w końcu nadąsaną minkę i wyszła z jego sypialni trzaskając drzwiami.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *