ETIC: przed czy po (29)

29.

Alec chrząknął z dezaprobatą, patrząc chyba po raz tysięczny w ciągu ostatniej godziny na zegar wiszący na kuchennej ścianie. Czwarta po południu. No wiedział, że przez korek na autostradzie nieco się spóźnił, ale Liz albo się zmyła nie widząc go albo sama najzwyczajniej w świecie spóźniała się. Jak każda kobieta. W tej chwili wolał jednak, żeby była dalej podekscytowanym dzieciakiem odkrywającym z okrągłymi oczkami świat dorosłych. No, przynajmniej tego popołudnia.

Pogoda w dodatku płatała mu niezłego figla. Gorące, skłaniające jedynie do zmysłowego lenistwa powietrze było zwycięzcą w walce z ich klimatyzacją. Najchętniej spędziłby ten czas jak Ryan z Nem, tudzież na kontemplacji zgrabnych nóżek Liz.

No co? Był tylko facetem…

Zrezygnowany chwycił w końcu kask i zbiegł na dół. Daleko do domu ciotki Liz nie miał, ale kto to tak naprawdę wiedział, gdzie się podziewało to niewinne maleństwo. Ryan z dzikim uśmieszkiem triumfu stwierdził, że naprawdę coś drgnęło w Liz… Ha! Miał tego najlepszy przykład. Spóźniaaaała się.

Poza tym naprawdę nie miał ochoty na towarzystwo pary gołąbków, kiedy jego samego roznosił testosteron. Ten, który nie mógł znaleźć ujścia…. To znaczy mógł, ale obawiał się, że wówczas straciłby jakąkolwiek szansę u Liz. Incydent z blatem doskonale to pokazywał. Zniszczyłby w ten sposób tę odrobinę kobiecej pewności siebie, jaką powolutku nabierała. A pomijając iście chorobliwe nie uznawanie własnej dorosłości, naprawdę nie miała się czego wstydzić.

Pół godziny później klął ciężko w duchu na wielkie gwiazdy w Miami i ich rozhisteryzowanych fanów zalewających promenadę. Z trudem znalazł wreszcie miejsce do zaparkowania i przedarł się do kawiarni. Tutaj też było zdecydowanie za dużo ludzi, głównie bardzo młodych i bardzo hałaśliwych.

„Co to, zjazd fanek Justina Timberlake’a?” skrzywił się do Pam, która właśnie obsługiwała barek. Usiadł na ostatnim wolnym stołku… To znaczy kiedy się zwolnił. Ale wystarczyło rzucić tylko spojrzenie… Wiwat ponura sława plemników Mcdowell!

„Gorzej.” odpowiedziała mu z wymownym wzniesieniem wzroku „Bliźniaczki Olsen.”

„Chryste…” jęknął ze zgrozą „Mignęła tu w tłumie Liz?”

„Aha, zaraz tu będzie.” skinęła głową, po czym pochyliła się w jego stronę i konspiracyjnie rzuciła „Zalazła ci za skórę, co nie?”

Zamknął na chwilę oczy z zakłopotaniem. Aż tak znana była na mieście jego mania zgrabnych nóżek w tenisówkach?

„Ale uważaj na Titbit, ostatnio to znana obrończyni niewiniątek. Bywa naprawdę… bolesna.”

„W tej chwili tępi pilniczek na drugim irlandzkim diable…” mruknął, upijając łyk coli, którą przed nim postawiła.

„Żartujesz?” buzia Pam rozdziawiła się na kilka sekund, zanim przypomniała sobie o jej zamknięciu.

„Nie.” potrząsnął głową ubawiony „Zresztą, to sprawa Ryana, jeśli chce mieć dziewczynę, której każdy normalny plemnik w tym stanie unika…”

Za to Nem by go zamordowała tępą łyżeczką. Niestety jednak miał rację…

„Przepraszam. Prawdziwy młyn.” powitał go zmęczony mały chochlik.

„To nie twoja zmiana?” łypnął podejrzliwie. Zwykłe dżinsy i podkoszulek z firmowym logo raczej odbiegały od jej zwykłego służbowego stroju. I wątpił, by ot tak sobie nagle zmieniała plany.

„Nie…” chochlik coś nalewał pospiesznie do całej baterii szklanek „Pilniczka, który wcale nie miał ochoty na wypad do pracy… ewentualnie pracę na jednym konkretnym  miejscu, by można tak to ująć…”

„Wątpię, żeby Ryan wypuścił ją do poniedziałku…” zaśmiał się i dodał sugestywnie „Wytrzymasz tyle bez wibry?”

Pam nagle dostała ataku duszności.

„Każda, byle działała… po bolesnym starciu ze ścianami…”

„Aaaa, więc poszukujesz solidnego sprzętu?”

„Najlepiej z gwarancją…” Liz mrugnęła do niego i przez chwilę miał wrażenie, że znalazł się na innej planecie. Nieprawdaż? Obserwował jej swobodne lawirowanie z ciężką tacą między wypełnionymi po brzegi lożami i stolikami, póki z transu nie obudził go mocny szturchaniec Pam.

„Źle z tobą, McDowell.”

Chrząknął w potwierdzeniu. Solidny sprzęt z gwarancją… Hm. Przynajmniej oderwie się na popołudnie od wspominania hipnotyzującego ruchu bioder Pierwszego Niewiniątka Miami…

~ * ~

Sfrustrowana Nem podrapała się po głowie, lustrując uważnym spojrzeniem sterylną czystość kuchni dwójki największych diablików w mieście. Momentami miało się wrażenie, że nikt tu nie mieszkał. I niestety, nic nie odrywało jej wzroku od pewnego miejsca na blacie, tuż koło zlewu. Za każdym razem, kiedy jej spojrzenie tam padało – a wędrowało tam nieustannie – oblewała się purpurowym rumieńcem.

Była doświadczona. Uświadomiona… Naprawdę! Ale diabeł o stalowym spojrzeniu, sunącym niecierpliwie po jej ciałku, niezależnie od tego, co miała na sobie, udowodnił jak różne mogą być jego stany. To nie mogło być tylko doświadczeniem, prawda? myślała z nadzieją. Seks był absolutnie rewelacyjny, ale już myśl, dlaczego, potrafiła skwasić jej humor. Wolała zrzucić to na wyobraźnię, jej nie tak wielkie doświadczenie i iście diabelski temperament Ryana… Tak było łatwiej. O wiele.

Otworzyła lodówkę, krzywiąc się nieco z bólu nawet przy tak prostej czynności. Bolały ją wszystkie mięśnie, każda kosteczka i ścięgno w ciele. Miała zakwasy! I to okropne… Hm, już obmyślała co tu zrobić, by je nieco rozgrzać, ale niestety jej bateryjka była absolutnie na zerze, Ryan wyssał wszystko do ostatniej kropelki… Potrzebowała czegoś dobrego do amciu i to szybko, inaczej żołądek wywierci jej dziurę w brzuchu.

Westchnęła z rozczarowaniem, lustrując półki. Mnóstwo piwa – czego innego by się spodziewać, w końcu to lodówka dwóch facetów – jakoś nieciekawie wyglądająca zawartość miski, trochę warzyw i jakieś sosy i nic więcej.

„Ktoś tu musi ich nauczyć, co to znaczy prawdziwe jedzenie.” westchnęła z frustracją.

„A co, piszesz się na nauczyciela?” rozbawiony głos Aleca sprawił, że dosłownie podskoczyła, zatrzaskując lodówkę.

„Przestraszyłeś mnie…” wymamrotała zakłopotana, na wpół zaskoczeniem, a na wpół swoim strojem. Składał się praktycznie tylko z koszulki Ryana. Lepiej się nie pochylać. Zdecydowanie się nie pochylać.

„Widzę właśnie.” ale wkurzający irlandzki plemnik numer dwa bezczelnie nie chciał się ruszyć ze swojego miejsca, tylko stał oparty o kuchenną framugę i stoicko coś przeglądał w swojej teczce. Patrzyła się na niego jak na wariata. „Długo jeszcze zamierzacie się buńczuczyć?” mruknął obojętnie.

„Yyy?” wyrwało się jej mało inteligentnie.

„Chciałbym odzyskać mój dom.”

Niemal zachwiała się, obelga pierwszej klasy. Tylko czuła, jak część jej kuli się w kąciku, a w drugiej części jej zbiera się czysta furia. Co za gnojek. Prędzej po moim trupie przejdzie niż dostanie Liz…

„Hej…” Ryan pojawił się na horyzoncie. Klepnął bliźniak w ramię i zajrzał przez nie do papierów przeglądanych przez niego.

„Psiakrew, zapomniałem…”

„Doprawdy?” głos Aleca był ironicznie wymowny.

„To, że Niewiniątko nie wydaje się chętne do rozładowania twojej nadwyżki testosteronu nie jest moją winą.” Ryan skrzyżował ramiona i spojrzał mało przyjaźnie na niego „Co cię ugryzło i czemu mam wrażenie, że nazywa się na A?”

„Całkiem nieźle, z pominięciem wątków finansowych.” Alec warknął mało przyjaźnie, wcale nie miał ochoty omawiać na widoku Nem ich rodzinnych zatargów „Który model podobał się Liz?”

Ryan westchnął, wskazując na dwa konkretne aparaty w folderach trzymanych przez brata, po czym odwrócił się na pięcie w poszukiwaniu komórki. Zapowiadał się dłuuugi wieczór. I miał nadzieję, że Liz uczyni go dłuższym.

~ * ~

Liz jęknęła, rozmasowując obolałe łydki. Zdecydowanie potrzebowała zmienić pracę, była w końcu na wakacjach, nieprawdaż? Wcale nie musiała się tyle wysilać, w Miami mogła znaleźć łatwo inną pracę. Może nie najciekawszą, ale z pewnością nie będzie musiała znosić tak okropnego szefa. Sama myśl o popołudniowej awanturze, którą urządził El, była przykra. W głębi ducha Liz sądziła, że jakoś zdołał się dowiedzieć o ciąży pracownicy i usiłował sprawić, by sama odeszła – zamiast potem płacić za jej przywileje socjalne. Wolała nie myśleć, co będzie w momencie, kiedy dowie się, że ojcem dziecka jest jego własny syn…

Przez większość życia była przyzwyczajona stać po drugiej stronie barykady – była dzieckiem Parkerów i nie musiała się martwić, czy zostanie zwolniona, ile zarabia i czy może wziąć wolne. Kiedy zaczęła pracować, to naturalnie u rodziców. Nie było innych Heaneyów w Roswell… pomyślała wisielczo. Ale w Miami i na Florydzie było ich mnóstwo. Większość klanu, który rozjechał się po całym świecie, jak mało która inna irlandzka wielka rodzina, była właśnie tutaj i nawet nie miała się co dziwić, że właśnie tutaj rodzice chcieli się przeprowadzić. Pytaniem, na które nie znała odpowiedzi było, dlaczego chcieli się wynieść z Roswell… Co prawda napomykali o tym co jakiś czas od lat, ale nigdy nie brała tego na serio, zrzucając to na karb tęsknoty mamy za rodziną. Jeśli zamieszkają na Florydzie – a nie miała co się łudzić, tak się stanie najpóźniej w chwili jej pójścia na studia, najprawdopodobniej prędzej lub później albo rodzice albo Mandy wciągną ją do któregoś z interesów prowadzonych przez Heaneyów. Hm, nie wiem, czy zniosłabym na dłuższą metę całą paczkę podstarzałych babć z troską pytających się o kandydatów do mojej ręki, stada nadopiekuńczych kuzynów, wiecznie roznegliżowane panienki wokół i tatę zabraniającego mi chodzić w biodrówkach… zachichotała pod nosem. Jej tata naprawdę nie polubił jej nowego nabytku, wbrew gromom rzucanym przez mamę. Ale to sprawiało, że czuła się całkiem… usatysfakcjonowana! Zadziwiające uczucie. Ale Mandy zawsze powtarzała, że córki są po to, by przypominać ojcom, jakimi rozrabiakami byli mając naście i więcej wiosen na karku. Cokolwiek to znaczyło i obojętnie jak wiele podtekstów ze sobą niosło… Wywoływało uśmiech na jej twarzy. Dobrze było mieć rodziców tutaj. Mandy była genialna, ale do czasów znajomości z szalonymi braćmi McDowell czuła się tutaj naprawdę samotna.

Co, jeśli z jakiegoś powodu ta znajomość się zerwie? Ryan dostanie od Nem dokładnie to, czego chce… Będzie wolał spędzać czas ze swoją dziewczyną niż stukniętym dzieciakiem. Alec pewnie też kiedyś sobie jakąś znajdzie… a jeśli nawet nie, to będą mieli swoje studia od października, ona od września swoją ewentualną nową szkołę… czy da radę się dostosować?

Westchnęła z frustracją… gdyby tylko wiedziała, dlaczego tak naprawdę rodzice chcieli się przenieść!

„Wiesz, że frustrację powinno się wyładowywać we dwoje?” usłyszała przy uchu cichy głos Aleca. Odwróciła się z niedowierzaniem. Siedział sobie obok niej na łóżku i szczerzył zęby. Do niej, oczywiście.

„To propozycja?” uniosła ciekawie brew. Na ułamek chwili zmieszał się, patrząc na nią niepewnie, ale też w następnej odzyskał rezon. Zaśmiała się w duchu. Ryan miał rację. Faceci i ich ego…

„Oczywiście.” błysnął uśmiechem jak z reklamy Colgate, gdy tymczasem ona sama walczyła o zachowanie powagi „Chociaż to byłoby dosyć trudne wobec faktu, że na dole ominąłem grupkę starych ramoli, roztrząsających dlaczego jesteś sfrustrowana i taka nieswoja od roku. Nie wiem, czy dotrzymałbym tempa potrzebom osoby, która od roku jest w celiba… Liz?” mruknął z konsternacją, kiedy ta zerwała się z łóżka i dosłownie na paluszkach wybiegła na korytarz nie zwracając na nic uwagi.

Zaintrygowany podniósł się ze swojego miejsca i podążył jej śladem tak cicho, jak tylko mógł. Co jej strzeliło do głowy? zastanawiał się, kiedy w końcu dostrzegł ją przy schodach. Siedziała na podłodze tak, że z dołu nie było jej widać, za to miała całkiem niezłą możliwość podsłuchu.

„Wywołałem wilka z lasu?” wymruczał jej do ucha, kładąc się koło niej. Niemal podskoczyła, rumieniąc się jak piwonia. Rzuciła mu spłoszone spojrzenie. Mam cię.

Jego uwagę zwróciła jednak wkrótce całkiem interesująca rozmowa, jaka rozgrywała się między trójką dorosłych. Kiedy przyszedł kilka minut wcześniej, wchodził kuchennym wejściem, więc nawet go nie zauważyli. Równie dobrze mógłbym porwać Liz… Hm.

Wizja zakneblowanej Liz w kajdankach sprawiła, że nagle leżenie na podłodze tuż obok jej ponętnego i bardzo realnego ciałka stało się bardzo niewygodne. W jednej sekundzie jednak zapomniał zupełnie o dziko szumiącej w krwiobiegu życiodajnej esencji, kiedy usłyszał jedną feralną wypowiedź ciotki Liz…

„Ale co ten seryjny morderca miał do Liz? Nie rozumiem. Postrzelił ją, potem uratował? To nie trzyma się kupy… i jeszcze czas. Przecież minął prawie rok! I na litość boską, dalej on biega sobie na wolności i nic nikt nie wie? Agggrrr, czemu nie zadzwoniliście do mnie kiedy przyszły fedki? Już bym wyciągnęła z nich co trzeba!”

Po nagle pobladłej twarzy Liz wywnioskował, że doskonale znała te wszystkie szczegóły, które jej ciotka chciała wyciągnąć od FBI…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *